Fotograficzne SPA- Sycylia 2017

IMG_3220nn

14 wspaniałych , szalonych zakręconych na temat fotografii kobiet. Od lewej u góry Ania Simon, Magda Sobolewska, Ania Kaim, Mariola Weindich, Ola Kordalska, Sylvia Gervais, Magda Rus, Magda Wasiczek (współprowadząca), Kasia Łaski, Marzena Sipowicz, Ja, Paulina Doleżko, Joasia Warelich i Magda Gembacka fot. Pani Aneta- nasz kierowca

Już po raz drugi organizuję- Fotograficzne SPA na Sycylii. Jest to parodniowy wyjazd dla moich kursantek- pasjonatek fotografii i kulinariów. Nie są to typowe warsztaty z klasyczną nauką fotografii i stylizacji kulinarnej lecz raczej coś w stylu wyjazdu integracyjnego z całą gamą niesamowitych przeżyć.

_DSC5524-1000

Wspaniały, niczym niezmącony czas poświęcony na fotografię, bycie tu i teraz, ważne rozmowy, doświadczanie piękna przyrody. fot Magda Wasiczek

To jest wyjazd nigdzie niereklamowany ani nigdzie nieogłaszany (więc nie zastanawiajcie się jak to się stało, że przeoczyłyście informację o zapisach) i właściwie tylko dla dziewczyn, które były już na kursie fotografii kulinarnej u mnie. Takie trochę „studia podyplomowe” 😉  Miejsc jest niewiele a doświadczenia tak cudne, że większość moich kursantek zapisuje się na wyjazd w ciemno już na kursie u mnie.

_DSC5898-1000

4 dni jednej wielkiej terapii śmiechem. Na pierwszym planie Sylvia Costarelli- Pani Domu na naszej cytrusowej farmie, najlepsza włoska kucharką jaką znam, usiłuje pomiędzy wybuchami śmiechu uczyć dziewczyny gotowania.

Naszym gospodarzem w tym roku była cudowna rodzina Valenzianich, która gościła nas w niewielkim hoteliku w samym sercu 28 hektarowej ekologicznej cytrusowej farmy. Jeśli chcielibyście odwiedzić kiedyś Sycylię i poczuć niesamowity klimat tego miejsca- polecam Wam serdecznie Pietre di Gelo- zakochacie się w tych ludziach i ich farmie (i na dodatek mówią tu też po polsku). Jeśli nie możecie wybrać się na Sycylię a chcielibyście poczuć choć trochę klimatu tego miejsca- polecam prowadzoną przez Valezianich firmę InCampagna, która sprzedaje do Polski ekologiczne produkty z Sycylii, m.in. pomarańcze z farmy na której mieszkaliśmy. Jak mawiali nasi gospodarze-można zamówić sobie u nich z dostawą do domu- karton sycylijskiego słońca.

_DSC5927-1000

To był akurat tłusty czwartek- wiec uczyłyśmy się robić Cannoli – słynne sycylijskie smażone rurki nadziewane kremem z ricotty i pistacji. fot. Magda Wasiczek

W sycylijskim raju spędziłyśmy ponad 4 dni. Dni pełne intensywnych wrażeń.

Zaczęłyśmy od nauki gotowania z Panią Domu- Sylvią – sycylijska arystokratką, która jak każda prawdziwa Włoszka potrafi nawet najprostsze danie zamienić w poezję smaków. Codziennie zasiadałyśmy do 3 przygotowanych specjalnie dla nas posiłków i dosłownie rozpływałyśmy się nad smakiem i kunsztem każdej potrawy. Byłyśmy więc wniebowzięte, kiedy Sylvia zgodziła się zdradzić nam kilka swoich sekretów.

_DSC6233-1000

Mariola poznaje tajniki zagniatania ciasta na pizzette od Aleksandry sycylijskiej kucharki z naszego hoteliku.

Następną atrakcją były wizyty na lokalnych targach warzywnych w Lentini i Syrakuzach, o tej porze roku jest tam niezwykle kolorowo i obficie. A co najważniejsze- Włosi uwielbiają się fotografować i nie mieli nic przeciwko bandzie parunastu szalonych fotografek, układających im towar na stoiskach tak aby lepiej prezentował się na zdjęciach. Wręcz przeciwnie- byli wniebowzięci.

Na sycylijskich targach w lutym królują fioletowe kalafiory i kalarepy, karczochy, dzikie szparagi i wszelkiego rodzaju zielenina.

Na sycylijskich targach w lutym królują fioletowe kalafiory i kalarepy, karczochy, dzikie szparagi i wszelkiego rodzaju zielenina. fot.greenmorning.pl

IMG_2799

Jedne drinkują, drugie kawkują, a ja w pracy i fotografuję. Wszystkie zmęczone ale szczęśliwe po wizycie na targu w Lentini testujemy najlepszą cukiernię w mieście. fot. greenMorning.pl

Z targów przywiozłyśmy obfitość produktów do stylizowania i fotografowania. To dopiero była moc, paręnaście kobiet, dziesiątki kilogramów warzyw i owoców, tony gratów do stylizacji, dzielenie się wiedzą i doświadczeniem a to wszystko w pięknym naturalnym sycylijskim słońcu (o którym tylko można pomarzyć lutową porą w Polsce).  Czego nie obfotografowałyśmy na miejscu zabrałyśmy do domów, każda z dziewczyn miała walizkę wypchaną  najpiękniejszymi okazami cytrusów, karczochów, fioletowych  kalafiorów czy miejscowych oliwek.

