Chipsy z kapusty oraz sesja dla Magazynu Moje Gotowanie

Moi Drodzy, w kioskach od jakiegoś czasu można znaleźć już październikowy numer magazynu Moje Gotowanie a w nim moją kapuścianą jesienna sesję. Cała w leśno-zielonych klimatach ,które uwielbiam fotografować.
Znajdziecie w magazynie przepis na pyszne gołąbki z kaszą jaglaną i kurkami. Aromatyczne warzywne pulpeciki, które dobrze smakują zarówno na zimno w formie przekąski jak i na ciepło polane sosem pomidorowym.
Jest też przepis na surówkę z kapusty, awokado, ogórków i ziaren słonecznika oraz na pyszne, jesienne, pieczone, kruche pierożki nadziewane długo prażoną kapustą (z imbirem i suszonymi śliwkami). A na koniec kiszone liście kapusty. Bardzo dekoracyjne i do kreatywnego wykorzystania w kuchni. Ja np. uwielbiam robić z nich roladki humusowe.
 A na blogu dzielę się z Wami (dzięki uprzejmości redakcji) szóstym kapuścianym pomysłem prezentowanym w Moim Gotowaniu. Jest to przepis na pyszne, zdrowe, wegańskie chipsy z liście włoskiej kapusty. Kto jeszcze nigdy nie jadł takiego przysmaku koniecznie musi dać się zaskoczyć i spróbować. To jest pyszne i banalnie proste w przygotowaniu- już więcej od takiej zdrowej przekąski wymagać nie można . Polecam serdecznie.
  I na koniec chciałam jeszcze z góry uprzedzić, że znów mnie tutaj trochę dla Was nie będzie. Lecę niebawem do RPA, żeby tam pobuszować z aparatem po ciekawych plantacjach i uprawach egzotycznych warzyw i owoców. Wrócę mam nadzieję pełna historii które będę chciała Wam tutaj niedługo opisać.

A tych, którym się będzie beze mnie nudziło zapraszam do empików- tam pod koniec października premiera książki Idy Kulawik , którą fotografowałam przez cały wrzesień. Ale o tym może już następnym razem…



Kozia Farma Złotna

Na północy Polski, nieopodal Morąga, na granicy Warmii, Powiśla, Żuław i Mazur istnieje kraina niegdyś zwana Oberlandem. Ten region to zielone płuca Polski – jeden z najczystszych i najbardziej dziewiczych terenów w Europie.  Tutaj w miejscowości Złotna- Kasia i Grzegorz Łaski postanowili założyć swoją ekologiczną kozią farmę.

Jak ich poznałam? Tak jak wiele innych wspaniałych ludzi przez ostatnie 4 lata. Na prowadzonych przeze mnie warsztatach fotografii kulinarnej. Kasia była jedną z moich kursantek a kurs ufundował jej Grzegorz- jej kochający mąż, który napisał do mnie któregoś dnia, że z miłą chęcią zrobi coś aby jego żona przestała już tylko wzdychać do moich zdjęć i że jej pasja do fotografii jest godna wsparcie (jak ja uwielbiam takich mężów którzy pomagają swoim żonom w samorozwoju!).

Kasia okazała się przesympatyczną osobą z wielką pasją (taką pochodnią, która ma moc zapalania innych) i od razu się polubiłyśmy na tyle, że na początku tego roku dołączyła do grona innych cudownych Pań na moich sycylijskich wyjazdowych warsztatach fotograficznych.

Tam poznałam Kasię bliżej i zapragnęłam odwiedzić jej farmę, o której z tak wielkim zapałem opowiadała. Pewnie jednak długo jeszcze bym nie znalazła na to czasu w moim zabieganym ostatnio życiu zawodowym, gdyby nie pomysł aby spróbować o Kasi, Grzegorzu oraz ich farmie zrobić reportaż zdjęciowy dla magazynu Weranda Country.

Dla mnie to idealni bohaterowie tego czasopisma. Ludzie z pasją, którym przyświeca idea powrotu do źródeł, do czystej nieskażonej chemią żywności . Po dwudziestu latach życia w wielkim mieście i pracy w korporacjach postanowili coś zmienić w swoim życiu. Kupili ziemię w rodzinnych stronach Grzegorza, wyprowadzili się na wieś i w parę krótkich lat powstała Kozia Farma Złotna, ze stadem 140 kóz, malutkim hotelikem przy dużej serowarni, która produkuje jedne z najlepszych kozich serów, które jadłam w życiu.

