Idzie zima!

IMG_2924-horz

Stwierdziłam dziś kategorycznie- zdecydowanie coś ze mną nie tak!
Od paru godzin słucham piosenki z nowej płyty … !!!…!!!?… Ireny Santor.
A co gorsza…!? popłakałam się już chyba z 10 razy.

Albo to hormony (i początki menopauzy)?
Albo się starzeję?
Albo (co gorsza) jedno i drugie razem wzięte?

Istnieje też nikłe prawdopodobieństwo, że po prostu za dużo ostatnio pracuję (jak każdego zresztą grudnia) i że kiedy w końcu przyjdą święta a ja solidnie odpocznę- to… może mi przejdzie.

Oby!
Trzymajcie kciuki.
IMG_2952-horz

Nie, nie jestem fanką Ireny Santor. Nie, nie słucham takiej muzyki. Hej! Nawet jej za bardzo nie znam.
Jak każdy z mojego pokolenia wiem kim jest Pani Irena i że śpiewała “Już nie ma dzikich plaż” i “Pamiętasz była jesień”.

Hello! Ale tego słuchała moja babcia!
IMG_2998-horz

Aż tu dziś jadąc samochodem do pracy i słuchając ulubionej Trójki trafiłam na wizytę Pani Ireny u Marka Niedźwieckiego. Ta dama (kobieta do Pani Santor jakoś nie pasuje) ma ponad 80 lat i cały czas koncertuje oraz nagrywa nowe płyty. Ostatnią wydana w listopadzie, nosi tytuł “Punkt widzenia”. Dużo w niej utworów bardzo osobistych, o przemijaniu, o starości, o podsumowaniach życiowych.

Tekst do piosenki “Przeglądam się w lustrze” (właśnie tej, która wzruszyła mnie do łez) napisał Jacek Cygan. Wybaczcie, niestety choć spędziłam ponad godzinę w Internecie, nie udało mi się znaleźć dla Was linku do nagrania. Tym, którzy nie żałują paru złotych, na stronie Polskiego radia tutaj można ściągnąć sobie utwór za 2,99zł. (update z 13.01.2015- jedna z moich czytelniczek wstawiła piosenkę na youtube– Kasiu dziękuję).  Dla reszty z Was -przepisałam tekst (trochę wybiórczo).  Nawet bez pięknej aranżacji i głosu Pani Santor ma moc. Posłuchajcie, poczytajcie i napiszcie, błagam, że też Was wzruszył. Inaczej pójdę chyba po świętach do lekarza po jakieś tabletki na hormony.
IMG_2929-horz

Przeglądam się w lustrze
nie istnieje czas
Przeglądam się w lustrze
mam 20 lat
A lustro odkłada w swoich szufladach
Mój uśmiech jak słońce
i oczy płonące
i warkocze złote
na potem,
na potem…

 (…)

Przeglądam się w lustrze
już istnieje czas
Przeglądam się w lustrze
mam 40 lat
A lustro odkłada w swoich szufladach
Mój uśmiech ciut gorzki,
mą sukienkę w groszki
szczęście pod powieką,
jestem w kwiecie wieku…

*

To co dane jest na chwile
jeszcze zdaje się na zawsze
płatki szczęścia jak motyle
nasza młodość i Mazowsze

To co dane jest na chwilę
Jest na zawsze, musi trwać
przez czas,
przez czas…

*

Przeglądam się w lustrze

jak się skurczył czas
Przeglądam się w lustrze
mam tak wiele lat
A lustro złe, wilcze,
tak nie chce przemilczeć
Tych kresek na czole
i oczu zmęczonych
I srebra na skroniach
A lata?
tak gonią…

*

To co miało być na zawsze
mija jak zapałki błysk
I co?
I nic.

*

IMG_2993-horz

I tu właściwie, moim zdaniem, można by postawić kropkę po pięknej puencie.  Ale Pan Jacek nie kończy tu piosenki.

Jest jeszcze “Post scriptum”.

*

Przeglądam się w lustrze- cicho mówię doń
W Twych wielkich szufladach- moje skarby śpią
mój uśmiech jak słońce i oczy płonące
I warkocze złote- miały być na potem
Oddaj mi je błagam!

Nie odpowiada…

*

IMG_3027-horz

“Wiesz co Mamo?” – mówi mój synek, trochę zaskoczony moimi łzami.  “To pewnie od tej pogody. Wczoraj była zima dziś prawie jak lato. Silne wiatry, ciśnienie skacze- uczyliśmy się ostatnio o tym na przyrodzie. To normalne. Przejdzie Ci!”

Oby!
Trzymajcie kciuki!



Jesienne ciasteczka Leny

IMG_1142-horz         Na jednej ze ścian mojej kuchni wisi duża korkowa tablica. Na tej tablicy czas zatrzymał się parę lat temu. Trudno dokładnie określić kiedy to było. Pewnie wtedy kiedy cała moja codzienna logistyka przeniosła się do telefonu i kalendarza google?  A może niepostrzeżenie wtedy, kiedy papierowa informacja zaczęła wymierać i zastąpiła ją ta elektroniczna? A może wtedy kiedy sprawiliśmy sobie zestaw magnesów na lodówkę i tam przypinamy aktualne rysunki  i informacje ze szkoły mojego dziecka? Trudno powiedzieć, bo zestaw tablicowy jest niesamowicie różnorodny i wielowarstwowy. Postanowiłam zrobić tam ostatnio porządek.

       Na dnie tablicy w samym jej środku zawieszone są 3 duże kartki a każda z nich opatrzona tytułem “Co możesz zrobić jeśli masz: 15 minut, jedną godzinę lub cały dzień wolnego”. Namacalny znak mojej chorobliwej potrzeby bycie cały czas zajętym. W każdej z trzech kolumn gnieździ się nieskończona ilość spraw do załatwienia sprzed lat. Nigdy nie objął ich priorytet “pilne i ważne”. Musiały czekać na swoją kolej, na choć odrobinę mojego wolnego czasu aby dostać swoją szansę.  Czytając je dziś z radością konstatuje, że duża część z nich nie doczekała realizacji do dnia dzisiejszego. Znaczy to, że przez te parę lat poszłam po rozum do głowy i choć po części zrozumiałam, że moje życie nie stanie się katastrofą jeśli trochę odpuszczę i pozwolę sobie na chwilę odpoczynku. Coraz częściej mam po prostu w “głębokim poważaniu” nieumyte okna, niezałatwioną korespondencję, niezgrabione liście, niezszyte rozdarte spodnie czy nieposegregowane w pary skarpetki. Gdyby istniała podobna współczesna lista w każdej z 3 kolumn napisane byłoby : “daj spokój, odpuść, zrelaksuj się, przytul się do męża, pobaw się z dzieckiem, upiecz ciasto, poleniuchuj z książką na kanapie”.

      I tak…jak widać… świat się nie zawalił a … “niezałatwione sprawy do załatwienia” zostały przykryte kolejnymi warstwami rzeczywistości przyszpilonymi do mojej tablicy.  Kiedy je ściągałam czułam się jakbym zeskrobywała tynk ze ściany mojego życia, warstwa po warstwie delikatnie jak konserwator zabytków. Ważne na jedną stronę nieważne na drugą.

      W nowych powłokach znalazłam: stare nigdy niezrealizowane skierowanie do alergologa (nieważne), zestaw dokumentów po wizycie w szpitalu (ważne), kartkę z adresem (zwykłym ! nie internetowym) do dawno niewidzianej koleżanki- (ważne- napiszę do niej list, taki staromodny w kopercie, ale się ucieszy) , gwarancję na gofrownicę  kupioną mi na 40 urodziny przez męża (nieważną bo już nieaktualną), wizytówkę firmy produkującej łuki sportowe (???), adres do mojego ukochanego doktora- ginekologa, któremu tak dużo w życiu zawdzięczam (między innymi narodziny mojego syna)-bardzo ważne i na czasie bo co roku wysyłam mu życzenia świąteczne wraz ze zdjęciem syna.

      Znalazłam jeszcze ulotkę z dawno zamkniętej wege-restauracji i piękną kartkę ze spisem ulubionych wierszy podarowaną mi kiedyś przez dwie wspaniałe artystki “Panny z Turku”  i jeszcze tysiąc wizytówek do osób, których zupełnie nie pamiętam. I dyplom dla mnie i męża za szczególne zasługi na rzecz szkoły mojego syna i paragon na kupno łyżew i zupełnie aktualny rozkład wywozu śmieci i wycięty z gazety artykuł nt. zwalczanie kretów w ogrodzie i piękną laurkę na Dzień Mamy wypisaną niewprawną ręką 5-latka. IMG_1231-horz         Aż wreszcie w samiutkim rogu tablicy z dala od całego zamieszania wisiała mała żółta niepozorna karteczka- weteranka tej tablicy. Weteranów można poznać po dużej ilości dziurek. Tutaj naliczyłam ich aż 15. Spokojnie można przyjąć, że dziurki po szpilkach są miarą czasu jaki karteczka spędziła na tablicy. Z moich obliczeń wynika, że  1 dziurka= około 1 rok.  Na karteczce widnieje krótki przepis- wypisany wprawną ręką (nie moją), pięknym okrągłym pismem. Właściwie to tylko tytuł: “CIASTECZKA LENY” a pod nim proporcje paru prostych składników.

