Żegnaj lato na rok oraz parę słów o tym jak fotografować tej jesieni.

IMG_0180-tile

       Dziś pierwszy poważny nocny przymrozek (-6’C!) dokonał spustoszeń w moim ogrodzie. Nie podniosą się po nim już dynie, które jeszcze niedawno nawet kwitły, nie odżyją moje ukochane nasturcje doszczętnie mrozem “spalone”. Owoce malin przepadły i zniszczyło mi część co delikatniejszych ziół. Resztki moich ukochanych pomidorów oklapły i co prawda wyglądają niezwykle fotogenicznie ale w większości do jedzenia już się nie nadają. Trawa rano była oszroniona a zieleń roślin nieco przygasła. Jak dla mnie- właśnie definitywnie kończy się lato. IMG_0715-horz

       Lato to wymarzona pora roku dla fotografa takiego jak ja. Dzień jest długi, światła w bród, tematów do fotografowania cała masa, wystarczy się zatrzymać i pochylić. Wszystko owocuje, kwitnie, zieleni się, chełpi pełnią barw- raj na ziemi, w ogrodzie i na talerzu.

       Trudno żegnać się z tym wszystkim. Jednak co roku wielkim pocieszeniem jest dla mnie to, że niezmiennie po lecie przychodzi jesień, kolejna, jeszcze piękniejsza dla obiektywu pora roku. Z jej mgłami, miękkim światłem, opadającymi liśćmi, porannym szronem i ciepłymi barwami jest dla mnie najfotogeniczniejszą porą roku.

      Już cieszę się na to całe piękno, które uda mi przez obiektyw zobaczyć i uwiecznić na zdjęciach. Postanowiłam również zachęcić Was- moi czytelnicy- abyście tej jesieni dostrzegli piękno dookoła i najzwyczajniej w świecie zaczęli chodzić na spacery fotograficzne.       

IMG_4771-horz

    Nie ma znaczenia czy jesteście amatorami czy profesjonalistami, czy fotografami kulinarnymi czy portretujecie ludzi. Doświadczenie zdobyte w fotografowaniu przyrody bardzo się Wam przyda. Jak wszyscy dobrze wiemy, nie ma lepszej metody nauki fotografii niż … robić zdjęcia.

     Wiem, wiem, brzmi banalnie ale niestety jest prawdziwe. W fotografii jak w każdym innym rzemiośle musisz daną czynność powtórzyć setki, tysiące a nawet miliony razy aby zrozumieć jej istotę, nabrać praktyki, wyeliminować wszystkie błędy i stać się naprawdę dobry. Nie ma innej drogi. Nie ma innej drogi! NIE MA INNEJ DROGI.

       Żebyśmy się jasno zrozumieli- nie uważam się za dobrego fotografa przyrody (choć wiem, że fotografowanie roślin bardzo pomogło mi rozwinąć skrzydła w fotografii kulinarnej). Jeśli chcecie uczyć się od najlepszych- proszę bardzo- oto MISTRZYNI- Magda Wasiczek. Nie dorastam jej nawet do pięt. Jednak wydaje mi się, że przez lata praktyki poczyniłam pewne postępy w tej dziedzinie. Zdobyłam doświadczenie i zgromadziłam wiedzę, którą z miłą chęcią się z Wami podzielę. Mam nadzieję, że pomoże wszystkim tym, którzy właśnie zaczynają przygodę z fotografią.      IMG_5166-tile

                                                                         A więc zaczynamy. Oto parę moich skromnych rad.

       Po pierwsze i najważniejsze ŚWIATŁO. Jest podstawą w fotografii bo tak naprawdę to ono maluje obrazy we wnętrzu naszego aparatu. Na początku trudno je zrozumieć i odróżnić to dobre od tego złego. Najlepszą radą jaką mogę Wam dać na start jest- “Nigdy nie wybierajcie się fotografować w samym środku dnia”. NAJLEPSZE ZDJĘCIA PRZYRODY ZROBICIE WCZESNYM RANKIEM I PÓŹNYM POPOŁUDNIEM. Wtedy to niski kąt padania promieni słonecznych powoduje, że światło jest “miękkie”. (O miękkim i ostrym świetle za chwilę).

IMG_7766-horz

      Istnieje w fotografii pojęcie ZŁOTEJ GODZINY (golden hour)- wg. wielu jest to jedyny i najlepszy (biorąc pod uwagę jakość światła) czas aby fotografować. Znam nawet takich, którzy nie wychodzą z aparatem na zewnątrz o żadnej innej porze.

       Podczas każdej doby mamy dwie złote godziny- pierwszą godzinę po wschodzie słońca i ostatnią godziną dnia przed zachodem słońca. Jeśli chcecie dokładnie określić kiedy w waszej szerokości geograficznej wypada złota godzina – tutaj znajdziecie stronę z kalkulatorem zsynchronizowanym z mapami google.  Odnajdźcie tam swoje miasto a kalkulator wskaże Wam “waszą” złotą godzinę z dokładnością co do minuty. Jedyne co trzeba zrobić to nastawić budzik na wcześnie rano lub znaleźć godzinę wieczorem. Udać się na łono natury i odbyć “randkę ze swoim aparatem”. Będzie magicznie- obiecuję!

      Wiem, że nie jest to dobra informacja dla wszystkich śpiochów ale osobiście uważam poranną złota godzinę- za ciekawszą. Jest mniej “złota” w barwie za to jej kolory są jakby czystsze, bardziej klarowne, jesienią ma też dużo więcej mgieł, rosy lub szronu, które od razu rozpoznacie jako niezwykle fotogeniczne.

       Wieczorna złota godzina ma za to cudowną ciepłą poświatę (i jesienią jest w niej zdecydowanie cieplej niż w tej porannej!). Dla porównania, prawe zdjęcie w dyptyku powyżej zostało zrobione w wieczornej złotej godzinie, a prawe zdjęcie w dyptyku poniżej zostało sfotografowane w PORANNEJ złotej godzinie. Widzicie różnice?

IMG_6366-horz

     Na marginesie wspomnę, że istnieje też w fotografii pojęcie niebieskiej godziny, która następuje tuż przed poranną i tuż po wieczornej złotej godzinie. Parę moich zdjęć z Chorwacji było robionych w niebieskiej godzinie (na pewno je rozpoznacie ze względu na niebiesko-granatową poświatę). W tej godzinie światła jest bardzo mało dlatego niezbędny do fotografowania staje się statyw.