  To manufaktura prawdziwie ekologicznych produktów, znajdziecie tu krótko dojrzewające sery podpuszczkowe, śmietankowe twarożki z pasteryzowanego i niepasteryzowanego mleka, kozie sery solankowe i twarde sery typu holenderskiego, a także jogurty i kefiry. Kasia i Grzegorz wysyłają swoje produkty do indywidualnych klientów i restauracji na terenie całej Polski- TUTAJ spróbujcie koniecznie . Moim zdecydowanym faworytem jest wędzony serek Złotniak- zasłużony medalista wielu konkursów. Każdy koneser serów(nie tylko kozich) powinien koniecznie choć raz go popróbować.

Dużo bardziej niż pyszne sery na farmie zachwyciło mnie jednak coś innego-  podejście gospodarzy do  ich zwierząt. Jestem na to bardzo uwrażliwiona. Odwiedziłam w ostatnich paru latach wiele ekologicznych farm gdzie dobrostan zwierząt był na wysokim poziomie w porównaniu do współczesnych ogólnych standardów hodowli zwierząt. W Złotnej jednak zobaczyłam coś dużo lepszego- autentyczną troskę i szacunek dla zwierząt.  Stado liczy sobie ponad 140 zwierząt. I Kasia potrafi każde z nich zawołać po imieniu (już samo to, że wszystkie one mają imiona jest wyjątkowe).  Co więcej, Kasia rozróżnia które młode należy do której matki i potrafi je zaprowadzić do rodzicielki kiedy „się zgubi i płacze”. Maluchy na farmie nie są natychmiast odstawiane od matek lecz pozwala im się pić mleko do czasu aż trochę podrosną a małym koźlątkom znajduje się domy zamiast wysyłać je do rzeźni.

Kasia jest skarbnicą wiedzy o kozich charakterach, upodobaniach i naturze tych zwierząt. Jej historie są nie z tej ziemi. Jak na przykład o kozie, która tak bardzo chciała mieć młode, że ukradła jedno z nowo narodzonych koźlątek swojej koleżance podczas porodu, wylizała je ukryła w ciemnym rogu koziarni i z wielkiej miłości i pragnienia opieki nad nim dostała laktacji, która pozwoliła jej to „adoptowane dziecko” odkarmić i wychować.  Lub o innej kozie, która wyprowadziła się z koziarni i zamieszkała pod schodami dojarni, porzuciła swój instynkt stadny (który kozy mają ogromny) i stała się samotną outsiderką.

Spędziłam na farmie 4 dni i miałam okazje obserwować nie tylko Kasię i Grzegorza ale również ich licznych pracowników przy pracy. Często siedziałam gdzieś w koziarni zupełnie przez nich niezauważona i pełna inspiracji ich autentyczną troską okazywaną zwierzętom (nie na pokaz lecz wypływającą z codziennej praktyki i standardów w tym miejscu). Przyznam szczerze, że ja sama już w połowie wizyty zaczęłam rozumieć przywiązanie gospodarzy do tych ciekawych i fascynujących zwierząt.  Kozy okazały się stworzeniami czystymi( w przeciwieństwie do krów np. zawsze patrzą gdzie się kładą, jeśli są tam jakieś nieczystości najpierw odsuną je kopytkiem), bardzo opiekuńczymi (spróbuj sfotografować małe koźlątko, to co najczęściej uwiecznisz na zdjęciu to zadki 5 dorosłych kozich mam, które dla bezpieczeństwa będę maleństwa zawsze przed tobą osłaniać), ciekawskimi („co to za dziwna maszyna, która pstryka błyska i patrzy na mnie jednym okiem ?”, może da się ją zjeść lub choć polizać szkiełko obiektywu??), wojowniczymi (wszystkie chciały dzielnie wojować z moim trójnożnym a dla nich chyba trójRożnym statywem) i sympatycznymi („no weź podrap mnie tu za uszkiem, no nigdzie Cie nie puszczę dopóki mnie nie podrapiesz”).

