O mnie

  • Pinterest
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Plus
  • Email

 

ja-male

O mnie samej, w dużym skrócie

    Kinga Błaszczyk-Wójcicka (dla przyjaciół Cintamani): matka cudownego dziecka, żona najwspanialszego męża na świecie, wegetarianka od lat 20, fotografka z zamiłowania, krysznaitka z pogladów religijnych, właścicielka małej firmy zajmującej się oprawą obrazów z zawodu.

O mojej diecie

Cała moja rodzina nie je mięsa, ryb i jaj.(Jemy produkty mleczne i staramy się żeby choć jakaś ich część pochodziła od zwierząt hodowanych humanitarnie).  Dieta związana jest z naszymi przekonaniami religijnymi (głównie- hinduistyczną zasadą ahimsy). To, że wegetarianizm jest zdrowy- jest dla nas wielkim bonusem jednak nigdy nie było naszą motywacją. Nie jesteśmy więc fanatykami pełnoziarnistej mąki, syropu z agawy czy alg. Staramy się odżywiać racjonalnie i smacznie w ramach naszych poglądów i przekonań. Przepisy na takie właśnie dania znajdziecie na Green Morning.

O moim gotowaniu

   Z wegetariańskim gotowaniem związana była większa część mojego życia. Kiedy w wieku 15 lat postanowiłam, że przestaję jeść mięso, moja bardzo inteligentna mama uszanowała decyzję ale pozwoliła mi także ponieść wszystkie jej konsekwencje. Dostałam książkę kucharską i cotygodniowe kieszonkowe na zakupy. Musiałam radzić sobie sama  Była to wspaniała lekcja nie tylko gotowania ale przede wszystkim przyjmowania odpowiedzialności za podjęte decyzje. Mamo -Dziękuję bardzo!
 W wieku 19 lat zamieszkałam w aśramie przy krysznaickiej świątyni, gdzie moje pierwsze kroki skierowałam do kuchni, zaczynałam od zmywania garów i szorowania podłogi, skończyłam jako osobisty kucharz swojego ukochanego guru Indradyumny Swamiego. Miałam  niezwykły przywilej tworzenia wraz z nim Festiwalu Kultury Indii. Na początku była to grupa entuzjastów zafascynowana kulturą i filozofią Indii chcąca przekazać swój entuzjazm całemu światu- z czasem przerodziło się to w profesjonalną fundację, organizującą ponad 70 imprez masowych rocznie na całym świecie. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy ja jakimś dziwnym trafem zawsze lądowałam w kuchniach . A były one przeróżne, zaczynając od tych w wiejskich chatach Bengalu gdzie uczyłam się jak wałkować roti na kawałku kamienia, poprzez te w arystokratycznych domach Delhi gdzie gotowałam pod okiem doświadczonych kucharzy, były i te wielkie kuchnie na wolnym powietrzu gdzie w wielkich wokach łyżką wielkości wiosła mieszałam potrawy dla tysięcy osób. Gotowałam  w ogniskach, na klepisku, w kuchniach pięciogwiazdkowych hoteli, nawet kiedyś przez miesiąc (3 posiłki dziennie dla 50 osób) w kuchni urządzonej pod prysznicem. Co jednak najważniejsze we wszystkich tych miejscach uczyłam się od wspaniałych kucharzy i gotowałam dla  wspaniałych ludzi. Przygoda mojego życia zdecydowanie rozegrała się w kuchni, tam zawiązałam wiele przyjaźni, tam nawet poznałam swojego męża.
Potem przyszedł inny wymiar tej przygody: prowadzona przez ponad 5 lat własna kolumna kulinarna w Magazynie (kolorowym dodatku do Gazety Wyborczej), liczne zaproszenia i występy w telewizji. Z czasem firma cateringowa organizująca wegetariańskie przyjęcia dla VIP i gwiazd show-biznesu. Zasiadane kolacje, bankiety na paręset osób, przyjęcia z okazji promocji płyt polskich gwiazd- wytrzymałam parę lat i dałam spokój. Szybko zrozumiałam, że istota gotowania to nie gwiazdorzenie i promowanie się na „szefa kuchni”.
W mojej filozofii życiowej gotowanie zawsze pozostało służbą. Jest ono wyrazem miłości i potrzebą ofiarowania rezultatu swojej pracy drugiemu człowiekowi. I nie ważne czy osobą dla której zdarzyło mi się gotować był Nelson Mandela, Jolanta Kwaśniewska, głodne dziecko w slamsach Soweto, Ambasador Stanów Zjednoczonych czy bezdomny w Gdynii- ważne czy  w każde to gotowanie  włożyłam całe swoje serce, talent i zaangażowanie, a jeszcze ważniejsze czy Oni to poczuli .