        Jeśli nie możecie fotografować w złotych godzinach to róbcie to po prostu rano i wieczorem. Jeśli musicie fotografować w środku dnia to moją zdecydowaną radą jest – UNIKAJCIE OTWARTEGO SŁOŃCA. Tzn. nie fotografujcie w miejscach gdzie jeśli popatrzycie do góry- światło was oślepia. Znajdźcie trochę cienia, np. pod drzewem, za krzakami, w lesie. Można też wykorzystać duże cienie które rzucają budynki ale wtedy lepiej fotografować nie głęboko w takim cieniu lecz na jego granicy. Starajcie się fotografować tak aby wasz obiekt był jeszcze w cieniu ale plamy słońca majaczyły już gdzieś w tyle kadru. Tą technikę widać na poniższych dwóch zdjęciach.   IMG_1597-tile

       Wbrew pozorom i przyjętym stereotypom dużo prościej fotografuje się w dni pochmurne niż te słoneczne. Chmury na niebie służą jako naturalne rozpraszacze dla promieni słonecznych i powodują, że mamy “miększe” światło. W kolejnym dyptyku zdjęcie po lewej zostało wykonane kiedy mocne słońce świeciło bezpośrednio na koniczynę, zdjęcie po prawej to ta sama łąka 2 minuty później kiedy słońce przysłoniła chmura. Widzicie różnicę?

IMG_5158-horz

       Światło rozproszone przez chmury jest miększe co w dużej mierze sprowadza się do tego, ze nie ma tak dużo kontrastów. Mocny kontrast mamy wtedy kiedy jasne partie fotografii są bardzo jasne prawie wypalone a ciemne są bardzo ciemne. Porównajcie proszę na obu zdjęciach najjaśniejsze i najciemniejsze kolory występujące w obrazie a zrozumiecie o czym mówię. Miękkie światło daje obrazy delikatniejsze, łagodniejsze, przyjemniejsze dla oka, choć moim zdaniem wpływa niekorzystnie na głębię kolorów (można to na całe szczęście poprawić potem w obróbce).

      Podsumowując rady dotyczące światła. Jeśli dzień jest słoneczny najlepiej fotografować w nim rano i wieczorem. Jeśli musimy to robić w ciągu dnia szukajmy cienia ale nie bardzo głębokiego i ciemnego. Jeśli dzień jest pochmurny- możemy fotografować właściwie o każdej porze- dlatego, że chmury “zmiękczą” nam światło ale przy okazji “spłaszczą” też lekko nasze kolory.

        Sytuacją idealną jest więc kiedy jednak świeci słońce (wtedy mamy piękne kolory) ale nie jest ono za mocne i daje “miękkie” światło(wtedy nie mamy zbyt dużych kontrastów). Jednym słowem jak się nie obrócić i jak nie kombinować musimy wrócić do punktu wyjścia- czyli złotej godziny 🙂

      Żeby trochę zamieszać, napiszę, że ja osobiście bardzo lubię światło pochmurnych dni, nie przeszkadza mi, że kolory na moich zdjęciach są mniej nasycone (lubię barwy pastelowe, jasne, neutralne). Dla przykładu trzeci dyptyk w tym poście (ten z różowymi malwami) to dwa zdjęcia wykonane właśnie w dni pochmurne. Takie światło bardzo przypomina mi to z którym pracuję na co dzień w moim studio (mam tam jedno okno wychodzące na północ). Znam je jak własną kieszeń i potrafię dobrze kontrolować oraz korygować w późniejszej obróbce.

       Dobrym przykładem jest poniższy dyptyk. Zdjęcie traw po lewej zrobione zostało w pochmurny dzień a to po prawej- zdjęcie bukietu kwiatów- zrobiłam w dzień słoneczny ale w moim studio. Światło na nich jest bardzo podobne. Widzicie to?

IMG_5185-tile

     Druga rzecz, o której nie można zapominać w dyskusji o świetle to kierunek jego padania. I tutaj wbrew temu czego uczono nas od dziecka- NAJLEPSZE ZDJĘCIA TO TE ROBIONE POD ŚWIATŁO (oznacza to, że fotografowany obiekt znajduje się pomiędzy źródłem światła a naszym aparatem). Większość zdjęć, które robię na zewnątrz staram się robić pod światło. Czasami oznacza to fotografowanie bezpośrednio pod słońce (wtedy warto nie pokazywać słońca bezpośrednio w kadrze ale umieścić go na samym jego skraju (tak jak na zdjęciach maków poniżej lub jak na zdjęciu łąki zrobionej w wieczornej złotej godzinie). Czasami oznacza to fotografowanie w stronę plam słońca obijających się od trawy, czasami w stronę słońca przebijającego się przez gąszcz krzaków. Generalna zasada jest taka- chcemy aby w tle naszego zdjęcia słońce malowało plamy jaśniejszych i ciemniejszych pól i aby za naszym obiektem była piękna poświata- wtedy nasze zdjęcia wyglądają “malarsko”.

IMG_9989-2-tile

     Jeśli nie mamy możliwości fotografować “pod światło” wybierzmy światło padające z boku. Najgorszą opcją będzie fotografowanie “ze światłem” (czyli ze źródłem światła za plecami) oraz ze światłem padającym bezpośrednio z góry (dlatego między innymi nie fotografujemy w samo południe). Te dwa kierunki padania światła powodują, że nasze zdjęcia będą wyglądać “płasko”. (Jeśli światło pada z góry cień chowa się pod obiekt, jeśli światło pada z przodu cień chowa się za fotografowany obiekt. Nie widać wtedy światłocienia i odbiorca traci wrażenia trójwymiarowości czyli zdjęcia wydają się płaskie.)
Jeśli jest pochmurny dzień oznacza to, że nie mamy wyraźnego źródła i kierunku podania światła, otacza nas ono z reguły równomiernie z każdej strony. Wtedy kierunek nie jest aż taki ważny, choć fotografowanie w stronę jaśniejszą bardzo pomaga (patrz dyptyk z malwami i różowymi kwiatami lub poniższe zdjęcia).

IMG_7157-tile
Pomówmy teraz chwilę o innym kącie- nie kącie padania światła ale KĄCIE FOTOGRAFOWANIA. Kąt fotografowania oznacza z jakiej pozycji uwieczniamy na zdjęciu dany obiekt. Z góry? Z dołu? Z boku? Z przodu?