_DSC5896-800-horz

Razem stylizujemy i fotografujemy, same cuda, przywiezione z targów i zebrane na farmach. fot. Magda Wasiczek

_DSC5860-900

Namiętnie tłumaczę jak stylizować i budować kompozycję z karczochów. fot. Magda Wasiczek

_DSC5847-800-tile

Moje tłumaczenia plus talent Magdy Rus (po lewej fotografuje) dają efekt widoczny po prawej. fot. lewa Magda Wasiczek fot. prawa Magda Rus

_DSC5982-1000-horz

Kiedy w środku robi się za ciemno przenosimy się na zewnątrz. Po lewej pomagam Kasi Łaski stylizować kanapki z pyszną kozią ricottą jej produkcji, po prawej efekt. fot. lewa Magda Wasiczek, fot.prawa Kasia Łaski

17097837_181983702299502_145068284516869408_o

Jedne fotografują , drugie fotografują fotografujących. Na zdjęciu Joasia Warelich na dziedzińcu naszego hotelu, wykorzystuje piękną łupkową podłogę jako tło. fot. Anna Kaim

_DSC5897-800-horz

Po lewej Dominika, po prawej Sylwia- dwie największe śmieszki wyjazdu. fot. Magda Wasiczek

 Oprócz pomarańczowych upraw rodziny Valenzianich, na zwiedzanie i fotografowanie których poświęciłyśmy cały jeden dzień odwiedziłyśmy jeszcze 4 inne farmy- wszystkie ekologiczne. Tegorocznym hitem okazała się uprawa karczochów. Ciągnące się po horyzont zielone pola a w nich jak piękne kwiaty ukryte główki karczochów. A do tego włoscy rolnicy przystojni i młodzi, świetnie się czujący w towarzystwie parunastu pięknych Polek. Śmiałyśmy się, że w następnym roku zamiast fotograficznego SPA- powinnam zorganizować program ” Włoski rolnik szuka polskiej żony”- dopiero miałabym morze chętnych dziewczyn…

IMG_3049-horz

W odwiedzinach na farmie cytrynowej po degustacji miejscowego limoncello, zmęczone po całym dniu podróżowania czekamy na nasze busy. fot. greenmorning.pl

Odwiedziłyśmy też uprawę kumkwatów oraz piękna farmę cytrynową, gdzie z ekologicznych cytryn wyrabia się lokalne limoncello. Buszowałyśmy również w sadach awokadowych tuż pod samą Etną, która przepięknie dymiła przez cały nasz pobyt ( bo widok na nią miałyśmy również codziennie z okien naszego hotelu).

IMG_2548-horz

Pogoda nam dopisywała, w lutym na Sycylii temperatury są porównywalne do naszej później wiosny. Po prawej Mariola fotografuje w pięknym starym pomarańczowym sadzie w tle charakterystyczne dla regionu murki z kamienia lawowego. fot. lewa greenmorning.pl, fot.prawa Magda Wasiczek

Dodatkową atrakcją była nauka fotografii makro-przyrodniczej od światowej klasy fotografki, mojej serdecznej przyjaciółki Magdy Wasiczek, która zdradzała dziewczynom tajniki swojego warsztatu podczas porannych sesji w skąpanej rosą trawie. A okazji do fotografowania kwiatów było dużo bo o tej porze roku na Sycylii kwitną już niektóre drzewo i krzewy.

IMG_2602-horz

Po lewej- ozdobne ptactwo domowe to pasja Justyny Podlaskiej mieszkającej na farmie. Po prawej moja ulubiona „sister in photography”- Magda Wasiczek- podczas wyjazdu dzieliła się z dziewczynami swoją wiedzą nt. fotografii macro. fot. greenmorning.pl

Dla każdej z nas to był czas ładowania akumulatorów dobrą, babską energią. Te wyjazdy choć krótkie w intensywny sposób zbliżają i otwierają ludzi. Gdzież niby w tle do ogólnych wydarzeń toczy się to co najważniejsze- terapeutyczne rozmowy o odnalezieniu sensu życia, o potrzebie samorealizacji, znalezienia czasu dla siebie, zatrzymania się w gonitwie dnia codziennego.

Dla każdej z nas to był czas ładowania akumulatorów dobrą, babską energią. Te wyjazdy choć krótkie w intensywny sposób zbliżają i otwierają ludzi. Gdzieś niby w tle do ogólnych wydarzeń toczy się to co najważniejsze- terapeutyczne rozmowy o szukaniu sensu życia, potrzebie samorealizacji, znalezienia czasu dla siebie, zatrzymania się w gonitwie dnia codziennego. Tu akurat, dobrze pamiętam, rozmawiamy o „sztuce olewania” i o tym jak się nie dać depresji. fot. Ania Kaim

Jak na przykład mimozy czy migdały. Aby fotografować kwitnące migdałowce jechałyśmy specjalnie półtorej godziny do Avola – miejsca które słynie na Sycylii z uprawy najlepszych odmian migdałów.