Opowieści gospodarzy bardzo pomagają w zrozumieniu „koziego świata”. Kasia i Grzegorz propagują wiedzę i zarażają pasją miłości do tych zwierząt. Goście ich hoteliku zawsze mogą odwiedzić koziarnię czy pójść z kozami na pastwisko. Miejsce jest przyjazne dzieciom, ma również statut „zagrody edukacyjnej”. Dzięki temu i odwiedza je dużo grup szkolnych i przedszkolnych. Zachęcam też i Was aby wybrać się tam na weekend lub parę dni odpoczynku.

Tylko ostrzegam- paru gości Kasi i Grzegorza nie poprzestało na wakacjach u nich lecz zarażeni pasją tych wspaniałych ludzi kupili ziemię w okolicy i idąc za przykładem dzisiejszych bohaterów zakładają ekologiczne gospodarstwa. Niedługo w Oberlandzie zrobi się ich prawdziwe zagłębie 🙂     Niewątpliwie atutem miejsca jest też wspaniała kuchnia Kasi wykorzystująca nie tylko miejscowe sery ale i dary z okolicznych , pól, łąk, lasów i wielkiego przydomowego warzywnika. Skosztowałam w Złotnej  nadziewanych kozim serem i warzywami cukinii, pysznego makaronu z kremowym serkiem, szpinakiem i suszonymi pomidorami, rewelacyjnej zupy dyniowej czy niezwykłej sałatki z rucolą, arbuzem i solankowym serkiem. Same pyszności- na które przepisy znajdziecie w październikowym numerze Weranda Country gdzie również więcej zdjęć i informacji na temat tego cudownego miejsca i ciekawych ludzi. Koniecznie zapraszam do kiosków 🙂

       Na sam koniec chciałam bardzo podziękować wszystkim którzy okazali mi w czasie pracy nad tym materiałem swoją pomoc i zaufanie. W połowie sesji na farmie upadłam i stłukłam swój sprzęt fotograficzny.  Zostałam na drugim końcu Polski z dala od jakiegokolwiek sklepu lub znajomych do których mogłabym podjechać i pożyczyć sprzęt. Z desperacji postanowiłam napisać o tym na FB z wyjaśnieniem gdzie jestem, w jakiej sytuacji i jakiej pomocy potrzebuję. Reakcja czytelników mnie zupełnie zaskoczyła. Ilość maili, telefonów i smsów z chęcią pomocy była ogromna. Wsparcie okazali mi i obdarzyli zaufaniem nie tylko znajomi, byli kursanci czy czytelnicy bloga ale i cała rzesza zupełnie nieznanych mi ludzi.  Każdy z nich ofiarowywał pomoc, radę lub był gotów powierzyć mi, (zupełnie nieznajomej osobie) sprzęt fotograficzny warty nawet parędziesiąt tysięcy złotych.    Moi Drodzy- to było bardzo miłe. Po raz kolejny udowodniliście mi, że świat jest piękny a ludzie wspaniali i że jestem wielką szczęściarą że mogę mieć Was wszystkich dookoła. Dziękuję Wam serdecznie. A w szczególności Iwonie Kowalskiej (której obiektywem ostatecznie dokończyłam pracę nad prezentowanymi dziś zdjęciami) oraz mojej serdecznej „sister in photography” Magdzie Wasiczek, która rzuciła wszystko i przejechała ponad 400km aby ratować mnie w potrzebie (i jest również autorką poniższego zdjęcia po prawej). Dziękuję raz jeszcze- uwielbiam Was wszystkich !!!



KONKURS książka „Moje Cztery Pory Roku”- Igi Sarzyńskiej

      Moi Drodzy, jak pewnie wielu z Was się orientuje przez cały ubiegły rok fotografowałam wspaniałą książkę cukierniczą autorstwa równie wspaniałej Igi Sarzyńskiej. Książka to poradnik sugar-craftingu (czyli dekorowania wypieków masą cukrową i lukrem królewskim). Iga jest w tym mistrzynią i w książce dzieli się swoimi sekretami i pomysłami. Dzieli się też recepturami na najlepsze ciasta, pierniczki i masy tortowe.

     A ja dzięki uprzejmości Igi, dzielę się dziś z Wami zdjęciami z kolejnego rozdziału książki- tym razem jest to LATO. ( Tutaj można obejrzeć wiosnę ). Dzięki wspaniałemu podejściu Igi, książka powstawała niespiesznie przez cały rok i dawała komfort pracy w określonej porze roku, którą zamierzałyśmy przedstawić na zdjęciach. To była duża odmiana dla mnie, fotografa współpracującego z magazynami, który zmuszony jest wykonywać sesje z co najmniej 3 miesięcznym wyprzedzeniem i kombinować jak zdobyć poziomki w marcu i śnieg we wrześniu. Tu nie było problemu- wychodziłyśmy do mojego ogrodu i fotografowałyśmy świat takim jakim był.