       I tutaj moją radą jest – jeśli chcesz fotografować małe urokliwe rośliny to MUSISZ ZNIŻYĆ SIĘ DO ICH POZIOMU.  Większość prezentowanych dziś zdjęć wykonałam, kucając, klęcząc, siedząc na ziemi lub na niej leżąc. To jest bardzo częsty błąd początkujących fotografów- wszystko fotografują z tego samego poziomu stojącego człowieka. Wtedy niemożliwym jest zrobienie takich zdjęć jak poniżej.

IMG_4263-tile

       W mojej torbie fotograficznej zawsze znajdziecie duży worek na śmieci, który zdarza mi się rozścielać na mokrej czy zmrożonej szronem ziemi aby móc się na nim wygodnie położyć. Polecam. Generalnie dobre do jesiennych spacerów fotograficznych będą kalosze oraz ubranie którego nie szkoda Wam będzie pobrudzić. Wtedy chętniej wchodzić będziecie w szuwary, kłaść się na ziemi czy spacerować skąpaną w rosie łąką.

      Oczywiście jeśli chcecie fotografować wysokie drzewo nie musicie kłaść się na ziemi, jeśli jednak chcecie sportretować niskiego kwiatka, kępkę trawy czy pięknego grzyba- trzeba będzie się trochę pobrudzić. Fotografowanie z niskiej, równoległej perspektywy daje nam też możliwość zbudowania głębszej kompozycji (tzn. na zdjęciu widać dużo przestrzeni za obiektem). Jeśli natomiast niski kwiatek fotografujemy z góry  tuż za nim w tle będzie widać tylko ziemię lub trawę (i to całkiem ostrą bo aby uzyskać dobre rozmycie potrzebna jest  m.in. odległość) i zdjęcie będzie wyglądać płasko- zabraknie mu wielowymiarowości.

   W prezentowanych dziś zdjęciach tylko dwa razy zdecydowałam się na kąt inny niż opisywany powyżej. Wybrałam kąt “z góry do dołu” na dwóch prawych zdjęciach poniższych dyptyków. Zrobiłam to bardzo świadomie.

    Prawe zdjęcie grzybków poniżej , tylko dlatego mogło zostać wykonane w kącie “góra-dół” ponieważ grzyby rosły “piętrowo”, na pniu, dość wysoko od ziemi.  Dzięki temu zyskałam w tle dużo przestrzeni a moja kompozycja zyskała “wieloplanowość”  .

     Drugie zdjęcie to żółte pomidory, które rosły wysoko nad ziemią , dzięki znacznej odległości ziemia na zdjęciu wyszła rozmyta i pozbawiona szczegółów a to nadało głębi mojemu zdjęciu.

      Podsumowując- jeśli chcesz fotografować rośliny z góry ku dołowi powinny one rosnąć nie przy samej ziemi lecz wyżej, a ty powinieneś zadbać o to aby na takim zdjęciu pojawił się drugi plan(nie musi być ostry, nawet lepiej kiedy jest pięknie rozmyty). Wybierając kąt fotografowania równoległy (jak na wszystkich pozostałych prezentowanych zdjęciach) nie ograniczasz widza i pokazujesz głębie na swoich fotografiach. Dzięki niej zdjęcia wyglądają na bardziej trójwymiarowe a więc i bardziej realne (choć magiczne ;).
polskie grzyby

     Jest jeszcze parę aspektów, które należałoby omówić w kwestii dzisiejszego tematu. Na pewno dylematy sprzętowe, tzn. jakie aparaty i obiektywy będą najlepsze do fotografii w ogrodzie i lesie. Druga kwestia to jak z tym sprzętem pracować, na jakich trybach fotografować, jakich używać przesłon, czasów, ISO etc.  Kolejna kwestia to bokeh czyli rozmyte tło oraz pożądane przez wszystkich piękne “kółeczka”w tle (jak w dolnej partii dyptyku z pomidorami). Tuż za bokehem podąża oczywiście cała wiedza związana z głębią ostrości (czyli jak to zrobić aby część zdjęcia była ostra a wszystko za i wszystko przed tą częścią pięknie się rozmywało). Kolejna rzecz to rozpoznanie “obiektów fotogenicznych” czyli  próba odpowiedzi na pytanie “Co powoduje, że jedna roślina “urokliwie” wygląda na zdjęciu a druga już mniej?”  Warto też pomówić o doborze kolorów  i podstawach kompozycji (to zasady,które w każdej fotografii mają szerokie zastosowanie).

       Moi zdaniem to jednak trochę tego za dużo jak na jeden wpis. Poza tym, nie do końca wiem czy taki temat Was- moi czytelnicy- interesuje. Jeśli tak- dajcie znać w komentarzach a na pewno omówię ww. kwestie w którymś z kolejnych postów. Jeśli coś z tego co dziś opisałam wydaje się Wam niejasne- również pytajcie. Pamiętajcie – “Nie ma niemądrych pytań, są tylko głupie odpowiedzi”.

    Zdaję sobie sprawę, że wśród licznych darów danych mi od Boga nie ma niestety talentu- krótkiego, spójnego i klarownego wyrażania się (w słowie pisanym). Dlatego jeśli trzeba coś komuś bardziej wyklarować, zrobię to z miłą chęcią. Zapraszam też na moje kursy, gdzie uczę podstaw fotografii takich jak kompozycja i zrozumienie światła a one moim zdaniem przydają się w każdym typie fotografii (nie tylko kulinarnej). Przyjeżdża do mnie coraz więcej kursantów, którzy chcą uczyć się fotografii nie tylko kulinarnej i nagle okazuje się, że wiele zasad o których uczę jest zupełnie uniwersalna.
IMG_0101-horz

      A na razie zostawiam Was, sam na sam z najpiękniejszą porą roku do fotografowania. Nastawiajcie budziki na poranna złotą godzinę, spakujcie aparat, włóżcie kalosze, wsiadajcie na rower i ruszajcie w nieznane. Z pewnością (tak jak ja i wielu innych) odkryjecie, że obiektyw jest jak magiczny kalejdoskop dzięki któremu dostrzeżecie piękno do tej pory dla Was ukryte. Więcej o tym cudownym uczuciu piszę TUTAJ.

        A więc! Żegnaj lato! Witaj jesień! Oto nadchodzimy aby pięknie Cię sportretować! Szykuj się!