IMG_3331-horz

A to już farma migdałowa i buszujące wśród kwitnących migdałowców Marzena i Ania. fot. greenmorning.pl

_DSC6280-1000

Pożyczysz obiektyw? Nie ma sprawy, który chcesz? Wymianie i testowaniu różnego sprzętu nie było końca. Na zdjęciu Joasia i Ola. fot. Magda Wasiczek

IMG_2837-horz

Ja w fotograficznym raju- czyli buszująca w ciągnącym się po horyzont morzu karczochów. fot. lewa greenmorning.pl. fot.prawa Magda Wasiczek

unnamed

W drodze do awokadowego gaju, taaaaaaaakie widoki. Tam w tle to dymiąca Etna! fot. Anna Kaim

Zatrzymałyśmy się też na jeden wieczór w Syrakuzach uroczym miasteczku, które zachwyciło nas wszystkie, nie tylko pięknym wybrzeżem, urokliwymi wąskimi uliczkami ale również wielkimi parusetletnimi figowcami rosnącymi w samym sercu metropolii.

IMG_3662-horz

A to już Syrakuzy- jedno z najpiękniejszych a na pewno najbardziej fotogenicznych miast Sycylii. Zagubiona wśród urokliwych uliczek Ania Kaim. fot. greenmorning.pl

IMG_3679

Jedni fotografują drudzy kawkują. Wieczór na uroczym placu w Syrakuzach.

IMG_3522-horz

Szalone kobiety opróżniają garaż na odwiedzanej farmie migdałowej bo znalazły w nim stary przedwojenny automobil, który koniecznie trzeba sfotografować. fot.lewa greenmorning.pl, fot.prawa Joanna Warelich

_DSC6590-1000

Czy one fotografują czy pozują? Dominika, Magda, Mariola i Ania przy kwitnącym drzewie mimozy. Dzięki Magdzie Wasiczek uczyłyśmy się też na wyjeździe jak fotografować kwiaty. fot. Magda Wasiczek

_DSC7183-Edit-800nn-horz

Bliskie spotkania trzeciego stopnia z mieszkańcami farm.   fot. Magda Wasiczek

_DSC5544-Edit-800-horz

Każda z dziewczyn oprócz niesamowitych wrażeń i niezapomnianych wspomnień przywiozła z Sycylii setki pięknych zdjęć. Po lewej Kasia w szponach pomarańczowego drzewa po prawej Ola w awokadowym sadzie. fot Magda Wasiczek

_DSC7198-1000

No jak dorwałyśmy już takie wielkie lustro- to selfie musi być!!! Nieważne,że zmęczone, nieważne że rozczochrane od przedzierania się przez gąszcze pomarańczowe, nieważne, że ubrudzone od czołgania się w trawie – spełnione, zadowolone, uśmiechnięte i szczęśliwe- takie kobiety zawsze są piękne.  fot. Magda Wasiczek

To był wspaniały czas, dużo pozytywnej babskiej energii. Rozmowy do białego rana, tysiące zrobionych zdjęć, kilogramy zjedzonych prosto z drzew pomarańczy, nieskończona ilość wymienionych myśli, poglądów, pomysłów. Piękne, zawiązane na długo przyjaźnie. Dziewczyny- to był wielki zaszczyt i przyjemność spędzić z Wami tych parę cudnych dni.

Dziękuję: Magdo, Sylvio, Aniu, Magdo, Paulino, Magdo, Aniu, Mariolu, Joasiu, Marzeno, Kasiu, Olu i Magdo i mam nadzieję do zobaczenia niebawem.

Ciekawe z kim pojadę na Sycylię za rok? Może z Tobą? Kto wie????

Marzy Ci się taki wyjazd? Zostaw komentarz pod tym wpisem (wrócę do nich na pewno kiedy będę tworzyła przyszłoroczną listę uczestniczek). To jak- do zobaczenia za rok na Sycylii?

 



Bułeczki orzechowe- sesja dla magazynu Moje Gotowanie

IMG_9881-tile          Moi Drodzy, w kioskach znajdziecie już piękny marcowy numer Mojego Gotowania a w nim moje przepisy na słodkości z orzechami włoskimi. Zima cały czas nie odpuszcza i tak naprawdę jej święte prawo trzymać jeszcze do 21 marca- kiedy to dopiero oficjalnie zaczyna się wiosna. IMG_9861v-tile       Może więc warto w oczekiwaniu, na przednówku wygrzebać ze spiżarni ostatnie jesienne zbiory. Np. orzechy włoskie właśnie. Są nieocenionym źródłem tłuszczów wielonienasyconych omega 3 , fosforu, żelaza, wapnia, potasu, magnezu, cynku, witaminy E i B6 oraz kwasu foliowego. I dobrze, że aż tyle tych wartości odżywczych bo choć trochę rekompensują wysoką kaloryczność tych orzechów. 5 dorodnych orzechów włoskich ma tyle samo kalorii co 1 poczciwy pączek (sic!).