       Ciasteczka Leny to jedne z moich ulubionych jesiennych wypieków. Zawsze przychodzi mi na nie ochota w długie ciemne, szaro-bure wieczory. Kiedy za oknem pada deszcz i spadają ostatnie liście z drzew,  w moim sercu chandra, w kuchni jakoś dziwnie pusto- wtedy ściągam karteczkę z tablicy i zaraz w całym domu ciepło i pachnie pieczonymi śmietankowymi ciasteczkami. Zapach ten dziwnie potrafi zmienić nastrój domowników a nawet wkraść się do mojej głowy i wygonić z niej całą jesienną chandrę.

      Zdjęłam wysłużoną i bardzo wyblakła już karteczkę  z tablicy, uznałam za bardzo ważną i postanowiłam przepisać do mojego magicznego kulinarnego zeszytu. Właśnie kiedy zaczęłam szukać odpowiedniej strony (każdy kto widział mój magiczny notes z przepisami wie, że nie jest to łatwe) nagle zdałam sobie sprawę, że… !! zupełnie nie wiem kim jest Lena. Jak to możliwe?!  IMG_1308-horvz      W zeszycie do którego przepis miał trafić pełno jest imion figurujących przy tytułach dań. Ten zeszyt to kawał historii mojego życia, tej najciekawszej, która rozegrała się w dziesiątkach kuchni na całym świecie.  Przejrzałam zeszyt od deski do deski, żeby sprawdzić czy moja pamięć płata mi już figle. Ale nie. Nadal pamiętam i rozpoznaję wszystkie imiona wypisane obok tytułów dań. Stają mi natychmiast przed oczami: ich twarze, sytuacje, kuchnie, kraje a nawet zapachy które towarzyszyły naszym spotkaniom.

     Pamiętam kim była Vrindavaneśvari- autorka wielu przepisów z początku mojego magicznego zeszytu.Pierwszą nauczycielką gotowania i najwspanialszym szefem kuchni jakiego poznałam w życiu. Odcisnęła niezwykłe piętno na moim stylu gotowania. Zginęła paręnaście lat temu w wypadku samochodowym jadąc z Vrindavan do Delhi. Parę miesięcy temu miałam okazje gościć w swoim domu  jej męża, prawie popłakał się nad zaserwowaną mu kolacją ” to smakuje zupełnie tak samo jakby gotowała to moja żona!!!”- usłyszałam.

Był to jeden z najpiękniejszych komplementów jaki dostałam w życiu.

      Pamiętam Kim była Caroline. Jej imię figuruje przy pierwszych przepisach w mojej dużej kolekcji receptur na ciasteczka. Karoline pochodziła z Kanandy i zaraziła mnie swoją pasją zbierania przepisów na ciasteczka w amerykańskim stylu (oczywiście bez jajek). Była lektorką w szkole języka angielskiego w Gdyni i stołowała się w wege-restauracji, którą prowadził wtedy mój mąż (w tamtym czasie jeszcze nawet nie mój narzeczony).

     I pamiętam kim była Lilla. Mieszkała w kompleksie ekologicznych farm pod Budapesztem, który kiedyś odwiedziłam podróżując z moim Guru. Lilla robiła najpyszniejszy czatnej pomidorowy jaki jadłam w życiu. Pamiętam jak przez pół dnia szukałam tłumacza, który pójdzie ze mną do jej małej chatki, pełnej dzieci i niekończącej się ilości słoików z przetworami na półkach. Kogoś, kto przetłumaczy mi TEN sekretny przepis. Lilla nie mówiła  po angielsku a mój węgierski ograniczał się do jednego słowa “gumicsizma” czyli kalosze. Cały poprzedni dzień spędziłam w Budapeszcie, bezskutecznie szukając we wszystkich napotkanych sklepach tego obuwia bez którego nie dało się funkcjonować na zabłoconych po kolana ekologicznych farmach. W końcu mi się udało, zdobyłam nie tylko kalosze (pożyczone od Lilly) ale i sekretny przepis. W moim notesie figuruje jako “Pomidorowy Chutney Lilli -Najlepszy!!!”.

     Pamiętam też  kim była Tabasu- nianią trójki wspaniałych dzieci moich hinduskich przyjaciół. Pan Talwar był przez parę lat Dyrektorem polskiego oddziału City Banku. Tabasu przyjechała z rodziną Talwarów z Delhi zostawiając swoją w Indiach. Dzięki temu, że pracowała z dala od domu, jej dwie piękne córki, których fotografie zawsze stały na honorowym miejscu w jej malutkim pokoiku mogły żyć w dostatku i chodzić do dobrych szkół. Tabasu całą swoją miłość przerzucała na trójkę małych Talwarów rozpieszczając ich niemiłosiernie i gotując im indyjskie smakołyki. Po przyjściu ze szkoły dzieci zapytane o to co chciałyby zjeść- zawsze wykrzykiwały “PARATHY”. I wcale im się nie dziwię, parathy Tabasu- to było mistrzostwo świata- nie jadłam w życiu lepszych. I choć przepis skrzętnie zapisałam siedząc kiedyś w kuchni Talwarów i wielokrotnie oglądałam jak Tabasu robiła je dla całej rodziny- nigdy nie potrafiłam zrobić tak samo dobrych. W moim zeszycie przepis na parathy otwiera parę stron mądrości kulinarnych Tabasu.

       I pamiętam kim była Radha, która uczyła mnie w Jaypur  jak na kawałku kamienia wałkować idealne roti i Kamala która pokazała jak rozpalać ogień z suszonych placków krowiego łajna i gotować na nim najpyszniejszy sambar. I kim był Gopal, kucharz w jednym z pięciogwiazdkowych hoteli, który zdradził mi swój sekret idealnego pani puri. I jeszcze kim był Laksman , który przez 20 lat swojego życia nie zajmował się niczym innym jak rozdawaniem gorących posiłków potrzebującym w slamsach Soweto w RPA i nauczył mnie jak  w wielkim woku ugotować 80 litrów pożywnego warzywnego kitchari . Jego przepis zapisany w moim zeszycie zaczyna się od słów  “wykop dół metr, na metr, na metr i rozpal w nim duży ogień…”. I kim była Julia sędziwa Włoszka, która pokazała mi jak gotować zupę na twardej skórze od parmezanu. I kim była Pani Teresa od najlepszej sałatki z buraczków i Eloise od idealnego przepisu na bezjajeczny majonez i Kulangana od najwspanialszych przepisów na mleczne bengalskie słodycze.

      Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo. Więcej niż połowa przepisów w magicznym zeszycie opatrzona jest imionami. Przez lata robiłam tak celowo. Chciałam te osoby zapamiętać żeby przypominać sobie o nich za każdym razem kiedy daną potrawę  będę jadła czy gotowała. Chciałam odcisnąć ich piętno na przepisach, którymi się ze mną podzielili. Udało mi się,  każdą z tych osobistości pamiętam i myślę o niej ciepło kiedy daną potrawę gotuję. Dlaczego więc nie pamiętam Leny?!

IMG_1198-horz

      Docenianie tego co otrzymujemy od innych to jedna z  fundamentalnych  zasad dobrze funkcjonującej społeczności. Jej przeciwieństwem jest dużo bardziej popularna ostatnio postawa “należy mi się”.  Niestety “należy mi się” nieodwołalnie wiedzie do frustracji. Pewnego dnia okazuje się, że inni nie chcą już dzielić się z nami swoją wiedzą czy doświadczeniem co gorsza czasami nawet nie chcą już dzielić z nami swojego życia. Bycie wdzięcznym za rzeczy duże i małe (choćby takie jak podzielenie się przepisem) pomaga w codziennym mozolnym korygowaniu postawy ” należy mi się”. Świat staje się o wiele przyjaźniejszym miejscem kiedy w końcu dostrzeżemy jak dużo dostajemy od innych. Na początku nie jest to łatwe, dlatego warto właśnie zacząć od spraw drobnych, malutkich. Znalezienie swojego sposobu na docenienie drobnych gestów jest prostą drogą to zmiany postawy życiowej. Imiona przy przepisach w moim magicznym zeszycie, swojego czasu były właśnie jednym z takich sposobów. Były po to aby docenić i być wdzięcznym.