Lokal Vegan Bistro

IMG_0299-tile

       Przez cały maj fotografowałam duży projekt dla Fundacji Pansa. Dotyczył on spółdzielni społecznych i organizacji pożytku publicznego opierających swoją działalność na dystrybucji lub produkcji jedzenia. Ze swoim aparatem odwiedziłam wiele ciekawych miejsc i poznałam jeszcze więcej ciekawych ludzi.

       Pierwszymi z nich byli entuzjaści którzy parę dobrych lat temu założyli spółdzielnie społeczną “Margines”. Garstka młody, wspaniałych ludzi, promujących wegańska kuchnię. Takich zwyczajnych, bez pretensji do całego świata, za to z ideałami i pomysłem na ich realizację. W połączeniu z ciężką pracą, umiejętnością wypracowywania kompromisów i bezpretensjonalnością to moim zdaniem wielka szansa na sukces.

IMG_0390-tile

       Kiedy odwiedziłam ich w maju, właśnie otwierali swój LOKAL VEGAN BISTRO, przy ulicy Kruczej 23. Byłam tam, chyba w pierwszym tygodniu po otwarciu i JUŻ były tam tłumy. Spędziłam w tym bistro (nazwa świetnie oddaje charakter lokalu) parę dobrych godzin i zostałam zupełnie zauroczona atmosferą tam panującą. Większość gości czuła się tam jak u siebie w domu i miałam wrażenie, że wszyscy znają się tu ze wszystkimi. Co i rusz stoliki zmieniały w lokalu miejsce, żeby służyć coraz to nowym konfiguracjom które to łączyły gości przy wspólnym jedzeniu.

IMG_0500-tile        A mieszanka ta była tak kolorowa i różnorodna, że aż fascynująca. Takiego zagęszczenia tatuaży, dredów, kolczyków (w najróżniejszych częściach ciała), dzieci na stole i zwierząt pod stołami oraz rowerów przed drzwiami nie widziałam jeszcze w żadnym lokalu.  Do tego dodać należy, parę “niebieskich kołnierzyków” z pobliskich biurowców, sporą reprezentację emerytów z okolicy, dużo, dużo życzliwości oraz PRZEPYSZNE i NIEDROGIE wegańskie jedzenie. Czy potrzeba do szczęścia coś więcej?

IMG_0512-tile       LOKAL VEGAN BISTRO jak i jego właściciele nie pretenduje do bycie miejscem ” wypasionym i trendy”. Miejsce jest urządzone skromnie jednak z wielkim smakiem. Widać tu dbałość o ekologię, recykling, prostotę i praktyczność. “Tu ma być prosto, smacznie, niedrogo i wegańsko- tak, żeby każdego było na to stać. Udowadniamy, że wegańskie gotowanie nie musi być drogie i że może smakować każdemu”- tyle usłyszałam od Karoliny, która opiekowała się mną podczas robienia zdjęć i wiernie broniła przydzielonego mi do zdjęć stolika, na który już czekała kolejka chętnych.

IMG_0526-2-tile       Właśnie ukazała się publikacja fundacji Pansa, na potrzeby, której powstały te zdjęcia.  Ma ona promować takie projekty jak ten  wśród ludzi biznesu i zachęcać ich do skorzystania z oferty cateringowej “zaangażowanej społecznie”.  Jakieś mam jednak wrażenie, że temu akurat projektowi ta promocja nie jest już zbytnio potrzebna. Paru młodych ludzi zamiast narzekać, zakasało rękawy i stworzyło lokal swoich marzeń, taki do którego sami chcieliby przychodzić i okazało się, że im podobnych są tysiące w całej Warszawie.

IMG_0528-tile       Sprawdziłam w Internecie i okazuje się, że zaledwie po paru miesiącach działalności  Lokal Vegan Bistro stał się jedną z najbardziej polecanych miejscówek na wegański obiad w stolicy. Miejsce oblegają tłumy. Nic dziwnego- karmią tu “prosto i wzniośle”  i tak tanio, że każdego na to stać. Na dodatek w stu procentach wegańsko choć zupełnie przekornie sztandarowe danie tego lokalu to “schabowy z ziemniakami i surówką”.

      Dane mi było spróbować  jeszcze (i fotografować), pysznej  zupy pomidorowej z lanymi ziołowymi kluseczkami, “rosołu z seitanem”, kotletów buraczanych,  sałatki z jarmużu (czerwonej kapusty i marchewki) oraz wegańskiego sernika z brzoskwiniami- wszystko naprawdę bardzo dobre bo świeże,  proste, bezpretensjonalne i z pomysłem. Zupełnie takie samo jak ludzie, tworzący to miejsce. Trzymam za nich mocno kciuki aby im się udało utrzymać takie status quo jak najdłużej.

IMG_0573_11-tile Jeśli jeszcze nie byliście w Lokal Vegan Bistro, to (jak mawiają w Stolycy)- “połowa waszego życia jest stracona”.  Wybierzcie się koniecznie!



Wakacje w Chorwacji

IMG_895v7-horz

Były intensywne, trwały za krótko, szybko się skończyły. Jak to wakacje. Zostaną po nich  fotografie i wspomnienia. Co zapamiętałam z mojego pierwszego pobytu w tym pięknym kraju?
IMG_9110-horz
Przede wszystkim wszechogarniający spokój i ciszę. Chorwaci jak żaden inny znany mi naród basenu Morza Śródziemnego nie wypoczywają przy głośnej muzyce. Jakie to błogosławieństwo (nawet w kurortach) słuchać na plaży szumu fal i pieśni mew zamiast uporczywego “umpa,umpa!!” lub basowego “bum,bum,bum!”, które aż wywraca trzewia. W Chorwacji nigdzie nie doświadczyłam “przemocy muzycznej” i choćby tylko za to pokochałam ten kraj miłością bezgraniczną. Nie przeszkadzały mi koncertujące wieczorami cykady czy wyśpiewujące swoje melodie miejscowe koty, nie przeszkadzały krzyki miejscowych dzieci skaczących ze skał na 5 metrową głębię.

IMG_907mm7-horz
Chorwacja miała mi jednak dużo więcej do zaoferowania niż tylko ciszę, którą tak cenię. Zapamiętam z tych wakacji przede wszystkim wioskę na północnym wybrzeżu, niedaleko Senj- taką małą, że wszyscy mieszkańcy się tu znają i mówią sobie oraz turystom “Dobar Dan”.