IMG_1383-tile     Dlatego moja teoria jest następująca- niech tegoroczny tłusty czwartek- będzie orzechowy. Zamiast pączków zróbcie sobie zawijane pyszne bułeczki z orzechowym nadzieniem i syropem klonowym, na które przepis dzięki uprzejmości magazynu Moje Gotowanie znajdziecie poniżej.  IMG_985dd-tile      Jeśli natomiast zainteresowały Was inne prezentowane na dzisiejszych zdjęciach słodkości zapraszam do kiosku po marcowy numer. Znajdziecie tam moją sentymentalna podróż do dzieciństwa z przepisem na ciastka w kształcie orzeszków oraz pyszny przepis na orzechowca z miodem- (oba w wersji bez jajek). Do tego sposób jak zrobić domową mąkę z orzechów włoskich oraz włoskie mleko orzechowe i jak potem z niego wyczarować pyszną ciepła rozgrzewającą czekoladę- taką, której nikt nie jest się w stanie oprzeć. A na deser orzechy w kardamonowo- cynamonowych  karmelowych skorupkach. Mniam!

 ps. W orzechowej sesji dzielnie pomagała mi Renata, której to piękne dłonie i nogi (!!) widzicie na zdjęciach. Renato- dziękuję bardzo!

IMG_1535-horz



Wegański sernik z awokado- sesja dla magazynu Moje Gotowanie

IMG_0010-horz-(1111)        Witam wszystkich wielbicieli awokado. Dziś mam dla Was wielką ucztę. W lutowym numerze magazynu Moje Gotowanie moja stała rubryka „Po wegetariańskiej stronie stołu” w pełni poświęcona jest temu cudownemu owocowi. Znajdziecie tam obok przepisu na sernik z awokado (którym dzięki uprzejmości Redakcji mogę się z Wami tu podzielić) 5 innych ciekawych propozycji. IMG_0169-horz     Jeśli „przemówiło do Was”, któreś z dzisiejszych zdjęć to zapraszam do kiosku po przepis na: makaron linguine z pysznym sosem awokadowo-bazyliowym, zielonym warzywami i orzeszkami pini, moje patenty na najlepsze zielone kanapki z awokado, pyszne(!) lody awokadowo-miętowe, dietetyczne krążki awokado pieczone w panierce z siemienia lnianego oraz nietypowy sposób na quacamole z ogórkami kiszonymi i kiszonym czosnkiem.
IMG_2492-horz      Lubicie awokado? Ja odkąd pierwszy raz znalazłam się w awokadowym gaju – jestem tymi drzewami zupełnie oczarowana. To jedna z tych jadalnych roślin, która towarzyszy człowiekowi od tysiącleci ( są archeologiczne dowody, że jedzono awokado w Meksyku już 10 tys lat przed naszą erą!). Obecnie uprawia się je na całym świecie (oczywiście tam gdzie pozwala na to klimat) czyli w obu Amerykach, Australii, w Indiach, na Filipinach, w Południowej Afryce oraz na południu Europy, głównie w Hiszpanii i na Południu Włoch. IMG_4001-horz

     Botanicznie owoc awokado jest jagodą z pojedynczym nasionkiem (pestką), rosnącą na wysokich zimozielonych drzewach o takiej samej nazwie. W zależności od gatunku owoce mogą być o kształcie gruszki, jajka lub kuli o skórce w kolorach, zielonym, fioletowym lub czarnym (raz udało mi się zobaczyć nawet czerwone!). Rosną na pojedynczych długich ogonkach lub w całych kiściach, zdarzają się też owoce bezpestkowe- te niezmiennie ze względu na swój kształt przypominają mi korniszony zwisające z drzewa. Z najlepszych odmian dostępnych w Polsce kupić można: Hass o skórce fioletowej i mocno kremowym miąższu (w moim warzywniaku mówią na nie awokado orzechowe), Gwen w kolorze ciemnozielonym i jajkowatym kształcie z mocno orzechowym miąższem i Bacon z cieniutką skórka o miąższu z mniejszą ilością tłuszczy.
IMG_0217-horz     Awokado można jeść na słono: w zupach, zapiekane lub w tostach, w quacamole, w różnego rodzaju pastach kanapkowych, w formie majonezu, sosu do makaronu, dresingu do sałatek a nawet w sushi. W Afryce i Azji je się awokado najczęściej na słodko w formie milksake’a lub deseru polewanego specjalnym syropem. Awokado idealnie sprawdzi się również w wegańskim musie czekoladowym, lodach czy dzisiejszym „serniku”. Życzę smacznego!
ps. Zdjęcie sernika tak spodobało się redakcji, że wylądowało na okładce, spójrzcie jak pięknie wygląda.
IMG_0039-horz


Żegnaj 2016 roku- byłeś wspaniały!

gmIMG_2547-copymm-tile-horz      Witam serdecznie w nowym roku, jak zwykle w permanentnym niedoczasie i z wielkimi zaległościami blogowymi. Już się (wyobraźcie sobie!), nawet z tym pogodziłam, że choćbym nie wiem jak się starała nie potrafię ogarnąć już wszystkiego. Pełen etat fotografa i stylisty kulinarnego, blogowanie, dziesiątki prowadzonych kursów i warsztatów, zagraniczne wyprawy fotograficzne, obowiązki w zupełnie oddzielnej rodzinnej firmie. Do tego (bardzo dla mnie ważne) bycie mamą i żoną i tak na zupełną dokładkę w sezonie letnim własny ogród warzywny. Trochę dużo jak na jedną osobę. Ogarniam więc tyle ile się da a w reszcie pozwalam sobie na zaległości.