       Teraz już rozumiecie dlaczego tak niepokoi mnie że nie wiem kim jest Lena? Chcę to wiedzieć. Bardzo chcę pamiętać aby móc być wdzięcznym. Aby za każdym razem kiedy piekę ciasteczka wg.  przepisu Leny pomyśleć o niej ciepło, podziękować, że zechciała się podzielić swoją wiedza kulinarna ze mną, że dzięki niej moje jesienne wieczory magicznie się zmieniają i wypełniają  pięknym aromatem. Aby pamiętać, że kiedyś się spotkałyśmy. Gdzie to było, w jakiej kuchni, w jakim kraju, na jakim kontynencie ? Chcę to wiedzieć zarówno teraz jak i kiedyś w przyszłości  aby móc opowiedzieć o tym moim wnukom. Będziemy sobie siedzieć w mojej kuchni jakiegoś jesiennego, deszczowego popołudnia, dom pełen będzie pięknego śmietankowego aromatu a wnuki będę sypać cukier puder na pyszne ciasteczka. I wtedy jedno z nich zapyta “Babciu, a dlaczego nasze ulubione ciasteczka nazywają się “ciasteczka Leny”?

I co ja im wtedy odpowiem ?!

Ktoś z moich dalszych lub bliższych znajomych mi pomoże? Pamiętacie, wiecie?

Leno, kim jesteś? Tak mi przykro, że nie pamiętam…

IMG_1241-horz



Świat się zatrzymał

IMG_1601-horz
Siedziałam zaledwie parę dni temu w biurze mojej firmy i w kilka godzin usiłowałam nadrobić zaległości, które gromadzą mi się od jakiegoś czasu. “Hobby fotograficzne” rozrosło mi się do rozmiarów drugiego pełnoetatowego zajęcia. To już chyba ten etap, kiedy powinnam (żeby nie zwariować) zrezygnować z jednej pracy aby w pełni zając się drugą ale jeszcze nie potrafię. Jeszcze cały czas mi się wydaję, że firma, którą przecież rewelacyjnie prowadzi mąż, sobie beze mnie nie poradzi. Tkwię więc w jakimś ekwilibrystycznym szpagacie (bo już nawet nie rozkroku) pomiędzy dwoma etatami i usiłuję, zupełnie nieskutecznie, rozciągać czasoprzestrzeń.

       W takim momencie właśnie, kiedy próbuję jednocześnie płacić rachunki, zamawiać towar, układać grafik pracy dla pracowników, rozmawiać z klientami, wyjaśniać tym niecierpliwym dlaczego towar dla nich jeszcze nie zjechał z Włoch i tym bardziej cierpliwym, że musze przełożyć termin montażu bo rozchorowało mi się pół ekipy monterskiej… w całym tym stresie i harmiderze słyszę “pip pip”… To mój telefon daje znać, że przyszedł do mnie sms. Sięgam po telefon, przekonana, że to wiadomość od importera o terminie przesyłki a tam… !!! zupełnie co innego.

       ” Hej Cintamani! (tak nazywają mnie przyjaciele z którymi przez lata podróżowałam w grupie artystycznej, więcej tutaj i tutaj oraz tutaj) Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze. Ja właśnie siedzę w Klinice Hematologii w Londynie, bo zdiagnozowano u mnie raka krwi … takie tam … Nie wiem dlaczego ale przyszłaś mi na myśl, że chciałabym z Toba porozmawiać…”

IMG_1653-horz

       … !!! … Świat wokół mnie na chwilę zwolnił. Nagle przestały być już ważne te tysiące spraw do załatwienia, klienci, zlecenia, problemy i niezapłacone rachunki. Ważne zaczęło być zupełnie co innego- życie i zdrowie- bo to fundamentalne- a zaraz za nimi przyjaźń, miłość, relacje, związki- czyli to co w życiu najbardziej realne- warte zachodu.

      Zostawiłam rozbabrane na biurku sprawy firmowe (czekały tyle- mogą poczekać jeszcze), wzięłam telefon by zadzwonić do przyjaciółki, z którą nie widziałam się od paru lat. Wspaniała dziewczyna, matka dwójki fajnych nastoletnich córek, energiczna bizneswomen, śmieszka, która potrafi zarazić swoim śmiechem i entuzjazmem świat w promieniu co najmniej kilometra. Niedaleki czas temu walczyła dzielnie z ciężką choroba swojej córki i wygrała…  A teraz TO!

      Wzięłam głęboki oddech i zadzwoniłam.

      Usłyszałam klasyczną historię matki, żony, zapracowanej kobiety. O bagatelizowanych objawach, wizycie u lekarza kiedy już coś jest naprawdę nie tak, nagłym niedowierzaniu, potem buncie, “że dlaczego ja!”, wylanym morzu łez i śmiechu przez te łzy. O tym, że nagle twój świat się zatrzymuje choć ten dookoła pędzi dokładnie tak samo jak przedtem, że nagle dostrzegasz co jest ważne a co już zupełnie nie.

      Cóż mogłam zrobić przez ten telefon? Nie za wiele.  Mogłam po prostu być, wysłuchać.  Starałam się zrobić to najlepiej jak potrafię…

       a potem…

        Cicho odłożyłam słuchawkę, popłakałam się jak bóbr, poszłam ucałować męża i podzielić się złymi wieściami. Następnie jeszcze ciszej zamknęłam za sobą drzwi biura z porozkładanymi na biurku “już nie tak ważnymi” sprawami. Pojechałam do domu wyciągnęłam magiczny notes i zaczęłam dzwonić.

IMG_1684-horz

            Umówiłam się do ginekologa (Pani Kingo?! Jak dawno Pani u mnie nie było!), i na badania cytologiczne. Odwiedziłam mammobus bo akurat zatrzymał się w moim mieście. Odgrzebałam stare skierowanie do neurologa, które już 3-krotnie wypisywał mi lekarz rodzinny, znalazłam odpowiedniego lekarza i zapisałam się na wizytę. Odgrzebałam moje stare badania po przebytym zabiegu, zobaczyłam, że już rok temu powinnam zgłosić się na kontrolne prześwietlenie- zadzwoniłam i zapisałam się.

     Kiedy skończyłam ze swoimi sprawami wzięłam telefon i zadzwoniłam do przyjaciół i bliskich. “Kiedy robiłyście ostatnio badania?” zapytałam. Co usłyszałam w odpowiedzi?- To samo co zawsze.

IMG_1585-horz

    Ponieważ Was, moje czytelniczki, także uważam za kogoś ważnego i bliskiego- postanowiłam napisać dziś i Wam o tym oraz zapytać: Kiedy ostatnio się badałyście? Pamiętacie w ogóle? Jeśli nie- to najwyższy czas coś z tym zrobić.

        Dlatego, SORRY, ale dziś nie będzie przepisu i dziś nie będzie obiadu. Dziś nie gotujecie. Za to bierzecie telefon do ręki i dzwonicie po kolei do wszystkich miejsc do których powinnyście zadzwonić już dawno. Umawiacie się na wizyty i badania kontrolne.

        Kiedy ostatnio byłyście u ginekologa? Jeśli dłużej niż pół roku temu- dzwońcie. Kiedy robiłyście badania krwi? Jeśli dłużej niż rok temu- idźcie do lekarza po skierowanie. A co z cytologią? Co z mammografią? Robicie je w ogóle???  Nie chcę słyszeć, że nie macie czasu i pieniędzy i że kolejki do specjalisty za długie. Tutaj macie namiar na BEZPŁATNE BADANIA mammograficzne i cytologiczne. Zapiszcie się, błagam Was.

    Dostajecie zawału serca i ciągniecie dzieci po lekarzach za każdym razem kiedy mają katar lub wysoką temperaturę, wozicie psa i kota regularnie do weterynarza, troszczycie się o swoich rodziców pilnując by brali leki i dbali o siebie. A wy?! Kto dba o Was i o Wasze zdrowie?

    Bądźcie dla siebie dobre, zadbajcie o siebie same, nie bagatelizujcie objawów, badajcie się regularnie. Nie ignorujcie tego- to Wasze życie, Wasze zdrowie- warte jest dużo więcej niż wszystkie te “ważne” sprawy za którymi codziennie gonicie.

     Zwolnijcie proszę, zróbcie co trzeba, zanim świat się dla Was zupełnie zatrzyma, zanim będzie za późno…

     Och i jeszcze, bardzo proszę- jeśli możecie- pomódlcie się za moją przyjaciółkę, pomyślcie o niej ciepło lub wyślijcie jej do tego Londynu jakieś pozytywne energie- bardzo tego teraz potrzebuje…

Pozdrawiam Was ciepło
z zatrzymanej na chwilę karuzeli życia
Kinga



Dajcie czasowi czas.