IMG_9805-horz

        Jedyna prowadząca do wioski droga jest tak wąska, że nie potrafią minąć się na niej dwa samochody. Jest też tak kręta, że liczne zakręty trzeba wykręcać pod stromą górkę na dwa razy. Wiedzie nad wysokim, kamienistym urwiskiem. Jazda po niej jest tak ekstremalnym przeżyciem, że kiedy w końcu dotrzesz na miejsce masz ochotę zamieszkać tu na wieczność byleby po tej drodze nie jechać jeszcze raz.

IMG_9627-horz

       Nie jest to jednak takie proste, gdyż w wiosce nie ma żadnego sklepu lub choćby kiosku. Jeśli jednak znasz tutejsze zwyczaje to codzienne podróżowanie drogą może Cię ominąć. Wystarczy zapytać miejscowych aby się dowiedzieć, że w każdy wtorek i czwartek, niewielką ciężarówką (jak on tego dokonuje po tej drodze?!)przyjeżdża Marko z warzywami a w poniedziałki, środy i piątki- piekarz z lokalnym chlebem. Że w sobotę można kupić tu lody dowiesz się od chmary lokalnych dzieciaków.

       O której przyjeżdżają samochody? Tego się nie dowiesz- bo co to za różnica. Wioska jest tak mała a wszystkie plaże tak blisko tej drogi, że po prostu usłyszysz nadjeżdżający i trąbiący przed każdym domem samochód. Ceny w samochodach bardzo przyzwoite porównywalne z tymi w Konzumach (czyli lokalnych supermarketach).
IMG_8504-horz

       Chorwacki chleb niestety bardzo mnie rozczarował i pomimo każdorazowych zapewnień piekarza, że następnym razem przywiezie “tiomnyj” chleb, za każdym razem stawałam się posiadaczką takiej samej watowatej, miękkiej, napompowanej bułki tylko w o ton ciemniejszym kolorze.

       Nie zawiodłam się jednak na chorwackich owocach i warzywach. W lipcu królują tu brzoskwinie, nektarynki, pyszne śliwki, wszechobecne arbuzy oraz zaczynają się świeże figi. Tak pysznych fig jak w Chorwacji nie jadłam nigdzie indziej. Żałowałam, że w całej wiosce owoce były jeszcze malutkie a dojrzewały tylko na jednym drzewie w opuszczonym gaju figowym. W dzień spotkać można było tam ściągnięte słodkim zapachem roje pszczół a wieczorem stado pięknych saren szukających opadniętych owoców wśród kamieni.

      W licznych przydomowych ogródkach wypatrzyłam jeszcze drzewa czereśniowe, migdałowe, oliwne, grusze, jabłonie i śliwy, jednak figowców jest tu najwięcej.

IMG_83m95-horz

      Bardzo dużo też tu winogron. Pensjonat w którym mieszkam cały jest porośnięty winoroślą, każdy pokój ma taras i balustrady owinięte kiściami winogron. Można zrywać je i wrzucać prosto do porannej owsianki. Na nieodległej wyspie Rab gdzie byliśmy przez parę dni praktycznie każdy przydomowy ogród zacieniony jest specjalnym parkanem z winorośli, zwisają one całymi kaskadami nad głowami gości w restauracyjnych ogródkach czy po prostu nad parkingami przed pensjonatami. Bardzo to malownicze.

IMG_8782-horz

       Woda w Adriatyku ma piękny lazurowy kolor i jest niesamowicie zasolona, dzięki temu chyba tak czysta i przejrzysta. W “naszej” wiosce, która jest tak właściwie portem, morze jest spokojne, bez fali, brzeg kamienisty, urwisty. Widać dokładnie dno i żyjące na nim stworzenia choć jest tu przecież głęboko nawet na 4 metry. Mamy tu jeżowce i nieliczne meduzy, duże ławice ryb mniejszych i większych. Rano i wieczorami można wypatrzeć z odległości 40-50m delfiny. W zatoce mieszkają zaledwie 2 mewy, ogromne, rozpiętością skrzydeł dorównują rozłożonym ramionom mojego dziesięcioletniego synka. Była to chyba para bo bardzo o siebie dbała i dzieliła się zdobytym jedzeniem, nie hałasowały jak nasze bałtyckie ptaki lecz w dziwny sposób wieczorami “śpiewały” naśladując różne otaczające nas dźwięki.

IMG_8870-horz

    Portu w wiosce pilnuje codziennie wieczorem rudy kot. Czuje się tu u siebie i potrafi rozłożyć na środku drogi tak że trzeba uważać aby nie przejechać mu po ogonie, którego nie ruszy nawet o cal. Kot czeka na swojego właściciela, staruszka, który jako ostatni zawsze po zmierzchu, najwolniej ze wszystkich, wiosłową a nie motorową łodzią przybija do wybrzeża. Nigdy nie ma ze sobą złowionych ryb wygląda jakby wypływał w morze z przyzwyczajenia, dla szczerej przyjemności. Sylwetka jego łodzi zmierzającej do portu codziennie towarzyszyła mi w moich wieczornych fotograficznych spacerach po wiosce.

IMG_9034-horz

    Żona właściciela łodzi oraz rudego kota usiłowała mi po chorwacki opowiedzieć historię wioski ale    niestety niewiele z tego zrozumiałam. Wioseczka jest malutka liczy wszystkiego parędziesiąt domów z czego większość to domy letniskowe i pensjonaty. Trzon i centrum osady stanowi malutki placyk z plażą, małą kapliczką i budką telefoniczną. Od placu odchodzi gęsta plątanina krętych schodków wiodących do malowniczych starych, często niezamieszkałych i popadniętych w ruinę domków. Stałych mieszkańców zostających tu na zimę jest równo 15 (wliczając w to rudego kota). Ale jeszcze 30 lat temu była w wiosce i szkoła i sklep i nawet oddział poczty. Teraz jednak młodzi stąd uciekają nie widząc przyszłości wioska żyje wyłącznie z turystów przyjeżdżających latem.