   Przy tym wszystkim wychodzę jednak z założenia, że zawsze „lepiej późno niż wcale”. Więc kiedy tylko znajduję choć trochę wolnego czasu siadam i nadrabiam co mogę. Dziś wybrałam blogowanie bo mocno się za Wami Moi czytelnicy stęskniłam. I choć mnie tutaj ostatnio mało dla Was jest to- wiedzcie, że dużo o Was myślę, cenię każdy komentarz, każdą wiadomość od Was- nieustannie dodają mi skrzydeł i inspirują aby choć nieregularnie to jednak pochylać się nad blogiem . gmIMG_1110-tile-horz       Postanowiłam dziś opowiedzieć Wam czym byłam tak zajęta przez cały ostatni rok czyli podsumować bardzo pracowity dla mnie rok 2016. Wyjdzie na to, że się trochę pochwalę ale ja osobiście uważam, że w chwaleniu nie ma nic złego. Jeśli robi się to szczerze bez chęci wzbudzenia zazdrości  jest w tym dużo pozytywnej energii- „zobacz mnie się udało- dlaczego Tobie miałoby się nie udać – spróbuj”- oto mój przekaz . Poza tym każda forma samo-docenienia (nie mylić z narcyzmem) jest moim zdaniem cenna w procesie samorozwoju.

      A więc do dzieła: O ile końcówka 2015 roku była dla mnie niezwykle przełomowa (założyłam firmę fotograficzną, kupiłam nowy sprzęt, podpisałam kontrakt z zagraniczną agencją, zaczęłam stałą współpracę z paroma magazynami, podpisałam umowę na fotografowanie dużej książki) o tyle rok 2016 był w dużej mierze realizacją wszystkich tych projektów. I to niestety nie było „odcinanie kuponów” tylko bardzo ciężka systematyczna praca, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu.   IMG_7589-tile-horz

     Zaczęło się bardzo przyjemnie- wyjazdowym  „Fotograficznym SPA” , które zorganizowałam dla moich kursantek na Sycylii. Był to tak cudowny wyjazd, że w tym roku powtarzam go znowu. Miło jest rozpoczynać rok w gronie parunastu tak samo jak ja zakręconych nt. fotografii kulinarnej kobiet. A skoro już jesteśmy przy wyjazdach to w drugiej połowie roku odwiedziłam też hiszpańska Andaluzję, gdzie fotografowałam moje ukochane mango, awokado oraz zbiory oliwek (relacja z tego miejsca cały czas czeka na opisanie tutaj). Do Hiszpanii na pewno jeszcze wrócę- najprawdopodobnie z większą grupą moich kursantek.
gmIMG_3593-tile-horz     Jednym z projektów nad którym pracowałam przez cały 2016 rok były zdjęcia do pierwszej cukierniczej książki Igi Sarzyńskiej. Pozycja ukaże się już w lutym tego roku- jej tytuł to „Moje Cztery Pory Roku” i jest przewodnikiem po zdobieniu tortów i innych wypieków w stylu angielskim. Miałyśmy z Igą komfort aby robić zdjęcia do poszczególnych rozdziałów- dokładnie w tych porach roku o których opowiadają. Więc tak naprawdę od marca do grudnia parę dni w miesiącu przeznaczałam na regularne słodkie spotkania z Igą i jej cukierniczymi dziełami sztuki. Na potrzeby tej książki i jej promocji powstała astronomiczna liczba 430 pięknych zdjęć! O książce na pewno opowiem wkrótce jeszcze więcej a po jej premierze pokaże trochę zdjęć na blogu.
IMG_6083-tile-horz      Jak co roku pracowałam również na zlecenia magazynów kulinarnych. Tym razem jednak nie tylko dla polskich ale dzięki mojemu kontraktowi z agencja również dla zagranicznych. To jest praca, którą lubię najbardziej i staram się (obok uczenia innych fotografii) poświęcać jej jak najwięcej czasu. We współczesnym wirtualnym świecie miło jest oglądać swoje zdjęcia w druku- dlatego skrupulatnie zbieram magazyny z moimi publikacjami. Jednego z grudniowych świątecznych wieczorów wyciągnęłam z wielkiej wieży ułożonej w moim pokoju tylko te które ukazały się w 2016 roku.  Porozkładałam na podłodze w moim studio- i szczerze, nawet samą mnie zaskoczyło jak tego było dużo. Ponad 180 moich zdjęć w prasie polskiej, niemieckiej, francuskiej, norweskiej i kanadyjskiej a większość z nich to publikacje całostronicowe. Gdybym chciała można by tym wytapetować parometrową ścianę od podłogi do sufitu 😉 Ale nie chcę- wystarczy mi, że w maju jedno z moich zdjęć (to październikowe z talerzem tureckich słodyczy) zakupił hotel Hilton aby w jakiś niebotycznych rozmiarach powiesić je w foyer jednego ze swoich hoteli w Sao Paulo w Brazylii (do tej pory brzmi to dla mnie zupełnie kosmicznie!).

gmIMG_4646-tile-horz     No i na koniec to co moim zdaniem, w mojej pracy najwartościowsze-  kursy fotografii kulinarnej.  Jak co roku tak i w 2016 odwiedziło mnie w moim studio dziesiątki osób (przyjechały z Polski i z całej Europy, m.in. z Litwy, Irlandii, Włoch, Niemiec, Norwegii). Bez względu na jakim etapie swojej drogi fotograficznej się znajdowały starałam się im pomóc w rozwijaniu ich fotograficzno- kulinarnych pasji. Uczę już od 3 lat, sprawia mi to niesamowita frajdę oraz daje dużo satysfakcji.