O przepisach

Jestem kucharzem BARDZO spontanicznym, staję przed garnkiem lub miską i wsypuję troszkę tego, troszkę tamtego. Mieszam, miksuję, zagniatam, kroję, gotuję, doprawiam- wszystko to „na oko”  bez używania wagi lub jakiejkolwiek miarki. Kiedy zaczynam mierzyć lub ważyć składniki- pryska gdzieś cała magia gotowania i potrawy wychodzą inne niż zwykle. Na potrzeby tego bloga próbuję się zmieniać i być naprawdę skrupulatna (nawet zakupiłam wagę). Przepisy przed publikacją staram się testować parę razy upewniając się czy są w porządku. Nie jestem jednak w stanie dać 100% gwarancji, że wyjdą one każdemu i w każdych warunkach. Czasami zależy to od takich subtelności jak np. jakość użytej mąki, wilgotność powietrza, materiał z którego wykonane są naczynia czy nawet… świadomości osoby gotującej. Błagam więc, nie przeklinajcie mnie za każdym razem kiedy nie wyjdzie jakieś danie z mojego przepisu. Lepiej napiszcie do mnie- postaramy się wspólnie znaleźć przyczynę.

O blogowaniu

Kiedy głęboko się zastanawiam po co mi w całym moim zabieganym życiu jeszcze pisanie bloga- stwierdzam, że jest to spełnienie pewnego rodzaju tęsknoty. Tęsknoty za czasami kiedy każde upieczone ciasto niosło się sąsiadce do spróbowania, kiedy wspólnie na podwórku pestkowało się śliwki na powidła czy ogródek po ogródku, krzak po krzaku wspólnie razem zbierało porzeczki bo tak było weselej. Gdzieś nam się te czasy sąsiedzkiej wspólnoty zgubiły na drodze sukcesu, komercji i Bóg wie jeszcze czego. Całe dzieciństwo spędziłam właśnie na podwórku takiej sąsiedzkiej wspólnoty a młodość w licznych aśramach i podróżujących grupach artystycznych. Większość życia, prawie 24 godziny na dobę, byłam otoczona wieloma życzliwymi mi ludźmi. Teraz, kiedy osiadłam w domku na wsi gdzie do najbliższego sąsiada daleko- zaczyna mi tego trochę brakować. I choć goście wpadają często nagle zrealizowałam, że jestem istotą w głębi ducha bardzo społeczną, potrzebuje wokoło siebie na co dzień wielu ludzi, ich wsparcia, kontaktu, rad, troski,  pomocy czy chociażby… zwyczajnych babskich plotek przy herbacie. Lubię się też dzielić, służyć innym, przyjmować gości i uwielbiam dla nich gotować.
Właśnie z potrzeby dzielenia się  powstał Green Morning. Mam nadzieję, że choć w taki wirtualny sposób staniecie się moimi gośćmi. Obiecuję piękne widoki, interesujące dyskusje  i gotowane z miłością posiłki.

Na koniec

Last but not least- jak mówią Anglicy. Ten blog jest tylko małą częścią mojego życia. Poza wirtualnym mam jeszcze realne życie a w nim rodzinę, przyjaciół, pracę i inne liczne zobowiązania. One zawsze pozostaną dla mnie najważniejsze. Dlatego proszę- wybaczcie jeśli nie zawsze uda mi się publikować regularnie lub odpowiadać na wasze listy natychmiast. Nie będzie to wynikało z mojego lenistwa (no może czasami również z tego;-) ale innych obowiązków.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i do zobaczenia w kuchni.

Kinga Błaszczyk-Wójcicka