IMG_8740-horz

Nigdy się tu nie przelewało, ziemi tu tak mało, a dostęp do morza tak utrudniony, że jako pierwsi na tych terenach osiedlali się wygnańcy oraz najubożsi. Przenosili tysiące kamieni zakrywających ziemię, formując z nich na stromym wybrzeżu kilometrowe murki (charakterystyczne dla tego regionu kraju), które chroniły ich małe nieurodzajne poletka od wiatrów wywiewających tu wysuszoną ziemię w morze. Była ona dla osadników tak cenna, że pakowali ją do worków i przechowywali w zimie w swoich malutkich chałupkach. IMG_9630-horz

       A wiatry potrafią tu wiać potężne. Szczególnie lokalna BORA zawsze wiejąca z lądu w stronę morza potrafi być niszcząca i dąć z wielką siłą. W porywach nawet do 180 km/godz. Doświadczyliśmy Bory podczas naszego krótkiego pobytu w wiosce. Z dnia na dzień spokojna lazurowa tafla morza zmieniła się w skłębioną licznymi grzywami fal toń. Wystarczyło ubrać się cieplej siąść w osłoniętym od wiatru miejscu by przez długie godziny obserwować jak wiatr maluje na powierzchni wody niesamowite obrazy. Mój mąż nazwał to zjawisko “wodnymi fajerwerkami”, syn naszych przyjaciół “morskimi akwarelami”. Ja nie znalazłam właściwych słów aby to opisać. Jednak po tym co zobaczyłam wybaczyłam BORA wszystko. Nawet to, że była tak silna, że w nocy nie mogłam otworzyć drzwi od swojego pokoju bo były od zawietrznej strony, buty zaś po które właśnie mi się nie udało wyjść, zbierałam następnego ranka wśród kamieni w promieniu kilometra. Tak szybko jak się pojawiła BORA zniknęła i już po dwóch dniach mieliśmy znów wspaniałą pogodę, słońce i tylko woda w morzu stała się zimniejsza bo wiatr przemieszał ją niemiłosiernie.

IMG_9764-horz

       Nie złamało się żadne drzewo, żaden kamień w układanych setkę lat temu murkach się nie przesunął. Wszystko tu przywykło do takich zmian pogody i silnych podmuchów (choć te których doświadczyliśmy podobno były bardzo niewielkie). Kierunek wiejących wiatrów widać tu po rosnących nad woda sosnach ich gałęzie pomimo niszczącego wpływu słonej wody wyginają się w stronę morza aby nie stanowić oporu dla wiejącej z lądu Bory.

IMG_9325-horz

       Całe życie w wiosce toczy się bez oporu, niespiesznie, prosto i powtarzalnie. Dojrzeją figi, opadną migdały, z oliwek powstanie oliwa, wyjadą turyści, łodzie zostaną wciągnięte na ląd , przymocowane sznurami do nabrzeża tak aby nie zniszczyły ich silne wiatry. Rudy kot przezimuje na kanapie wraz z para staruszków aby po marcowych Borach towarzyszyć im w restaurowaniu i malowaniu wszystkiego co przez zimę zniszczyła morska słona woda. Potem przyfrunie nad zatokę ta sama para mew, uwije gniazdo gdzie złoży jaja. Wiosną pojawią się młode a wraz z nimi pierwsze warzywa w przydomowych ogródkach. W końcu przyjdzie lato i wioska zacznie tętnić życiem. Do zatoki przypłyną delfiny a do pensjonatów turyści. Sarny przyprowadzą swoje młody na ucztę do figowego gaju. Kilometry rozmarynowych wysokich parkanów wypuszczą nowe zielone pięknie pachnące pędy. Zakwitnie lawenda i pojawi się Marco w swojej rozklekotanej, pełnej owoców, ciężarówce na krętej drodze. IMG_8776-horz Wypatrujcie i nas, bo wrócimy tu na pewno! Tak jak większość osób, które urzekł czar tego miejsca. A Wy gdzie spędzacie swoje wakacje? Pochwalcie się.

IMG_9689-horz

 



Cała Polska pachnie bzem!

bez filoetowy i biały

         Pozdrawiam Was bzowo. Czujecie ten aromat? Dla mnie to najwspanialszy zapach wiosny (wygrywa nawet z fiołkowym i konwaliowym). Całe moje studio pachnie bzem. Od samego rana kurs z przemiłą kursantką (fotografowałyśmy oczywiście bez) a po południu “randka” z aparatem i znowu bez w roli głównej jako model.

        Na podwórku mojego rodzinnego domu rosło wielkie drzewo bzowe- stare jak świat. Ileż ja mam z tym drzewem w tle pięknych wspomnień- obiecuję Wam kiedyś o tym opowiedzieć. Kiedy? Jak już trochę zwolnię, jak pozamykam projekty, które teraz fotografuje. Przede wszystkim ten najważniejszy nad którym ostatnio intensywnie pracuję dla Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Fotografuje ich podopiecznych- organizacje, fundacje i spółdzielnie społeczne, których działalność jest związana z jedzeniem.

      Zaledwie wczoraj byłam w Świętokrzyskim w przetwórni siostry Chmielewskiej. Tutaj bezdomni , których siostra wspiera budując dla nich domy i stwarzając im miejsca pracy wytwarzają cudne przetwory. Robią takie rarytasy jak: jarzębina w miodzie, konfitury z zielonych orzechów, musztarda pomidorowa, syrop z mniszka czy dżem gruszkowo-waniliowo-imbirowy. Wszystko można kupić spójrzcie tutaj w sklepie wysyłkowym. Zachęcam- są przepyszne.

      W następnym tygodniu jadę do fundacji Kisz-Misz, która aktywizuje uchodźców. Stworzyła dla nich miejsca pracy w firmie cateringowej, gdzie można zamówić potrawy ze wszystkich stron świata. Podobno gotują nieziemsko! Kobiety z Gruzji, Senegalu, Czeczeni, Syrii- wykorzystują swoje talenty kulinarne i dostają możliwość startu w nowej polskiej rzeczywistości. Piękny budujący projekt.

     Odwiedzę  jeszcze (lub już odwiedziłam) niewidomych, którzy hodują pszczoły i sprzedają swój miód, Koło Gospodyń Wiejskich pod Siedlcami, które przekształciło się w spółdzielnię społeczną czy wegańska restaurację, która powstała w Warszawie przy ul. Kruczej, dzięki pasjonatom z fundacji Margines.

      Moje zadanie w każdym z tych miejsc to wystylizować i sfotografować ich dania (czy produkty) w profesjonalny sposób oraz zrobić zdjęcia reportażowe pokazujące pracę tych niezwykłych ludzi. Fotografie posłużą do stworzenia specjalnego katalogu z cateringową ofertą tych wszystkich fundacji. Trafi ona do firm i ludzi biznesu i ma wyglądać w pełni profesjonalnie i najpiękniej jak to tylko możliwe. Postawiono więc przede mną wielkie wyzwanie, a ja z wielkim zaangażowaniem staram się mu sprostać jak najlepiej potrafię.