   Zaczęłam uczyć ponieważ dobrze pamiętałam jak to jest kiedy się rozpoczyna. Jak trudno wtedy znaleźć kogoś kto autentycznie chciałby się podzielić swoją wiedzą i potrafił pomóc. Kiedy na początku swojej drogi odbijałam się od wielu drzwi  z napisem „nie będziemy sobie szkolić konkurencji” lub traciłam czas (i pieniądze) na bezwartościowych zajęciach- obiecałam sobie, że kiedy w końcu się czegoś nauczę- będę organizować kursy, dokładnie takie na jakie sama chciałabym chodzić. Kameralne, szyte na miarę, w atmosferze sprzyjającej nawiązywaniu relacji i uczące w skondensowany i  praktyczny sposób. Chyba mi się udało bo wiele z moich kursantek odnosi sukcesy, wraca do mnie ponownie,wiele cały czas do mnie dzwoni, chwali się osiągnięciami, pyta o radę a niektóre z nich zostały nawet moimi przyjaciółkami.  Jestem z nich wszystkich bardzo dumna i cieszę się ich sukcesami. Chyba nawet bardziej niż swoimi.

      Jaka wielka była moja radość gdy w jedynym liczącym się w Polsce konkursie fotografii kulinarnej w 2016 roku, dwoje z trojga laureatów okazało się być moimi kursantami. A w grupie 40 wyróżnionych zdjęć znalazłam jeszcze około 10 osób które miałam zaszczyt uczyć. To naprawdę jest budujący dla mnie wynik- daje prawie taką samą frajdę jak codzienne „AHA!” widziane w oczach kursantów, kiedy pokazuje im jak coś w lepszy i prostszy sposób osiągnąć i kiedy tłumaczę zawiłe z pozoru rzeczy tak, że nareszcie wydają się proste. Wyobraźcie sobie, że te „AHA” oraz uśmiechnięte twarze i szczere uściski moich kursantów są dla mnie nawet więcej warte niż przyjęcie w 2016 roku do elitarnego grona nauczycieli Akademii Nikona.(choć to naprawdę duże osiągnięcie dla samouka, który fotografuje zaledwie od 6 lat.)

gmIMG_2547-copy-tinnnle

      Moi Drodzy- rozpisałam się jak zwykle trochę za dużo na swój temat. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Wierzę, że takie podsumowania mogą być źródłem inspiracji dla wielu z Was, szczególnie tych, którzy stoją na początku swojej drogi.

     Oto jestem- naoczny przykładem tego, że można i trzeba sięgać po marzenia, rozwijać swoje pasje, ciężko pracować i się nie poddawać a sukces z czasem przyjdzie. Widzę to na swoim przykładzie, widzę na przykładzie wielu moich kursantek. Najpierw wiara we własne możliwości a potem determinacja w dążeniu do celu potrafią zdziałać cuda. Wiem, że to nie jest łatwe ale wiem też, że naprawdę potrafi się udać. Spójrzcie na mnie -po raz pierwszy wzięłam lustrzankę do ręki w 2010 roku, nie wiedziałam wtedy o fotografii absolutnie nic. Dziś po 6 latach jestem zawodowym fotografem pracującym m.in. dla zagranicznych magazynów kulinarnych i uczącym fotografii innych. Da się? DA SIĘ!

       A wiecie co w tym wszystkim jest najpiękniejsze- ja nie jestem ani jakaś szczególna ani uzdolniona, ani wybitna.  Jestem zupełnie zwyczajna – taka sama jak Wy. Więc skoro mnie się udało to dlaczego nie miałoby się udać Wam??? Pomyślcie chwilę… Dlaczego nie?

      Życzę Wam, z całego serca, abyście uwierzyli w siebie i aby się Wam udało. Sięgajcie po swoje marzenia, realizujcie swoje pasje, stawiajcie sobie cele i z determinacją do nich dążcie. Niech 2017 rok należy do Was! Trzymam mocno kciuki i kibicuje.

Więc jak- macie już jakieś plany i marzenia na rozpoczynający się rok, zaczęliście je już realizować? A może macie już swoje pierwsze małe lub duże sukcesy? Pochwalcie się i opowiedzcie mi o nich koniecznie…

Ps. zdjęcia: styczeń, marzec, maj, lipiec, sierpień, wrzesień- powstały na zlecenie magazynu Weranda Country, zdjęcia: październik, grudzień – powstały na zlecenie magazynu Voyage



Salsa z Mango i sesja dla magazynu Moje Gotowanie

IMG_0336-horz       Witam serdecznie, trochę pod prąd z tymi zdjęciami pełnymi słońca.  W nastroju mało świątecznym za to z przepisem na pyszną, orzeźwiającą, zdrową, dietetyczną salsę z mango. Coś w sam raz do wypróbowania po świątecznym obżarstwie 🙂  IMG_9974-horz     Jak pewnie pamiętacie na przełomie października i listopada odwiedziłam hiszpańską Andaluzję gdzie fotografowałam lokalne uprawy- głównie mango, awokado i oliwki. To był piękny czas, w bardzo uroczym miejscu, we wspaniałym towarzystwie (postaram się napisać o tym osobny wpis i pokazać trochę więcej zdjęć z tego miejsca).  Spełniłam kolejne swoje marzenie by móc fotografować na drzewie jeden z moich ukochanych owoców- MANGO.

