Kitri, Kichari

Moja największa lekcja kulinarnej pokory
IMG_9348-horz                           Mam 20 lat i właśnie wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie. Jakie mam do tego podstawy?

       Wg. mnie WIELKIE. Przez ostatnie parę miesięcy podróżowałam z moim Guru i uczyłam się gotować od najlepszych wegetariańskich kucharzy z wielu krajów. Odwiedziłam Paryż, Londyn, Berlin, uczyłam się od niesamowitych Hindusek i przez 2 miesiące asystowałam jednej z najlepszych kucharek w całym krysznaickim świecie. Vrindavaneśvari (tak miała na imię) pochodziła z Nowej Zelandii i potrafiła w kuchni wyczarować absolutnie wszystko. Ja ,młoda Polka wychowana w przaśnym PRL z dala od całego bogactwa smaków dostępnych na zachodzie, codziennie w kuchni dostępowałam objawienia graniczącego z ekstazą. Odkrywałam produkty, potrawy, smaki oraz ich połączenia o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia. Moje oczy otwierały się coraz szerzej a kubki smakowe doświadczały coraz to nowych doznań. Moja kulinarna wyobraźnia rozwijała skrzydła a ja przekonanie, że odtąd świat ludzi dla których zacznę gotować nigdy nie będzie taki sam.

       I tak, uzbrojona w nowe doświadczenia, wiedzę, wielki entuzjazm oraz grubaśny zeszyt pełen przepisów na kulinarne dzieła sztuki- czekam tylko na okazję. Właśnie się nadarzyła. Mój Guru jedzie na dłużej do Indii, grupa artystyczna, która z nim podróżuje ma w związku z tym półroczną przerwę. Postanawiam przeczekać ją w jednym z naszych aśramów przy krysznaickiej świątyni w Polsce. Właśnie zwolnił się tam etat kucharza. A ja przecież … mam 2o lat i wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie! Czyż to nie idealny zbieg okoliczności!?

       Nie przeszkadza mi nic: a). że to miejsce w którym mieszka tylko parę kobiet za to cała rzesza mężczyzn-mnichów, b). że kwatery kobiet znajduję się nie przy budynku świątyni w centrum miasta tylko 2 przystanki tramwajowe dalej w malutkim mansardowym mieszkaniu, c). że gotować będę codziennie poranny posiłek dla 40 osób tylko z jednym pomocnikiem, d).że, żeby to robić będę musiała wstać w środku nocy, e). że to nie Londyn czy Paryż, czy choćby Berlin tylko Wrocław i to na początku lat 90. Wszystko to jest nieważne, nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że JA wam pokażę czego się nauczyłam! Szykujcie się! Gwiazda kulinarnych odkryć przybywa!
IMG_9263-tilex
Moje pierwsze spotkanie z osobą zarządzającą świątynią leciutko ostudza mój entuzjazm. Dostaję proste i jasne wytyczne co,  kiedy i w jakich ilościach mam gotować. Okazuje się, że w tym miejscu od paru lat na śniadania (które ja mam właśnie gotować) jada się niezmiennie tylko 2 potrawy kuchni indyjskiej:  KITRI i CZAPATI (i to wg. określonej ściśle receptury).

       “Nie mogłam trafić nudniej”- myślę. Kitri to potrawa jednogarnkowa składająca się  z ryżu, warzyw i przypraw bardzo często z dodatkiem jednej z indyjskich łuskanych fasolek ( dużo lżej strawnych niż nasze). Nazywana jest w Indiach “ucztą biedaków” – jedzona jednak przez wszystkie klasy społeczne jako posiłek prosty zdrowy i zawierający wszystkie potrzebne składniki odżywcze w jednej misce. Czapati (czy też Roti) często towarzyszą kitri. Są to placki wyrabiane z pełnoziarnistej mąki tylko z odrobiną soli. Wałkuje je się cieniutko i smaży króciutko na suchej patelni (lub rozgrzanym kamieniu) by na koniec opiec bezpośrednio nad  ogniem (przepis na czapati, znajdziecie na blogu za tydzień). Pracy z tym bardzo dużo i to niezwykle żmudnej. Każdy placek trzeba osobno rozwałkować i upiec- stojąc nad rozgrzaną do czerwoności kuchnią.  Do jednego posiłku każdy mężczyzna w sile wieku zjada przynajmniej 5 czapati (szybko przeliczam, że 5 razy 40 daje 200 placków do każdego gotowanego przeze mnie posiłku). Oj, nie zapowiada się to zbyt dobrze.

       Ale ja się nie przejmuje, w końcu wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie! Wkrótce się na mnie poznają, wystarczy, że im pokażę co umiem! Zapomną o kitri, zapomną o czapatach. Zrobię im muffiny, naleśniki, gofry a może i indyjską doszę, lub pitty z humusem. Coś wymyślę i pokażę na co mnie stać.

IMG_9374-tilebbb

       Przez pierwszy tydzień pokornie trzymam się wyznaczonego menu ale już drugiego, nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła kombinować. Włączam do menu nowe potrawy, zamiast czapati robię pitty z sezamem, do tradycyjnej ziołowej herbaty dodaję wanilii i cynamonu, podaję budyń z musem owocowym i kombinuję z kitri dorzucając do niego  paniru  i innych niż zazwyczaj przypraw. Mnisi zjadają wszystko pokornie bez komentarzy, grzecznie zmywają po sobie talerze i idą każdy do swoich zajęć. Super!- myślę sobie i każdego kolejnego dnia pozwalam sobie na krok dalej.