      Obserwując tych wszystkich pracujących społecznie ludzi mam wiele ciekawych przemyśleń i dużo szacunku do tego co robią. Mam nadzieję, choć po części im pomóc użyczając swojego talentu i pasji do fotografii kulinarnej. Czegóż chcieć więcej od życia- robię to co kocham, zarabiam tym na życie a na dodatek mogę pomagać moją pracą innym. Czy może być lepiej?

     Życzę Wam aby to co robicie zawodowo, przynosiło Wam dużo satysfakcji i miało głębszy społeczny wymiar. To bardzo budujące pracować w taki sposób. Życzę Wam też samych wspaniałych majowych chwil z bzowym aromatem w tle. Zakochajcie się tej wiosny! Koniecznie!



Wiosna! Ach! To ty!

         W nawiązaniu do mojego ostatniego wpisu na blogu, postanowiłam znowu znaleźć czas na randki z moim aparatem. Udało mi się to wczoraj, krótkie pół godziny ale jednak. Po raz pierwszy od 3 miesięcy robiłam zdjęcia- nie dla klienta, nie na bloga, nie do gazety, nie z kursantem. Fotografowałam po prostu dla przyjemności, z samej czystej frajdy uwieczniana rzeczy pięknych. Modelem był bukiet ślicznych różowych tulipanów, który we wtorek otrzymałam od przesympatycznej kursantki (Asiu, dziękuję bardzo). Całą środę stał na moim biurku i krzyczał “spójrz jaki jestem piękny!”. I w końcu nie wytrzymałam, pomyślałam sobie “A co mi tam, wszystkie te pilne sprawy mogą poczekać.”. Wzięłam aparat do ręki, bukiet do studia i… poczułam jak wraz z całym światem przyrody budzi się we mnie nowe, świeższe, lepsze. Wiosna!!! Przecudowna pora przemian.

IMG_9715mm-tilenapis



Wielka cytrusowa sycylijska rodzina

different citrus fruits , odmiany cytrusów pomarańczy      Dla nas “ludzi Północy” pomarańcze to po prostu pomarańcze, cytryny to cytryny a mandarynki dzielą się na te z pestkami i te bez. Jednak dla przeciętnego Sycylijczyka- rodzina owoców cytrusowych jest jak jego własna: wielopokoleniowa, z dużą ilością kuzynów, kuzynek, cioć, wujków, stryjków  i innych powinowatych. Fotografując ostatnio różne odmiany cytrusów dla sycylijskiej firmy InCampagna zrozumiałam jak uboga jest moja wiedza w tej materii. Oto czego dowiedziałam się w zaledwie parę dni.     moro orange, czerwone pomarańcze        Bogactwo sycylijskich cytrusowych smaków oraz naszą indolencję w tej kwestii najlepiej uzmysłowić sobie na przykładzie polskich jabłek. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie na  wasz lokalny bazar i znajdujecie tam tylko jedną odmianę “plastikowych”, woskowanych, zielonych, nowozelandzkich jabłek. Nikt nawet nie słyszał o waszych ulubionych papierówkach, antonówkach czy malinówkach. Nie ma koszteli, szarej renety, landsberskiej, boikenów! Nie ma nawet popularnych “nowoczesnych” kortlandów ani czempionów czy ligoli. Są tylko “jabłka”. Brzmi jakby Wam ktoś nagle zabrał prawo wyboru a świat wokoło przestał być kolorowy??

       A teraz wyobraźcie sobie, że tak samo jak my kochamy jabłka, Sycylijczycy uwielbiają cytrusy. Na całej wyspie w większości przydomowych ogródków w samym ich środku pyszni się jakieś drzewo cytrusowe. Nawet przy tych licznych na Sycylii, opuszczonych i zaniedbanych wielkich posiadłościach można spotkać na środku dziedzińca drzewo owocowe.  Najczęściej jest to cytryna. Ale nie-byle-jaka.  Np. Femminello albo jeszcze lepiej cytryna Piritto.  Odmiana o bardzo aromatycznej skórce, dużym albedo (albedo to biała część miąższu) i wielkich owocach. Lokalnie nazywana Cedro (cytronem) ale spór o nazwę jest zarzewiem konfliktu z południem kontynentalnych  Włoch, gdzie twierdzi się, że Cedro sycylijskie to tylko “podróbka”. Sycylijczycy oczywiście uważają, że ich Cedro jest najlepsze na świecie i to z Południa Włoch nawet się do niego nie umywa.  Piritto z południa Włoch niestety nie próbowałam natomiast to Sycylijskie podbiło moje serce od pierwszego kęsa (jest przepyszne) i wejrzenia (jest przepiękne).   No spójrzcie tylko.

piritto lemon, cedro, cytron

        Jeśli na dziedzińcu nie rośnie cytryna, z pewnością będzie to pomarańcza. A jeśli pomarańcza to koniecznie czerwona.  ” Trzy sycylijskie krwiste  siostry” to: Tarocco, Moro i  Sanguinello. Dojrzewają tylko zimą. Żeby pięknie się wybarwić potrzebują dużej różnicy temperatur pomiędzy dniem i nocą. Dzięki nim tak łatwo na Sycylii dostrzec globalne ocieplenie klimatu. Zbiory czerwonych pomarańczy co roku opóźniają się o parę dni. Sycylijska zimą, przestaje być już wystarczająco zimna dla Sycylijskich pomarańczy.” Jak tak dalej pójdzie, wkrótce będziemy uprawiać tu  daktyle”- żartują lokalni farmerzy, choć wcale im nie do śmiechu.

tarocco orange pomarańcza

       Czerwone pomarańcze mają najwięcej witaminy C ze wszystkich odmian na świecie. Są lekko kwaskowe ale zarazem niesamowicie słodkie, szczególnie odmiana moro, która wybarwia się prawie aż na czarno i wtedy jest najsłodsza (moro znaczy czarny człowiek). Inaczej jest z Tarocco, ta mieni się całą cytrusową tęczą przez pomarańcz, karmazyn, rubin aż do głębokiej purpury. Natomiast Sanguinello wybarwia się najsłabiej ale za to ma najbardziej malinowy aromat oraz lekką goryczkę.  sanguinello orange pomarańcza

       Czas triumfów i popularności czerwonych  pomarańczy przypadał na lata 60-te i 70-te. Potem nastała era “blondynek”. Właśnie tak, trochę lekceważąco,  mówi się tutaj o owocach jasnego koloru. Blondynki mają skórkę grubszą, większe owoce, są dużo słodsze i bezpestkowe. Nie ceni ich się jednak tutaj tak bardzo jak na całym świecie, choć oczywiście uprawia się powszechnie.  W szczególności te odmiany, które owocują jesienią i wiosną czyli poza sezonem na czerwone pomarańcze. Na przykład takie “Lane Late” można zbierać aż do końca maja. Odmiana należy do grupy pomarańczy Navel.