IMG_9326-hommrz       Nie wiem czy wiecie ale w wielu krajach naszego globu mango uważane jest za najwspanialszy owoc świata. Oryginalnie pochodzi z Indii ale mangowe drzewa uprawia się obecnie w wielu zakątkach globu. M.in na południu Europy (hiszpańska Andaluzja gdzie byłam to zagłębie mangowe),na Filipinach, Florydzie, w Tajlandii, Pakistanie, Australii, Meksyku i wielu krajach Ameryki Południowej. Istnieje ponad 100 odmian mango o skórce w wielu kolorach od intensywnej żółci, poprzez pomarańcz, ciemną zieleń, głęboką czerwień aż do fioletowej czy różowej purpury. Miąższ jednak zawsze pozostaje żółto- pomarańczowy (przynajmniej u tych odmian które widziałam i jadłam). Drzewa mango są duże z podłużnymi grubymi liśćmi, bardzo żywotne (owocują nawet do 300 lat) bardzo przypominają drzewa awokado i mnie osobiście trudno rozróżnić je od siebie kiedy nie owocują.  Nawet owoce rosną podobnie jak u awokado na długich często nawet półmetrowych ogonkach.

IMG_9932-horz   Są różnych kształtów i rozmiarów- od wielkości zaciśniętej dziecięcej piąstki począwszy na olbrzymich nawet kilogramowych owocach skończywszy. Za najlepszą odmianę w świecie uchodzi indyjskie Alphonso Mango(choć uważajcie z wygłaszaniem publicznie takich opinii w innych krajach produkujących ten owoc!) jest bardzo niepozorne, malutkie, z plamami na pomarańczowej skórce, miąższ ma jednak niesamowicie słodki,soczysty i orzeźwiający. W Indiach Hindusi porównują go do amrity- legendarnej ambrozji indyjskich Bogów. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję je spróbować- polecam! W Warszawie w sezonie na indyjskie mango (czyli od kwietnia do końca lata) można kupić je w tym prowadzonym przez hindusów sklepie. Sprowadzają je co poniedziałek całymi kartonami z Londynu, ustawiają się po nie kolejki a czasami trzeba się nawet zapisywać na specjalna listę.

IMG_9250-horzmm

      W pierwszej trójce najbardziej polecanych do spróbowania odmian umieściłabym jeszcze pochodzącą z Florydy odmianę Glenn (ma cudowny aromat, parę owoców umieszczonych w kuchni może posłużyć jak najlepszy odświeżacz powietrza) i Ataulfo. To tą odmianę można w Meksyku zjeść nadzianą na patyk, finezyjnie ponacinaną w kształt róży i obficie posypaną (!!!)… ostrą papryką (kto był w Meksyku ten wie o czym mówię). Słodkość owocu mango często w kuchniach świata przełamywana jest nietypowo- np. czosnkiem, chili czy cebulą. Wiem,wiem, brzmi dziwnie ale zapewniam- smakuje genialnie- przekonacie się jeśli tylko spróbujecie dzisiejszego przepisu na salsę.  Pochodzi on (wraz z wszystkimi dzisiejszymi zdjęciami) z sesji wykonanej do styczniowego numeru Magazynu Moje Gotowanie. Można już go znaleźć w kioskach wraz z innymi moimi przepisami na wykorzystanie mango. Oprócz salsy, znajdziecie tam pyszny sernik na zimno z mango, oryginalną sałatkę z marynowanymi w mango i grillowanymi warzywami, mango lassi- słynny indyjski słodki napój i mango sushi (na słodko, z pysznym mleczno-kokosowym ryżem).  IMG_0533-horz

    W Polsce niełatwo jest dostać dobre mango– to co oferuje większość sklepów w żaden sposób nie przypomina króla owoców. Tym którzy nie mieli doświadczenia z dobrym mango tłumaczę, że jest to taka różnica jak pomiędzy pysznymi polskimi czerwcowymi truskawkami a tymi plastikowymi niewiadomego pochodzenia sprzedawanymi w zimie w supermarketach.
    Najlepsze mango sprzedawane powszechnie w Polsce można kupić w Biedronce (i nie, to nie jest pseudo-reklama albo lokowanie produktu). Pochodzi najczęściej z Ameryki Południowej lub z Hiszpanii i jest dojrzałe- czego nie można powiedzieć o owocach sprzedawanych w innych sklepach.  Bo mango jest dobre dopiero wtedy kiedy dojrzeje, jak to sprawdzić -owoc powinien być miękki- nie kupujcie twardego mango– większość z nich nigdy nie dojrzeje a co za tym idzie nie nabierze słodyczy. Dojrzałość owocu sprawdza się dokładnie tak samo jak u awokado. Należy lekko nacisnąć skórkę, miąższ powinien ustąpić ale z lekkim oporem. Nie kupujcie również bardzo miękkich owoców będą najczęściej przejrzałe i lekko sfermentowane. Mango sprzedawane jest w Polsce jeszcze w dwóch formach – jako suszone owoce (są przepyszne- polecam spróbować) i w puszce- rzadziej jako kawałki owoców częściej jako owocowa pulpa. Jest ona dobrym substytutem puree ze świeżych owoców, idealnie nadaje się do deserów, lodów, lassi, smootie i koktajli. Poeksperymentujcie z mango- jest tego warte- nie bez przyczyny to przecież „król owców”. Zacznijcie od tego prostego przepisu na salsę- jestem pewna, że Wam posmakuje.