IMG_0256-tile

Posłuchaj, porzucony przez nią, Nieznany mój przyjacielu:
W rozpaczy swojej nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj, zaczekaj, trochę zaczekaj!

Posłuchaj, porzucona przezeń, Nieznana mi przyjaciółko:
W rozpaczy swojej nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj, Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Przysięgam wam, że płynie czas!
Że płynie czas i zabija rany!
Przysięgam wam, że płynie czas!
Że zabija rany – przysięgam wam!
Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas.

Zwólcie czarnym potoczyć się chmurom-
po was, przez was i między ustami,
I oto dzień przychodzi, nowy dzień,
One już daleko, daleko za górami!

Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas,

Bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

(Edward Stachura- “Czas płynie i zabija rany”.)

IMG_2194-tilenn        Piszę dla Was ten tekst od paru tygodni, siadam do niego i mnie odpycha. Zmuszam się i … nie daje rady. Znajduję tysiące wymówek, żeby tego nie robić ale wiem, że temat jest ważny. Siedzi we mnie gdzieś głęboko i nie odejdzie dopóki się z nim nie zmierzę.

       ROBIN WILLIAMS NIE ŻYJE, POPEŁNIŁ SAMOBÓJSTWO!- krzyczały jakiś czas temu wszystkie dostępne media. Dziś już temat dawno nieaktualny. Przykryła go- nowa afera, nowa wojna czy nowy romans znanego celebryty. Ot medialna rzeczywistość- “Umarł król, niech żyje król!”. Mnie jednak to samobójstwo dotknęło do żywego, pozostawiło zadrę w sercu, która jakoś nie chce się zagoić. Szczególnie, że zbiegło się to z rocznicą śmierci wspaniałego przyjaciela. Przyjaciela, który również odebrał sobie życie. Był osobą bardzo szczególną, nie tylko dla mnie ale dla wielu, wielu osób. Na imię miał Aleksander.

IMG_2224-tile

       Nie znałam Aleksandra dobrze- choć długo. Myślę, że prawie nikt z nas (którzy mieniliśmy się jego przyjaciółmi) nie znał go naprawdę. Był postacią bardzo złożona i niezwykłą zarazem, zdecydowanie nadprzeciętną.

       W wieku lat prawie pięćdziesięciu, po wielu latach prób, niepowodzeń i ciężkiej pracy Aleksander odniósł duży sukces finansowy. Wprowadził na polski rynek farmaceutyczny lek, który, okazał się pomocny w licznych kuracjach i zaczął się rewelacyjnie sprzedawać. W ciągu paru lat zarobił naprawdę duże pieniądze. Dla nas, jego znajomych, pozostał jednak cały czas tym samym skromnym człowiekiem. Bogactwo w żaden zły sposób nie wpłynęło na jego niematerialny światopogląd życiowy. Wręcz przeciwnie- odkąd odniósł sukces życiową misją Aleksandra stało się- pomaganie innym.

             Nie spotkałam w całym swoim życiu drugiego tak bezinteresownie dzielącego się swoimi pieniędzmi człowieka.
Zachowywał się jak dziecko, które zupełnie niespodziewanie znalazło wielkie pudło słodyczy i zamiast zjeść je samemu- postanowiło podzielić się z innymi. Wzięło swoje magiczne pudełko i ruszyło w poszukiwaniu tych, którym “jego słodycze” mogłyby odmienić życie. Dziecko miało w sobie jakąś niesamowitą wewnętrzną wrażliwość oraz potrzebę aby “osłodzić życie” jak największej ilości osób. Mogło przecież podzielić się słodyczami z rodziną, no może nawet poczęstować kolegów na podwórku a resztę schować na później lub wymienić na inne przyjemności? Mogło tak zrobić i tak pewnie zrobiłaby większość dzieci? To dziecko było jednak inne, wrażliwsze na niedolę, bardziej współodczuwające i czerpiące radość z pomagania innym. Robiło to z głową i “po swojemu” tak aby słodyczy starczyło dla wielu i aby Ci którzy je dostaną faktycznie mogli w jakiś sposób zmienić swoje życie. Skąd to wiem? Było mi dane spróbować słodyczy z tego pudełka.
IMG_3272-tile

       Całą naszą młodość mój mąż i ja (wtedy jeszcze nie para) spędziliśmy mieszkając w różnych świątyniach i aśramach. Podróżowaliśmy po świecie i braliśmy udział w licznych religijnych, charytatywnych i kulturalnych przedsięwzięciach. W wieku lat 30 postanowiliśmy założyć rodzinę oraz biznes aby tą rodzinę utrzymać. I tu niestety okazało się, że oto przystępujemy do maratonu który wystartował jakąś dekadę temu. Oboje bez ukończonego wyższego wykształcenia, bez bogatego cv, bez doświadczenia w pracy zawodowej, bez żadnego kapitału (przynajmniej tego materialnego). Za to z wielkim zapałem i czystymi motywacjami. Zaczęliśmy nasz mały biznes w piwnicy wynajmowanego mieszkania i powoli ciułaliśmy grosz do grosza aby związać koniec z końcem.

       Wtedy w naszym rodzinnym życiu pojawił się Aleksander. “Pomogę Wam” -powiedział, widząc jak się zmagamy- “jesteście dobrzy w tym co robicie, rozwińcie skrzydła, otwórzcie swój pierwszy sklep. Zróbcie to od razu z rozmachem nie bójcie się”. Pamiętam siedzieliśmy przy stole i długo argumentowaliśmy, że to za duże ryzyko, że nie mamy takiej gotówki, ani takiego doświadczenia, że dopiero raczkujemy w tym biznesie, że to się nie uda. Aleksander wysłuchał wszystkiego cierpliwie- spojrzał na nas i powiedział-  “Widzę, że wierzę w Wasz sukces bardziej niż Wy sami! Zróbmy więc tak -pożyczę Wam pieniądze, po prostu w Was zainwestuje.  Jeśli się nie uda- sam poniosę ryzyko, jeśli odniesiecie sukces- będzie to nasz wspólny sukces. Co Wy na to?”

       To było jakieś 13 lat temu i 2 lata przed śmiercią Aleksandra. Gdyby żył byłby z nas dumny. Przez wszystkie te lata  pracowaliśmy bardzo ciężko aby stworzyć naszą rodzinną firmę. Nigdy nie dostalibyśmy takiej szansy gdyby nie On i jesteśmy tego w pełni świadomi. Dziś, nawet w kryzysie mamy dobrze prosperującą firmę,  zatrudniamy 8 osób, mamy 3 sklepy, liczymy się w branży, cały czas się rozwijamy. A zaciągnięty u Aleksandra dług  spłaciliśmy jego żonie. Udało nam się i wiemy dzięki komu się to stało. Oczywiście liczyła się nasza ciężka praca, nasze zaangażowanie i talenty ale równie ważne było to, że… spotkaliśmy swojego  “Anioła z pudełkiem czekoladek”.

       Jesteśmy też świadomi, że byliśmy jednymi z bardzo wielu, którym pomógł Aleksander. Nie wiem czy tych ludzi nie należy liczyć w setkach. Jednym po prostu pomagał finansowo (jak np. matce nieuleczalnie chorego, podłączonego do respiratora dziecka) innym udzielał kredytów na skończenie edukacji, jeszcze innym pomagał skończyć wymarzone projekty (wybudować dom, pojechać w podróż marzeń, wydać książkę) dla jeszcze innych był Aniołem biznesu jak dla nas. Człowiek instytucja a na dodatek tak skromny, że o rozmiarach tej pomocy nie wiedział nikt oprócz niego. (Miałam okazję prowadzić jego ceremonię pogrzebową, która zgromadziła ponad 200 osób i każda osoba tam obecna twierdziła, że zawdzięczała coś Aleksandrowi).

IMG_2302-tile

       I taki właśnie człowiek pewnej pięknej letniej niedzieli, na wakacjach w domku letniskowym, zostawia żonę na chwilę w salonie, idzie na górę do pokoju, siada przy biurku, wyciąga pistolet i… (!!!)  strzela sobie w głowę. Człowiek, którego wydawało nam się wszystkim : znamy, szanujemy, wspieramy i uznajemy za swojego przyjaciela.

       Taka wiadomość wbija Cię w fotel. Rujnuje całą Twoje wyobrażenie, że dbasz i rozumiesz swoje związki z innymi. No bo jak możesz sobie wytłumaczyć, że osoba z która żyjesz tak blisko, jest tak zrozpaczona, taki odczuwa bezsens istnienia, niemoc zmiany, że nie znajduje innego wyjścia niż skończyć ze sobą. A ty tego wszystkiego nie dostrzegałeś!? Gdzie byłeś?! Dlaczego nie widziałeś symptomów?!  Czy mogłeś coś zrobić aby temu zapobiec?! Czy to twoja wina?! Dlaczego on to zrobił? Dlaczego Ty nic nie zrobiłeś?