     Rozdział LATO jest w książce najobszerniejszy- dużo w nim pomysłów na piękne okazałe torty- jak choćby ten poniższy- weselny tort piwoniowy. Obserwować Igę jak krok po kroku z masy, która wygląda jak  kawałek plasteliny- tworzy słodkie jadalne piwonie -zupełnie  jak żywe- to była wielka przyjemność.      Wy też możecie sobie to obejrzeć- ponieważ książka zawiera prawie 300 zdjęć- tutoriali – gdzie krok po kroku Iga pokazuje i tłumaczy jak wykonać wszystkie zaprezentowane w książce cuda sztuki cukierniczej.
      Iga to osoba niezwykła- ujęła mnie skromnością i pracowitością. Zanim ją poznałam wydawało mi się, że jestem tytanem pracy (wręcz pracoholikiem) przy Idze czułam się jednak jak patentowany leń. To przecież jeszcze taka młoda dziewczyna. Ja w jej wieku jeździłam po świecie, robiłam różne dziwne i szalone rzeczy- ona po śmierci taty (któremu książka jest zresztą dedykowana) wraz z siostrą i mamą przejęła rodzinną firmę, założyła w niej swoją cukiernię, odpowiedzialnie ją rozwija, odnosi sukcesy, zdobywa nagrody, staje się branżowym autorytetem.
     Tak, ma wielki talent ale wszyscy dobrze wiemy, że talent to tylko „wyjściowa” do odniesienia sukcesu a cała reszta do „ciężka praca, ciężka praca i jeszcze raz ciężka praca”. I Iga się tej ciężkiej pracy nie boi lubi sobie stawiać wyzwania i je realizować- ta piękna książka, którą miałam okazję ilustrować była jednym z takich wyzwań- moim zdaniem zrealizowanym perfekcyjnie. Polecam ją wszystkim a w szczególności tym, którzy kochają piękno i słodkości.       Znajdziecie tu pomysły nie tylko na wielkie weselne torty ale i malutkie kruche ciasteczka, np. w kształcie truskawek, arbuzów, lodów, rowerów, zwierzątek – i proste, łatwe i przejrzyste instrukcje jak je samemu wykonać w domu.
      Ta książka to idealny pomysł na wspólne kuchenne spędzenie czasu  z dziećmi lub na ciekawy prezent dla babci, mamy czy „cioci, która robi najlepszą szarlotkę na świecie”. Można ją kupić  TUTAJ a tutaj poczytać o niej więcej. Zachęcam.

  Można też dziś egzemplarz książki wygrać w prostym konkursie na moim blogu. Wystarczy, że w komentarzu poniżej napiszesz co zamierzasz zrobić z książką, kiedy ją otrzymasz. Może ją komuś podarujesz? Może będzie perłą w twojej wielkiej kolekcji książek kucharskich? Może zawsze marzyłaś o rozwijaniu pasji cukierniczej? Może masz w sobie żyłkę artysty i chcesz to pokazać również podczas pieczenia niedzielnego ciasta? A może po prostu uwielbiasz oglądać piękne książki (tak jak moja koleżanka Dorota na zdjęciach poniżej)???        Tego nie wiem a bardzo chciałabym się dowiedzieć i wysłać to piękne 200- stronicowe albumowe wydanie komuś komu sprawi ono wiele radości. Więc jak? Są może jacyś chętni?

P.S. Na Wasze komentarze czekam do 25 sierpnia.