Domowe Pralinki „Karmelove Love” i świąteczna sesja dla Weranda Country

IMG_7669-horz       Witam- tym razem już świątecznie- choć przyznać Wam się muszę, że osobiście  nie jestem zwolenniczką celebrowania Bożego Narodzenia już od połowy listopada. Więc gdybym mogła- zachowałabym ten wpis dla Was na drugą połowę grudnia. Ale wtedy niestety w kioskach nie byłoby już grudniowego numeru Weranda Country i w żaden sposób nie mielibyście okazji poznać wszystkich przepisów na prezentowane dziś na zdjęciach pralinki. A moim zdaniem naprawdę warto. Bo takie pudełko domowej roboty słodkich kuleczek może okazać się wspaniałym i oryginalnym prezentem- nie tylko dla łasuchów.
IMG_7729-horz       A więc zapraszam do kiosku po grudniowy numer gdzie znajdziecie moje przepisy na: Mini Bajaderki z Chili i Gorzką czekoladą, Domowe Michałki, Trufle Śliwkowo-Pomarańczowe, Orzechowe Kuleczki z Przypiekanym Masłem i Owocowe Pralinki z Białą Czekoladą. Jest też przepis prezentowany dziś dla Was na blogu (dzięki uprzejmości Redakcji Werandy- za co bardzo dziękuję) – na moje najukochańsze i najlepsze pralinki KARMELOWE LOVE lub po prostu „słodkie kulki” – jak się je w naszej rodzinie na co dzień nazywa.

IMG_7816-horz         Nie pamiętam, jak przepis ten trafił w moje ręce, wiem, że było to bardzo, bardzo dawno temu, kiedy jako nastoletnia dziewczyna zostałam wegetarianką i sama zaczęłam gotować sobie posiłki. Pamiętam, że pyszną karmelową masę robiłam wtedy bardzo często bo była ona przedmiotem pożądania wszystkich moich kolegów z liceum. Aż mi się wierzyć nie chcę, że ja estetka od zawsze (przynajmniej takie mam o sobie mniemanie jak widać błędne) nie zawracałam sobie wtedy nawet głowy  formowaniem tej masy w pralinki lecz przynosiłam ją do szkoły w zwykłym szklanym litrowym słoiku, który krążył na lekcjach pod ławkami z rąk do rąk.

        Pamiętam, że nasz historyk, człowiek o wielkim poczuciu humoru i idealnym słuchu przez 3 lekcje pod rząd przerywał wykład aby zapytać ” Czy mnie się wydaje czy naprawdę ktoś tu grzebie łyżką w słoiku???”. Trzeba było zobaczyć jego minę, kiedy w końcu udało mu się ten słoik wytropić i zarekwirować 🙂 Z groźną miną obwąchał go dokładnie, sięgnął po swoją łyżeczkę od kawy i ku naszemu zdumieniu… poczęstował się zawartością.  Popatrzył na nas ze zrozumieniem, po czym jakby nigdy-nic usiadł za biurkiem i kontynuował wykład raz po raz przerywając go aby delektować się zawartością zarekwirowanego słoika. (Dopiero teraz zauważyłam, że mam też słoik na zdjęciu tych pralinek! Cóż! Chyba to jednak nie przypadek 🙂

IMG_7691-horz     Wcale się nie dziwię ani historykowi ani kolegom z liceum bo nie oni jedyni ulegli czarowi prostej karmelowej rozpływającej się w ustach masy. Pamiętam, że jakieś 15 lat później w zupełnie innym życiu (można by rzec) a na pewno okolicznościach byłam sobie właścicielką firmy cateringowej organizującej przyjęcia dla ludzi z pierwszych stron gazet. Wtedy to karmelowa masa zyskała wymiar towaru luksusowego. Porcjowana w małe kuleczki, obtoczona w prażone orzechy i ułożona w złotych papilotkach w piękne piramidki- była słodkim przebojem wielu moich przyjęć. Wtedy to właśnie jedna z bardzo popularnych polskich piosenkarek, opowiadała mi, że kładąc się nad ranem do łóżka (po przyjęciu które organizowałam w jej domu) znalazła w nim tacę pełną karmelowych pralinek. Okazało się, że schował ją tam przed gośćmi jej mąż aby- jak powiedział- „móc się nimi delektować następnego dnia w samotności” 🙂

      Mam nadzieję, że tymi zabawnymi (choć zupełnie prawdziwymi) anegdotami zachęciłam Was do wypróbowania dzisiejszego przepisu. Tylko uprzedzam- to jest deser uzależniający i strasznie się trudno od niego oderwać, choć jest przeraźliwie słodki. Ja staram się robić go tylko na wielkie okazje-  bo kiedy tylko pojawia się w mojej kuchni jakoś dziwnie do mnie cały czas przemawia „zjedz mnie, zjedz mnie..” do czasu aż zrealizuję, że oto w przeddzień jakiejś uroczystości rodzinnej pochłonęłam większość karmelowych kulek nie zostawiając nic dla gości.  Więc- Moi Drodzy- żeby nie było, że nie ostrzegałam!

 IMG_7845-horzPS. W prezentowanej dziś sesji pomagały mi dwie przemiłe osoby: Dorota Tyszka i Renata Mogilewska. Dziewczyny- dziękuję bardzo- bez Was nie dałabym rady!