       Oto pytania, które będziesz sobie zadawał przez najbliższe miesiące a nawet lata. Ja przynajmniej tak robiłam. Nie mogłam pogodzić się z tą śmiercią, próbowałam ja zrozumieć i znaleźć w niej jakikolwiek sens. Dlaczego straciliśmy tak ważnego w naszej społeczności człowieka w tak bezsensowny sposób. Czy ludzie “wielcy” bardziej narażeni są na taką śmierć?- pytałam sama siebie.

     Patrząc chociażby na historię ostatniego stulecia- wydaje się, że tak- Wirginia Wolf, Kurt Cobain, Edward Stachura, Tomek Beksiński, Jan Lechoń, Vincent Van Gogh, Ernest Hemingway czy wreszcie Robin Williams. Dlaczego tak wielcy, uzdolnieni o nadprzeciętnych talentach ludzie odbierają sobie życie?  W zrozumieniu tego pomógł mi kiedyś ten oto wiersz. Jego autorem jest wybitny polski psycholog Kazimierz Dąbrowski, autor ciekawej teorii dezintegracji pozytywnej.

Posłanie do nadwrażliwych

*

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności…
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia

Za delikatność niemówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

za samotność i niezwykłość waszych dróg

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi!

IMG_2357b-tile

        Nadwrażliwość potrafi być błogosławieństwem a zarazem przekleństwem w życiu człowieka nią obdarzonego. Potrafi objawiać się jako geniusz, talent, nadprzeciętna wrażliwość ( np. na piękno).  Częściej jednak objawia się (lub może bardziej postrzegana jest)  jako: nieprzystosowanie, nieporadność, chorobliwe wręcz współodczuwanie, niepraktyczność, niemożliwość życia w “przeciętny” “normalny” sposób. Myślę, że oba aspekty “nadwrażliwości” są bardzo od siebie zależne i nierozerwalnie wplecione w życie “nadwrażliwych”, że w ich przypadku granica pomiędzy geniuszem a “szaleństwem”  jest cienka jak ostrze brzytwy, że żyje im się z tym bardzo trudno, że ilość bodźców, które odbiera ich serce i dusza jest paręset razy większa niż u  nas- pragmatycznych, gruboskórych przeciętniaków.

Dlatego właśnie tak trudno nam ich zrozumieć a jeszcze trudniej z nimi żyć.

Był taki czas, kiedy nienawidziłam “nadwrażliwych”- nazywając ich kosmitami. Byli dla mnie właśnie jak ludzie z innej planety. Zawsze nieprzystosowani, odstający od grupy, niezorganizowani, idący pod prąd,( kiedy właśnie czas i okoliczności wymagały pójścia w innym kierunku). Posiadający dziwną skalę wartości w życiu i zbyt często bujający z głową w chmurach. Irytowali do czerwoności- mnie osobę na wskroś praktyczną i twardo stąpającą po ziemi. Jednak wiele razy przekonałam się, że jeśli mam w życiu “problemy ze sobą” to nikt mnie tak nie zrozumie jak właśnie “kosmici”. Że jako jedni z niewielu mają dar wybaczania i empatii mocno wpisany w geny.

Nierzadko doświadczałam także,  że ludzie o nadprzeciętnych zdolnościach to również moi “kosmici”.  Niektórzy z dalszych, niektórzy z bliższych planet, zdecydowanie jednak ludzie zupełnie nie z tego świata. Aż w końcu zrozumiałam, że to jest niestety całościowy pakiet który dostajesz od losu. Duża paczka z całym spektrum cech pięknie nazwanych przez Kazimierza Dąbrowskiego “nadwrażliwością”.

W końcu do mnie dotarło, że nadwrażliwi to osoby bardzo szczególne i delikatne, że trzeba o nich dbać szczególnie. Że robienie z nich na siłę  “normalnych ludzi” mija się z celem.  Że musimy ich zaakceptować takimi jacy są. Jeśli to zrobimy to dużo łatwiej będzie im (w ich niełatwym przecież życiu) kroczyć po tej cienkiej jak brzytwa linii. Że jeśli otoczymy ich akceptacją i zrozumieniem to- balansując na tym ostrzu- odwdzięczą się tworząc rzeczy genialne i nadprzeciętne.  Że, choć żyje się nam z nimi niełatwo- to bez nich świat byłby dużo gorszy. Mniej w nim byłoby empatii, piękna, wrażliwości, poezji, muzyki, sztuki, wielkich idei  czy  bezinteresownej pomocy.

Dlatego to nasz święty obowiązek- musimy nauczyć się dbać  o nadwrażliwych. Odejście każdego z nich to dla ludzkości wielka strata. Nie możemy sobie pozwolić aby tracić ich w tak bezsensowny sposób…

 

… bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

 



Konkurs urodzinowy- warsztaty fotografii kulinarnej do wygrania!

       Dokładne informacje o warsztatach fotograficznych, które prowadzę, a które są nagrodą w dzisiejszym konkursie     znajdziecie  tutaj.
jak fotografować jedzenie

       Od tygodnia świętuje  z Wami pierwsze urodziny GreenMorning. Dziękuję serdecznie za wszystkie miłe słowa, życzenia i serdeczności słane w komentarzach i listach. Każdy przeczytałam uważnie i na każdy starałam się odpisać, jeśli jeszcze tego nie zrobiłam uczynię to niebawem-obiecuje!  W mojej tradycji religijnej w dniu urodzin solenizant nie tylko dostaje prezenty ale przede wszystkim powinien obdarowywać nimi innych. Tradycyjnie dzień urodzin to czas w którym należy odwiedzić świątynię, rozdawać jałmużnę, karmić ubogich, służyć świętym osobom, robić coś bezinteresownego, charytatywnego. Nie tylko samemu odbierać przyjemności ale przede wszystkim zabiegać o błogosławieństwa płynące od innych. Wierna tej tradycji postanowiłam ofiarować Wam coś dzisiaj.

      Nie mogę obdarować i uszczęśliwić wszystkich (choć przez cały rok staram się to robić publikując dla Was na blogu). Za to jednej osobie mogę pomóc na pewno! W czym ? W tym co sama robię najlepiej – w fotografii kulinarnej. Wiem, że jest sporo blogerek, które choć bardzo by chciały nie stać ich na kurs u mnie (albo z jakiś innych względów mają problemy z wybraniem się do mnie). Wiem też, ze wśród nich jest wiele które naprawdę zasługują na to aby pomóc im w rozwoju.  Właśnie dla nich jest ten konkurs.

       Jeśli jesteś jedną (lub jednym) z nich czytaj dalej uważnie…

kursy fotografii kulinarnej       Według mnie ofiarowuje Wam coś bardzo cennego- swoje doświadczenie, wiedzę i czas.  Dlatego nie chcę oddać tego pierwszej lepszej osobie, która napiszę w komentarzu “wybierz mnie!”. Chcę obdarować kogoś kto doceni taki prezent, kogoś- komu naprawdę zależy, komu faktycznie potrafię pomóc, kto wykorzysta tą wiedzę w swoim blogowaniu i  kto autentycznie pasjonuje się fotografią. To nie jest zwykły upominek jak kosz produktów kulinarnych ,ani nawet wypasiony robot kuchenny. Wg mnie ofiarowuję coś bezcennego- autentyczną chęć pomocy komuś i bycia jego mentorem. Stąd konkurs nie jest łatwy i trzeba się będzie bardzo postarać. Po co? Choćby po to aby nauczyć robić się takie zdjęcia jak prezentowane w dzisiejszym wpisie. Warto? Gotowi?kurs fotografii kulinarnej

—————————————————————————————————————————————————————————-

REGULAMIN KONKURSU:

Organizatorem konkursu jest autorka bloga GreenMorning.pl- Kinga Błaszczyk-Wójcicka

1. Nagrodą główną w konkursie  jest kurs fotografii kulinarnej z Kingą Błaszczyk-Wójcicką oraz dalsze późniejsze konsultacje (kurs odbędzie się 30 km na południe od Warszawy, dojazd własny, w jednym z 3 terminów do wyboru, wskazanych przez organizatora, jednak nie później niż do 15 października 2014 roku)  .

2. Zgłoszenia do konkursu przyjmowane będę  do dnia 31 sierpnia 2014 roku (włącznie).

3. Uczestnikami konkursu mogą być tylko autorzy blogów kulinarnych lub blogów które choć częściowo mówią o kulinariach (tylko osoby pełnoletnie).