Agrest- sesja dla magazynu Weranda Country

To jedna z sesji z której jestem bardzo zadowolona. Umieściłabym ją w pierwszej dziesiątce moich najlepszych sesji. Jest kwintesencją tego co w fotografii kulinarnej lubię najbardziej. Spójność kadrów, proste nieprzekombinowane stylizacje, dużo elementów natury, konsekwencja w posługiwaniu się kolorem i świeżość, świeżość, świeżość.
      A przy tym wszystkie dania są naprawdę pyszne.  Jeśli lubicie agrest- pędźcie do kiosku po sierpniową Weranda Country – jeśli nie lubicie tym bardziej pędźcie. Zapewniam, że na nowo odkryjecie potencjał tego niedocenianego u nas trochę owocu. A jest on przecież taki wszechstronny. Dobrze sprawdzi się w lodach, w wytrawnych sałatkach, jako baza lemoniady czy jako pikantny czatnej np. do grillowanego camemberta.          Znajdziecie w Werandzie również przepis na pyszne ciasta z agrestem- jest prosta migdałowa tarta, jest i bardziej skomplikowany tort z nadzieniem agrestowym. Są też ciekawe i zdrowe trufle daktylowe nadziewane surowym agrestem oraz zupełny hit – podawany w jadalnych miseczkach z białej czekolady deser składający się z musów agrestowych, bitej śmietany i kremu mascarpone. Pyszne, niepowtarzalne w smaku i zupełnie uzależniające danie. Warte każdego nawet bardzo ekskluzywnego letniego przyjęcia w ogrodzie.
      Lubicie przyjęcia w ogrodzie? Ja je uwielbiam. Bez nich nie wyobrażam sobie lata. Nie ma nic piękniejszego, niż siedzieć w letni ciepły wieczór pod gwiazdami, słuchać świerszczy, wąchać wakacyjną noc i delektować się pysznym jedzeniem w gronie przyjaciół. I wcale nie potrzeba  na to dużo czasu ani wielkiego wysiłku. A jeśli zaproponujecie gościom, żeby przyszli wszyscy o godzinę wcześniej i razem z Wami przygotowali posiłek to zabawa będzie jeszcze lepsza. Spróbujcie koniecznie. Może przyjęcie agrestowe? Co Wy na to?? PS. W pracy nad częścią zdjęć w tej sesji pomagała mi Ania Simon- jedna z moich nieocenionych asystentek. Aniu- z Tobą wszystko wydaje się prostsze a niemożliwe staje się możliwe- dziękuję Ci bardzo. 



Kurs fotografii kulinarnej- ostatnie wolne miejsce na wakacje

       Moi Drodzy- jest jeszcze jedno wolne miejsce na kurs fotografii kulinarnej w te wakacje. Termin to 21, 22 sierpnia godz. 10.00-16.30. Kurs jest dwuosobowy i jedna osoba już na ten kurs jest zapisana- poszukujemy drugiej 🙂 To jest ostatnia szansa aby przyjechać na kurs do mnie w najbliższych paru miesiącach. Wszystko na wakacje już dawno zarezerwowane, cały wrzesień jestem poza normalnym kalendarzem szkoleń bo fotografuję książkę (nie, nie moją!) a na październik stoi już kolejka na zapisy (ale mi się klaruje dwutygodniowy wyjazd do RPA i dopóki się nie wyklaruje to nie otwieram jeszcze rezerwacji).

       Tylko jakoś ten 21,22 sierpnia nikomu dotąd nie podpasował. Może ktoś jest chętny? Super współkursantka czeka. Solidna dawka wiedzy i praktyki fotograficznej czeka, moje domowe studio czeka. Więcej informacji na temat samego kursu i jego ceny znajdziecie TUTAJ click . Jeśli jesteście chętne/chętni trzeba po prostu wypełnić formularz w tym samym linku na dole strony a w uwagach wpisać datę 21,22 sierpnia. To jak? – do zobaczenia niebawem?
Ps. Na wszystkie pytania i wątpliwości odpowiem w komentarzach poniżej lub mailowo greenmorning.pl@gmail.com lub przez kontakt na blogu- zapraszam.