Lane late orange fruit pomarańcza

        Navel znaczy pępek. Tak, (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało!) niektóre pomarańcze mają pępek. Przyjrzyjcie się uważnie dołowi owocu popularnej w Polsce odmiany Novelina (a tak naprawdę Navelina od “Navel” właśnie) a zrozumiecie o czym mówię.  Pępek u pomarańczy oznacza najczęściej, że owoc ma w środku tzw. rozetę czyli mniejszy niewykształcony do końca drugi owoc, jakby dziecko. Stąd pomarańcze typu Navel wyglądają jakby był ciężarne.

gorzka pomarańcza bitter orange         Oprócz rudych (czyli czerwonych) i blondynek mamy jeszcze gorzkie pomarańcze. Owoce tej odmiany  faktycznie są gorzkie z gruba niezwykle aromatyczną skórką oraz dużą ilością pestek. Używa ich się głównie do wyrobu dżemów i marmolad, choć niektórzy Sycylijczycy (na Sycylii bardzo ceni się gorzkie smaki w kuchni) jedzą je prosto z drzewa. To również najbardziej odporne ze wszystkich na Sycylii drzew cytrusowych. Stąd na jego pniach szczepi się prawie wszystkie inne odmiany. Jeśli zasadzisz pestkę jakiejkolwiek odmiany szczepionej na gorzkiej pomarańczy wyrośnie nie ta odmiana a właśnie gorzka pomarańcza (jeśli nic nie pomieszałam choć upewniałam się 3 razy, takie mi się to wydawało dziwne). Dlatego pomarańcze w sadach rozmnaża się szczepiąc z gałązek a nie sadząc z pestek (zupełnie tak samo jak nasze jabłonie).

      Zakręciło Wam się już w głowie od tej cytrusowej wiedzy? Nie? To jeszcze Wam powiem, że klementynka (wbrew temu co sądzi wielu z nas, łącznie ze sprzedawcą w moim warzywniaku) to nie jest odmiana mandarynki. To są dwa zupełnie inne gatunki owoców cytrusowych. Zresztą i mandarynki i nektarynki są na Sycylii uprawiane  w wielu różnych odmianach. Och i są jeszcze grejpfruty i kumquaty i satsuma (owoc podobny wyglądem do mandarynki). I pewnie wiele innych gatunków, których nie udało mi się zobaczyć i poznać przez te krótkie parę dni.

grejpfrut na drzewie grapefruit on tree       Choć osobiście, uznaje się za wielbiciela cytrusów, dopiero na Sycylii zrozumiałam jak różnorodnie i pysznie mogą smakować te owoce. Kiedy masz tą niesamowitą okazję  wędrować po sadach i smakować różnych odmian prosto z drzew- natychmiast dostrzegasz pomiędzy nimi ogromne różnicę. Uczysz się nie tylko różnych smaków i aromatów ale również kształtów, kolorów i gabarytów. Niektóre odmiany rosną kiściami jak winogrona, niektóre na pojedynczych cieniutkich gałązkach. Jedne drzewa są wielkie i rozłożyste inne malutkie i uginające się pod ciężarem owoców. Wszystkie jednakowo ciekawe, intrygujące i piękne. Przez pierwsze dwa dni w tym cytrusowym raju zachowywałam się jak japoński turysta, fotografowałam wszystko, absolutnie wszystko co objawiło się przed moim obiektywem. Dopiero po dwóch dniach ochłonęłam i zaczęłam robić to po co tam tak naprawdę pojechałam.  IMG_8493-tile       Wróciłam z głową pełną wiedzy i laptopem wypełnionym tysiącem zdjęć oraz wielkim nadbagażem dodatkowo zabranych do fotografowania owoców.  Przywiozłam z Sycylii mnóstwo wspomnień, niesamowity materiał do mojego portfolio oraz nowe, piękne przyjaźnie. Przywiozłam jeszcze jedną bezcenna dla mnie rzeczy.

       W końcu (chyba) zrozumiałam co chcę robić jako fotograf. Odkryłam, że wcale mnie tak nie fascynuje fotografowanie gotowego jedzenia. Spójrzcie tylko do mojego portfolio a od razu zauważycie, że więcej tam zdjęć warzyw, owoców, grzybów i ziół niż przyrządzonych z nich potraw. To one fascynują mnie jako fotografa najbardziej i wydają się najpiękniejszym obiektem do portretowania. Ktoś ostatnio napisał mi w liście, że “pięknie portretuje jedzenie” a ja zdałam sobie sprawę, ze dokładnie to właśnie robię – wykonuje zdjęcia portretowe. Cóż to, że moje modelki są trochę inne niż się ogólnie przyjęło.  Ja cały czas robię to co każdy porządny portrecista robić powinien- pokazuje moich modeli z jak najlepszej, najpiękniejszej strony a co ważniejsze staram się zrozumieć ich charakter, indywidualność i historię którą w sobie noszą.

       Więc jak już kiedyś dorosnę (jako fotograf) ….. chcę właśnie być …….Portrecistką warzyw i owoców. Aby je lepiej zrozumieć będę jeździć do miejsc gdzie się je uprawia i portretować je w ich naturalnym środowisku. Od momentu kiedy kiełkują aż po czas zbiorów. A potem będę to robić także w moim studio, pokazując je inaczej, piękniej, ciekawiej.  Podczas wyprawy na Sycylię zrozumiałam, że mogę i potrafię to robić i jeszcze mam z tego dużo frajdy. Teraz tylko trzeba by stworzyć do tego jakiś realny biznes plan. Ciekawe czy z takiego “portretowania” dałoby się żyć? Jak myślicie?  IMG_0467-tile

Ps. Moi Drodzy, dziś dałam radę napisać tylko o cytrusach. Za to następnym razem opowiem Wam o wspaniałych ludziach, którzy te owoce na Sycylii uprawiają. Do przeczytania wkrótce!