4. Aby zgłosić się do konkursu trzeba spełnić następujące warunki:

a. Napisać na swoim blogu post o którymś z podanych tytułów: “Fotografia Kulinarna”, Jak fotografować jedzenie?”, “Warsztaty Fotografii Kulinarnej”.

b.  W poście należy opisać swoją przygodę i dotychczasowe doświadczenia z fotografią kulinarną. Warto pokazać swoje pierwsze i teraźniejsze zdjęcia, napisać jaką przebyliście drogę w umiejętnościach fotografowania, co wg. Was jest ważne kiedy fotografuje się kulinarnie, jakich rad udzielilibyście innym w tym względzie. Napiszcie jakich aparatów i obiektywów używacie czy stosujecie jeszcze jakieś inne fotograficzne gadgety. Kto Was inspiruje i dlaczego. Jakie zdjęcia chcielibyście robić a jeszcze Wam to nie wychodzi, jakie problemy napotykacie kiedy fotografujecie na bloga. I koniecznie napiszcie dlaczego chcielibyście się uczyć akurat u mnie i czego chcielibyście abym Was nauczyła.

c. Wpis MUSI ZAWIERAĆ pierwsze zdjęcie z tego postu (nie podaje specjalnego kodu po prostu skopiujcie zdjęcie i wklejcie do swojego wpisu) a zaraz pod nim DWA AKTYWNE LINKI: 1. do strony opisującej kurs 2. do tego wpisu opisującego konkurs.

d. Kiedy wpis już opublikujecie powiadomcie mnie o tym umieszczając link  (wraz ze swoim imieniem i nazwiskiem) w komentarzach pod dzisiejszym tekstem, oraz na moim funpage-u facebookowym (w komentarzach pod informacją o konkursie).

5. Ogłoszenie wyników konkursu nastąpi nie później niż 2 tygodnie od dnia 31 sierpnia na łamach bloga GreenMorning.pl.  Zwycięzca powinien w ciągu 7 dni od ogłoszenia wyników skontaktować się mailowo z organizatorem (pod adresem: greenmorning.pl@gmail.com)- jeśli tego nie zrobi, na jego miejsce wybrana zostanie druga osoba.  Zwycięzca nie może przekazać nagrody innej osobie.

6. W konkursie mogą brać udział również osoby, które uczestniczyły już w moich kursach.

7. Wśród uczestników konkursu wybierzemy też 5 0sób, które dostaną karnety rabatowe na kursy fotografii kulinarnej z Kingą Błaszczyk-Wójcicką ważne do dnia 15 listopada 2014 roku.

8. Konkurs odbędzie się jeśli zgłosi się do niego minimum 10 osób.

—————————————————————————————————————————————————————————————————————-

IMG_5429-tile-(1)napis       Czy wszystko jasne??? Ogłaszam konkurs po raz pierwszy więc nie mam w tym doświadczenia. Jeśli coś pominęłam, proszę pytajcie a będę wyjaśniać.  Już się nie mogę doczekać tych wszystkich Waszych wpisów o fotografii. Pomyślcie ile ciekawej wiedzy i doświadczenia pójdzie w eter Internetu? Ilu przyszłym i teraźniejszym blogerom to pomoże udoskonalać to co robią?

       Mam nadzieję, że osoba, którą wybiorę wyjedzie ode mnie bogatsza o wiedzę. Wiedzę, która pomoże otworzyć jej drzwi do własnego świata fotograficznej magii. Co tam znajdzie? Jak się tam poczuje?…  Mam nadzieję, ze jak…  Alicja w Krainie Czarów…

kurs fotografii kulinarnej

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i czekam na Wasz odzew. Jak tam? Weźmiecie udział?



Spóznione urodziny bloga

       Witam wszystkich wakacyjnie i od razu zaczynam od przeprosin, że nie było mnie tutaj tak długo. Niestety pochłonęła mnie proza życia. Najpierw 2 pracowników z mojej firmy (notabene przyjętych do firmy niedawno) zupełnie nieodpowiedzialnie postanowiło zwolnić się tuż przed samymi wakacjami rujnując w ten sposób plany wakacyjne wszystkim pozostałym osobom (w tym niestety również mnie). Trzeba było to wszystko ratować, łatać dziury, przeprowadzać nową rekrutację, ustawiać grafiki w taki sposób aby  choć część pracowników mogła pojechać  na swój długo oczekiwany urlop. Och, sama proza życia! Potem była jeszcze akcja “Mamo przyjedź i zabierz mnie z obozu!!!”- zażegnana i skończona pomyślnie, jednak przejechać się na drugi koniec Polski musiałam. Potem niefortunne uszkodzenie rogówki oka i kategoryczny zakaz pracy na komputerze przez tydzień. No i na koniec włamanie na serwer bloga oraz trwający chwilę ogromny niepokój, że bloga nie da się uratować. Ostatecznie wielka ulga, że  jednak damy radę (Wojtku- serdeczne dzięki) i wielkie sprzątanie, które trwa do dziś. Wybaczcie więc jeśli nie wszystko działa tu jeszcze i wygląda tak jak byliście do tego przezwyczajeni- niedługo wszystko wróci do normy. I mam wielką nadzieję, że to już koniec złych wiadomości i ze spokojnym sercem mogę świętować z wami pierwsze urodziny Green Morning!IMG_6889-horzmmblog

     Trudno w to uwierzyć (przynajmniej mnie) ale spotykamy się tutaj już ponad rok! Kiedy witałam was wszystkich pod koniec czerwca 2013 roku tym wpisem byłam pełna obaw. Nie obawiałam się ,że nie istnieją ludzie, którym spodoba się moje podejście do życia i jego prezentacja na blogu. Bardziej obawiałam się, że nie odnajdziemy się w tym wielkim zgiełku wiadomości, informacji i danych, którym jest Internet. Szybko okazało się jednak, że nie było się o co martwić i blog (tak jak zakładałam) stał się  platformą do spotkania wspaniałych i podobnie myślących ludzi. Ludzi wrażliwych na piękno zarówno to zewnętrzne jak i to trudniej dostrzegalne kryjące się w sercach, umysłach i duszach wszystkich żyjących istot. Ludzi pięknych, wrażliwych, zabawnych, intersujących, nietuzinkowych- jednym słowem Was- Moi Czytelnicy.

      Jeśli wierzyć Google Analytics jest Was całkiem sporo i mieszkacie na wszystkich kontynentach, zarówno w dużych miastach jak i w małych wioskach. Jesteście w różnym wieku, różnej płci a nawet różnej narodowości (!). Nie znam Was wszystkich a bardzo chciałabym poznać. Z dziesiątek tysięcy odwiedzających ten blog miesięcznie i setek zapisanych do newslettera- poznałam zaledwie garstkę. Jaką wielką przyjemność sprawia mi rozpoznawanie poszczególnych osób, które nawiązały ze mną więź komentując pod wpisami czy pisząc do mnie osobiście.

     To ONI po krótkim czasie stali się Tymi dla których  fotografuję, piszę i wypróbowuję nowe przepisy.  Moi Drodzy- dziękuję Wam za wszystkie serdeczne słowa, komentarze i listy. Każdy doceniam i czytam z wielkim zainteresowaniem, są dla mnie wielką inspiracją, sprawiają ogromną radość a czasami nawet doprowadzają do łez wzruszenia.

IMG_6823-horz

       Ponieważ dziś świętuje urodziny Green Morning postanowiłam sprawić sobie wielką frajdę i zebrać najpiękniejsze komentarze i cytaty z listów od Was w jednym miejscu. Oto one- słowa podziękowania i docenienia, które sprawiają, że chce się ślęczeć po nocach i rezygnować z innych przyjemności aby prezentować Wam na blogu wartościowe treści, piękne zdjęcia i smakowite przepisy. Wiele z nich pochodzi od osób komentujących regularnie, za co chciałam serdecznie podziękować. Z góry przepraszam jeśli kogoś pominęłam (na pewno tak się zdarzyło- nie sposób przedstawić tu wszystkich) mam nadzieję, że się nie obrazicie i wybaczycie. Wybaczcie też, że się tak zwyczajnie i po prostu chwalę Waszymi komentarzami. Ale są one dla mnie dowodem na to, że to co robię tutaj ma sens i jest źródłem inspiracji. Nie tylko dla mnie ale dla wielu innych. Oto niektórzy z nich:

      Na początek  Ala z bloga kuchnia Alicji– moja pierwsza i najwierniejsza czytelniczka- ten blog nie powstałby gdyby nie liczne i regularne listy i komentarze Ali pod moimi zdjęcia na różnych portalach. Tak długo dopytywała się “no kiedy wreszcie ten blog”, … że nie miałam innego wyjścia niż po prostu zacząć. Ala -dziękuję bardzo, za Twój upór!