Mirabelkowa sesja dla magazynu Moje Gotowanie i gniazdka z ciasta philo

      Jeśli się pospieszycie to w kioskach znajdziecie jeszcze lipcowy numer magazynu Moje Gotowanie a w nim aż 16 stron z moimi zdjęciami i przepisami. Miedzy innymi piękną okładkę z mirabelkowym plackiem. Można powiedzieć że, historia tego zwykłego placka to istne ” od zera do bohatera”.
       W ogóle nie było go w planie sesji. Powstał dzięki mojej asystentce Asikundzie ( serdecznie pozdrawiam Asi!), która nie mogła patrzeć na pozostałe po sesji produkty walające się w różnych częściach mojego studia i mojej kuchni.  Alternatywą dla nich byłby pewnie, kosz na śmieci lub ewentualnie mój kompostownik-gdzie staną się ucztą dla wiewiórek (a wiewiórki jeśli będę nieostrożne staną się niestety ucztą mojego kota!!!  Czy Wasze koty też z taką zawziętością polują na wiewiórki???).         Asi więc postanowiła zlitować się nad wiewiórkami i zapobiec marnowaniu jedzenia. I kiedy ja próbowałam prostować plecy po całym dniu nachylania się nad aparatem leżąc plackiem na kuchennej podłodze- Asi zakasała rękawy pozbierała bałagan i wyczarowała z niego pięknie pachnące ciasto. I już, już… miałyśmy je pokroić i zjeść ze szklanką zimnego mleka kiedy jak zwykle okazało się, że mój instynkt fotografa jest silniejszy niż głód i zmęczenie. Tylko siłą woli zwlekłam się więc z podłogi, poszłam na górę do studia i obfotografowałam ciasto (tak dla świętego spokoju). Trwało to dokładnie 5 minut bo na więcej mnie po prostu nie było tego dnia już stać.       Sesja powędrowała do szuflady na ponad 10 miesięcy.  Coraz częściej pracuje w takim systemie i dziękuję Bogu, że mogę sobie na to pozwolić. Uwierzcie, nie ma nic gorszego niż próba stwarzania pozorów sezonowości na zdjęciach. Taką sesję mirabelkową, żeby ukazała się w lipcowym numerze musiałabym wykonać w kwietniu. Skąd ja na Boga w kwietniu mam wziąć mirabelki?! Albo poziomki w marcu? Albo czereśnie w lutym? No skąd??? Witajcie w świecie dylematów fotografów kulinarnych pracujących dla magazynów 🙂

      Dlatego większość z nas prędzej czy później dochodzi do wniosku, że najlepiej robić sesję zgodnie z rytmem przyrody i pór roku. Tak po bożemu :  szparagi w maju, truskawki w czerwcu, jagody w lipcu, mirabelki w sierpniu, grzyby we wrześniu. Trzeba znaleźć tylko w sobie tyle determinacji i czasu aby jeden rok zrobić na zakładkę. Tzn. obok sesji robionych w normalnym rytmie zrobić te do szuflady na następny rok. Ja taki niewykonalny plan zrealizowałam w 2016 roku. Oprócz normalnej stałej comiesięcznej pracy przy sesjach, oprócz dziesiątków prowadzonych kursów, oprócz sfotografowania dużej książki kucharskiej przez cały rok systematycznie tworzyłam sesje do szuflady „na za rok”. Opłaciło się- wszystkie sprzedałam polskim lub zagranicznym magazynom kulinarnym i dzięki temu tego roku w większości pracuję bez stresu (nie szukając poziomek w śniegu) lecz fotografując spokojniej na sezon 2018. A wy możecie na moich zdjęciach oglądać prawdziwe owoce i warzywa w ich najlepszej wersji- bo zerwanej prosto z mojego ogródka.

       A wracając do mirabelkowego placka, kiedy wysyłałam zdjęcia i przepisy do redakcji Mojego Gotowania, zdjęcie placka (którego nawet do sesji nie planowałam dołączać ani nie napisałam do niego przepisu) zaplątało się w wysyłanym zestawie przez zupełny przypadek.  Dowiedziałam się o tym po paru dniach, kiedy przyszła informacja, ze brakuje jednego przepisu w zestawie i to akurat na ciasto, które właśnie wylądowało na okładce magazynu :)!!! Szybko sięgnęłam więc do magicznego zeszytu, gdzie zapisuję wszystkie przepisy na dania fotografowane w studio i dziękowałam Bogu a raczej Asikundzie za jej skrupulatność i zanotowanie przepisu na mirabelkowy placek.

      Jaki morał tej historii? Nawet jeśli bardzo Ci się nie chce, jeśli wydaje Ci się, że już nie dasz zupełnie rady, kiedy wszyscy dawno już odpuścili i Tobie radzą to samo- znajdź w sobie siłę, znajdź w sobie odwagę i zrób jeszcze ten jeden krok naprzód, zrób o ten jeden wysiłek więcej, pochyl się nad czymś po raz tysięczny pierwszy- kto wie może to jest właśnie ten raz, który coś zmieni w Twoim życiu. Bo życie naprawdę potrafi zaskakiwać- i to w najmniej oczekiwanym momencie.