“A ja wiedziałam, że tak będzie po pierwszych twoich zdjęciach jakie widziałam, wiedziałam ,że masz to coś …i  zawsze będę twierdzić ,że to najpiękniejszy blog w Polsce i świecie też . Ja tego nie odwołam nawet na torturach , nie ma mowy. Uwielbiam te twoje zdjęcia  jasne z poświatą ciepła takiej dobrej energii. Ale przepisy tez uwielbiam, mam takie jeszcze powycinane z ,,Kuchni” i wydrukowane z Uczty Wegetariańskiej.  Mi się wydaje ,że ja jestem coś w rodzaju fana  twojego Kinga … spełniaj swoje marzenia , spełniaj…”

A teraz mój ulubiony komentarz na blogu. Pochodzi od jednej z moich stałych czytelniczek- Wege Danki. Pani Danusi- pozdrawiam.

“Niezmiennie tkwię w zachwycie nad Pani blogiem, Kingo. Ciepłe i mądre teksty, pełne uroku zdjęcia, oryginalne przepisy… Czuję się tu jak Alicja w krainie czarów.”

i Freya

“Trafiłam tu przypadkiem szukając przepisu na jogurt – a znalazłam PIĘKNO w każdym detalu.  Dziękuję za ten wpis… Piękna historia. Piękne zdjęcia, pięknie napisana… Będę tu wracać…”

i Małgosia z bloga ziołowa wyspa, którą spotkałam zupełnie niedawno a czuję jakbyśmy znały się od lat,
oraz jej komentarz pod wpisem o “Tacie z Rybnika”:

“Prowadząc swoją działalność blogową odkryłam, że można spotkać ludzi myślących podobnie i już nie czuć się samotną wyspą pośród morza wyrzeczeń i pretensji. Taki ten czas teraźniejszy, że spotykamy się – myślący inaczej. Nie czujemy potrzeby osądzania, mamy tylko chęć połączenia się w wielkim bólu z człowiekiem dla nas obcym i zrozumienia dla jego wielkiej tragedii. Morze miłości, które dryfuje od nas do wszystkich zabieganych, nie orientujących się, co ważne bardziej, a co mniej – powinno pomóc. Ja mam taką nadzieję. Cieszę, się, że cię znalazłam – jeszcze jedną osobę pełną pokory i miłości.”

i Bocado

“Jestem w pełni oczarowana tym wpisem, jeszcze nie dotarłam dalej, ale już wiem, że to zrobie! Coś pięknego! Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło zauroczyć  blogiem kulinarnym, aż tu proszę…”

i Trzcinowisko z bloga zielony stolik

“Dobrze jest czytać coś co tak bardzo przypomina własne myśli. ….dzięki za wpis.”

i Sebastian, lat 15, (pisownia oryginalna)

“Witam, mam tylko 15 lat ale bardzo mnie zaciekawil pani artykól. Ja równiez mam takie zdanie o tym wszystkim co nas otacza, tyle ze ja nie robie zdjec ale mimo to podziwiam wszystko wokól, wszystko jest NA SWÓJ sposób piekne tylko trzeba to dostrzec. Osobiscie uwazam ze to wspaniale gdy ludzie kochaja albo przynajmniej toleruja wszystko wokól…taka umiejetnosc jest naprawde pozyteczna i bardzo cieszy czlowieka.”

i Basia z Krakowa- czytelniczka, która nie tylko ogląda i podziwia ale również… gotuje z moich przepisów.
Z zawodu jest tłumaczem i jej piękny język od razu widać w nietuzinkowych komentarzach:

“Droga Pani Kingo,  dziękuję za tyle dobrych słów od Pani ku mnie słanych.  Z upływem czasu, wytworzył się u mnie już nawyk patrzenia najpierw na źródło skąd płynie przekaz. To co płynie od Pani, to przekaz spójny w słowie, obrazie i smaku, oparty na szlachetności i pięknie, wysublimowanej estetyce i wrażliwości.  Taki rodzaj intymnego świata, zacisznej enklawy, radości tworzenia i harmonii. Ten świat do którego tęsknię, który współtworzę jak potrafię, by serce uchronić przed żałością wobec jego zanikającej obecności w naszym entourage’u. Bogactwo największe, myślę, osiągamy dzieląc się.Za to więc, że zaczerpnąć mi dane z poetyckiego i smakowitego Pani świata, dziękuję z całego serca.”

A to już Róża z mądrego bloga różamarzy.pl

“Weszłam tu dziś pierwszy raz i ONIEMIAŁAM! Najwspanialsze zdjęcia, jakie oglądałam ostatnimi czasy. Cudowne. Klimatyczne. Minimalistyczne, ale pełne. No jestem zachwycona! Pozdrawiam w ten sobotni poranek…”

i  “Tęczowa Panienka” czyli Małgosia z  bloga “ósmy kolor tęczy“, wspaniała matka wspaniałych córek i bardzo ciepła osoba:

“…No i chyba pierwszy raz czytałam z zapartym tchem nie zważając nawet na zdjęcia. Obejrzę je dopiero teraz, bo właśnie zorientowałam się, że nie mam pojęcia jak wyglądał ten cudny tort czekoladowy z nutą pomarańczy i konfiturą śliwkową… Wygląda dokładnie tak, jak go opisałaś… Jak złożony z czystej miłości… “

i Viola, która tak pięknie i bezinteresownie cieszy się z moich sukcesów:

“A mnie do tych Twoich zdjęć Kingo przyciąga biel…Jest niesamowita!!! Przypomina mi gdzieś moje dzieciństwo, a może i tęsknotę do czegoś. Masz racje marzenia są piękne i warto je spełniać. Tak najchętniej to bym zwyczajnie wsiadła w auto i pojechała do Ciebie…Nieco zazdroszczę ale i pełna podziwu jestem dla Twej pracy. Pociąga mnie tez Twa filozofia życiowa, choć sama nie jestem wegetarianka (a strasznie mnie do tego ciągnie)  Ależ mi się dusza raduje…”

Magda z ammniam.pl “co ma małego ssaka przy piersi” ale jak się w końcu ten ssak usamodzielni to mam nadzieję spotkamy się osobiście:

“Kingo, gratuluję sukcesu ! Piękna sesja, piękny tekst i Ty o pięknym sercu:) Pozdrawiam”

i Basia czyli Hajduczek (na cześć Basieńki z Trylogii!)

“Do Twojego bloga przyciąga mnie wszystko – to, że jesteś wegetarianką, to, że kierujesz się głębszą filozofią, to, że masz lekkie pióro/klawiaturę:-) Ale chyba najbardziej przyciągają mnie do Ciebie fotografie.  Są oczywiście piękne, ale przede wszystkim określiłabym je jako świetliste, lekkie, optymistyczne, kobiece, eleganckie… i już sama nie wiem, jakie – brakuje mi słów adekwatnych!  Nie piszę bloga, nie fotografuję jedzenia. Ale pod wpływem Twoich sugestii i inspiracji chyba zacznę robić zdjęcia moim potrawom… Może więc stworzę własną galerię potraw?…”

i Kamila Grotowska- prowadzi rewelacyjny blog  Vegezone–  autorka wielu pięknych i mądrych komentarzy na GreenMorning, dziś jeden króciutki ale taki który trafił mnie prosto w samo serce:

“Jakie to piękne! Niesamowite, że zdjęcia jedzenia mogą wzruszać. “

i Olimpia z bloga Pomysłowe Pieczenie , wspaniała kucharka, wspaniała fotografka zajrzyjcie do niej koniecznie:

“Kingo zdjęcia jak zawsze powalające:-), świeże i bardzo optymistyczne. Patrząc na nie człowiekowi od razu lepiej na duszy:-).”

Magda z bloga konwaliewkuchni jej komentarze zawsze sprawiają, że robi mi się ciepło koło serca:

“Kingo, kiedy pierwszy raz trafiłam na Twój blog, nie mogłam się oderwać od Twoich cudownych zdjęć:) Jest w nich coś magicznego! Bardzo chciałabym trafić do Ciebie na kurs i wierzę, że kiedyś tak się stanie. Póki co jednak nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziwiać i wdrażać w życie wszystkie Twoje cenne rady:) Dziękuję i serdecznie pozdrawiam!”

Asia z odczaruj gary.pl wulkan energii i jednak z moich kursantek z której jestem niesamowicie dumna.

“Kinga, jesteś wspaniała! Polecam kurs u Ciebie każdemu, kto chce choć na chwilę przenieść się do magicznego świata fotografii. Zdjęcia na moim blogu dzielą się na „sprzed” i „po” kursie u Ciebie”

Joanna z naturallyjoanna.pl z Bostonu

“Nie tak dawno zdjęcie twojego „światowego” barszczu zaprowadziło mnie do twojego blog i musze powiedzieć ze jestem wprost zakochana!!! Twój styl pisania jest tak cudowny, jak bym wdychała świeży powiew wiosny:)… Jesteś moją inspiracja. … Dzięki wielkie!!!”

IMG_6833-horz

Nie znudziło Wam się jeszcze? No to:

Rafał i jego rozwiązanie moich finansowych problemów:

“Świetny tekst, rewelacyjne zdjęcia! Zachwycam się od samego rana:) Moim zdaniem, każdy kto czyta tego bloga powinien dobrowolnie opodatkować się na Twoją rzecz. Wiedza, którą tu przekazujesz jest bezcenna.”

i Sylwia, która cieszy się, że nie wyszedł jej jogurt:

“Trafiłam na Twojego bloga zupełnie przypadkowo-zaczęłam robić domowy jogurt, który od razu nie wyszedł. Szukałam powodów i w ten sposób znalazłam Ciebie. Tu jest cudownie! Zupełnie inny świat, aż chciałoby się tutaj zostać na dłużej… Z niecierpliwością będę oczekiwać każdego nowego postu, z przepisem lub bez, byleby tylko był i wprowadzał promyk radości do codzienności.”

i Neff- której komentarze zawsze mnie wzruszają

“Właściwie to miałabym wielką ochotę do Ciebie napisać maila ale odpuszczam bowiem byłby to poplątany ,momentami depresyjny , momentami „nawiedzony” list ;))) Postaram się krótko :
– dziś odkrylam Twój blog i się zakochałam …w zdjęciach i tekstach :)
-podarowałaś mi to co na chwile obecną jest mi najbardziej potrzebne…piękno , bardziej słoneczną stronę świata a przede wszystkim …oderwanie od tego co jest we mnie i wokół mnie = chwila relaksu i spokoju …bezcenne ..dziękuję”

i Kinga z bloga małekulinaria.pl , którą znałam tylko z komentarzy a teraz znam osobiście bo właśnie niedawno spotkałyśmy się na kursie fotograficznym u mnie:

“Uwielbiam Twojego bloga- ja tu odpoczywam:) piękna historia ucząca życiowej pokory; jeśli kiedyś wydasz książkę- z pewnością ją kupię. Pozdrawiam serdecznie”

i Lidia (no jak po takim komentarzu nie czuć się zainspirowanym!- dziękuję Lidio)

“Ja to nawet nie wiem jak ująć w słowa co mi w serduchu gra. Znalazłam Twój blog dopiero dziś, a czuję się jakbym tu mieszkała od zawsze.. Kocham fotografię, kocham wege zdrową kuchnię, kocham naturę, światło i życie.  I od pierwszej chwili pokochałam Twój blog, bo znalazłam tu siebie.  Dziękuję!”

i “zassana” Joanna z bloga skoraczek.bloxpot.com

“Nie wiem jak to się stało, że trafiłam tu dopiero teraz (przez FB), ale czas bez świadomości istnienia Twojego bloga uznaję za stracony. Jak już wstąpiłam, to mnie zassało. Jak tu pięknie. Z moich pierwszych wrażeń wynika, że blog oprócz pięknych zdjęć i wegetariańskich przepisów posiada w sobie coś niewytłumaczalnego, co przyciąga, zasysa i nie pozwala zapomnieć. Już wiem. że będę tu częstym gościem, bo muszę przejrzeć wszystkie przepisy z archiwum no i z niecierpliwością będę czekać na nowe i piękne smakowitości :-)

i Natalia

“Najprościej jak potrafię: przepiękny wpis. Twój blog to moje wielkie odkrycie. Dziękuję:)”

i Aneta Pianka- do której powędrowały zdjęcia jako nagroda za komentarz pod tym wpisem:

“Za każdym Twoim przepisem kryją się piękne i niepowtarzalne historie, które uwielbiam czytać. I … wiedz, że każdy taki wpis pozostaje długo w mojej pamięci. “

 i Magda z  bloga trzy metry herbatki

“Uwielbiam wprost Twe opowieści! Dziękuję.”

i TPRO- czyli tato małej Hanki-weganki i jego jak najbardziej prawidłowa reakcja na mojego bloga:

“Dostaje ślinotoku ilekroć zaglądam na Twoją stronę :) mniam!”

i Kathleene oraz jej ujmujący komentarz:

“Właściwie niewiele jest osób, które piszą ciekawie a wśród nich jeszcze mniej, które piszą normalnie, bez przesadnej delikatności i romantyzu i które mają naprawdę coś do powiedzenia! Pierwszy raz czytam bloga, który wciąga mnie tak, że zapominam, gdzie jestem bo przenoszę się w Twoją opowieść i jest mi ona bardzo bliska, czuję jak mnie porusza i sięgam po więcej. … U Ciebie jest inaczej, piękniej, wrażliwiej, prawdziwiej…”

i Zosia:

“Kinga, jesteś kochana. Tyle ciepła i życzliwości dla ludzi na Twoim blogu. Taka znajomość duszy kobiecej, że każda z nas może tam siebie odnaleźć. Łezka mi się zakręciła w oku czytając… Dzięki.”

i Kasia i jej piękny list:

“Witaj! Właśnie się w Tobie zakochałam! W Twoich kulinarnych mądrościach, radach, przepisach, szacunku i miłości do natury, zwierząt, innych ludzi, smakach, które czuć nawet tylko czytając, Twoich pięknych opowiadaniach, sposobach na wykorzystanie serwatki, którą inni wylewają (przestępstwo!!) ech długo mogę wymieniać. A spotkałam Cię za sprawą poszukiwań przepisu na domowy jogurt 🙂 Oh! Jak cudownie jest mieć internet i spotykać w nim takich ludzi jak Ty :), którzy dzielą się swoją wiedzą z innymi. Chciałam Ci również powiedzieć, że wszystko co piszesz w Green Morning ogromnie pozytywnie wpływa na moje życie :). Będę Cię czytać i uczyć się od Ciebie. …A jutro wybieram się na poszukiwanie mojego Pana Mleczarza 🙂 Dziękuję że jesteś Kasia 🙂 “

i Agata:

“Witaj Jestem oczarowana Twoim blogiem, zdjęcia, teksty… cały ekran wypełnił się czystą aurą, spokojem i miłością. Dziękuję za te ucztę 🙂 Czekam na następne wpisy, pozdrawiam “

i Staszek:

“Wiem że nie łatwo jest zaakceptować taką opinię jaką Ci wystawiłem, nie dziwię się też że nie uważasz się za Anioła, bo skrzydła są na plecach i po prostu ich nie widzisz :)) Jednak gdy czytam dowolną Twoją wypowiedź to dokładnie wiem i czuje kim jesteś …”

A na koniec jeszcze, żeby nie było tak słodko cytat z listu z obelgami (tak, dostaje też takie!). Pozdrawiam autorkę listu i choć wiem, ze jej intencje były zupełnie inne, sprawiła mi tym listem dużo radochy:

“Co za sentymentalny i przesłodzony blog. Aż się chce TĘCZĄ RZYGAĆ. Beznadzieja! Życie nie jest takie jak Ci się wydaje, żyjesz w jakimś odrealnionym świecie. Obudź się kobieto!”.

IMG_6824-horz

       A ja nie chcę się obudzić! Chcę kreować własny świat, gdzie piękno, dobro i wzajemna życzliwość są normą i nikogo nie dziwią ani nie wywołują “odruchu wymiotnego”. Głęboko wierzę, że świat jest taki jak ludzie, którzy w nim żyją i każdy z nas ma wpływ jaki świat wokół siebie stwarza. Staram się aby mój był piękny i szlachetny, pełen miłości i pokoju. W taki sposób prezentuje i będę go prezentować na GreenMorning. Dziękuję Wam- Moi Czytelnicy, że mi przez ostatni rok w tym pomagaliście! Liczę na Was przez kolejne lata.

       Za każdym razem jak mnie najdą wątpliwości i brak sił aby kontynuować pisanie tutaj- wejdę sobie do tego wpisu i poczytam zebrane tu komentarze. Naładuje akumulatory i ruszę do boju z nową energią.

       Jeśli czytasz GreenMorning a jeszcze nigdy się do mnie tu nie odezwałeś? Zrób mi prezent na urodziny i napisz choć parę słów. Będzie mi niezwykle miło Cię poznać – mój Czytelniku, moja Czytelniczko!  Kim jesteście? Jaki jest świat wokół Was?

Ps. Do przeczytania wkrótce! Będę miała dla Was mały prezent z okazji urodzin. Kiedy tylko do końca posprzątamy na blogu- czyli całkiem niedługo, będzie można wygrać tutaj darmowy kurs fotografii kulinarnej ze mną. Nie będzie jednak łatwo- trzeba się będzie mocno postarać. Szczegóły już za parę dni. Gotowi?