       Aż przychodzi sądny poniedziałek, który już od rana (a raczej środka nocy) nie zapowiada się ciekawie. Wstaje spóźniona bo mój budzik nie zadzwonił, na dodatek nie ma ciepłej wody więc muszę wziąć zimny prysznic (bez niego nie mam nawet prawa wejść do świątynnej kuchni standardy czystości są tam bardzo rygorystycznie przestrzegane). Wkładam swoje proste bawełniane sari (też wymóg kuchenno-świątynny) narzucam płaszcz i puszczam się biegiem o czwartej nad ranem przez puste ulice Wrocławia, z nadzieją, że nadrobię spóźnienie.

     Nagle tuż obok mnie zatrzymuje się samochód policyjny. Wysiada z niego dwóch policjantów, którzy mile lecz stanowczo zapraszają mnie do środka pojazdu. Wsiadam zupełnie oszołomiona i choć nie mam przecież nic na sumieniu narasta we mnie niepokój. Sama nie pamiętam tych czasów ale z opowiadań znam je bardzo dobrze. W Polsce w czasach socjalistycznych krysznaitów lekką ręką wsadzano do więzień pod pretekstem zakłócania porządku publicznego lub propagowania idei niezgodnej z jedyną i słuszną linią partii. W sąsiedniej Rosji było dużo gorzej -wysyłano ich do łagrów lub zamykano w szpitalach psychiatrycznych  gdzie poddawano przymusowej terapii farmakologicznej lub po prostu bito do nieprzytomności. No ale teraz mamy lata dziewięćdziesiąte upadł Mur Berliński, Polska jest wolnym krajem. “To chyba jakieś nieporozumienie”- myślę sobie nerwowo. Policjanci przyglądają mi się przez chwilę i zaczynają pytać. “Czy Pani dobrze się czuje? Czy nic Pani, nie dolega? Czy ktoś Pani zrobił krzywdę?”. Przez chwilę zastanawiam się co odpowiedzieć a potem nagle spływa na mnie olśnienie. Ci mężczyźni biorą mnie za zbiegłego ze szpitala pacjenta lub ofiarę przemocy domowej. Zatrzymali się bo uważali, że potrzebuję pomocy. Patrzę na siebie i cóż, zaczynam ich rozumieć. W moim białym sari wystającym spod płaszcza wyglądam jak w koszuli nocnej i do tego biegnę nad ranem z rozwianym włosem jak oszalała. Robię najpoważniejszą minę na jaką mnie stać w tej sytuacji i zaczynam ze spokojem tłumaczyć: kim jestem, co robię, gdzie biegnę i dlaczego w takim stroju. Po długiej dyskusji w końcu udaje mi się przekonać policjantów, że nie trzeba odwozić mnie do najbliższego psychiatryka a  nawet na tyle zyskuje ich sympatię, ze podwożą mnie pod same drzwi świątyni. Wpadam spóźniona do kuchni i w wielkim pospiechu zaczynam przygotowywać  posiłek. Dziś poniedziałek, tego dnia, mnisi krócej dyskutują o filozofii, śniadanie jest wcześniej bo po nim następuje cotygodniowa narada. Świątynna narada to czas kiedy wszyscy mieszkający w aśramie mogą opowiedzieć o swoich bolączkach, problemach i propozycjach zmian. Każdy ma prawo głosu i zostaje wysłuchany przez społeczność. Po szaleńczym poranku w kuchni siadam razem ze wszystkim w dużej sali z nadzieją, że w końcu usłyszę jakieś dobre słowo nt. moich zmian w jadłospisie. Nie doczekuję się jednak żadnych pochwał za to jeden po drugim mnisi z pokorą lecz stanowczo wypowiadają się na temat moich śniadań. Zaczynają bardzo miło, od słów “Czy Kucharka Mataji…”.

       Tytuł Mata-ji zarezerwowany w Indiach dla matron rodowych, używany jest w krysznaickich świątyniach przez mnichów w stosunku do wszystkich kobiet. Znaczy nie mniej, nie więcej tylko “Pani Matko” i powinien być wyrazem szacunku oraz wyznacznikiem nastawienia jakie mnich ma dla kobiety z którą rozmawia. Bardzo nie lubię tego terminu, wszystko się we mnie gotuje jak ktoś się do mnie tak zwraca, czuję się jak nestorka rodu. Jaka tam ze mnie Matka! Ludzie! Hallo! Mam 20 lat!!  Przełykam jednak tą “Mataji Kucharkę” i słucham dalej… i uszom nie wierzę… “Czy Mataji Kucharka mogłaby nie dodawać przyprawy do piernika do kitri?” ( to o moim cynamonie i gałce muszkatałowej w kitri!) “Czy Mataji Kucharka mogłaby nie wsypywać proszku do pieczenia do picia?” (to o mojej wanilii w herbacie!!) “Czy Mataji Kucharka mogłaby nie robić czapati na drożdżach?” (to o moich pittach!). I wreszcie- “Czy Mataji Kucharka mogłaby przestać gotować te wszystkie inne dziwne potrawy na śniadanie?” (to o moich wielkich odkryciach kulinarnych!!!). “Chcemy tego co zawsze. Kitri i czapati- nic więcej nic mniej. Prosimy pokornie Mataji Kucharkę o zaprzestanie na nas swoich kuchennych eksperymentów”.

       Przez chwilę mnie zatyka ale potem wybucham z siła 20 letniego kobiecego wulkanu. “Po pierwsze- nie jestem żadna “Mataji Kucharka”!!! Po drugie- zupełnie się nie znacie na tym co dobre! Po trzecie – Co wy tam wiecie o wielkim świecie i gotowaniu!  Po czwarte mam już dość tego waszego kitri i tego codziennego wałkowania 200 placków. Będę gotować jak zechcę lub wcale. Koniec!”

IMG_9400-horz

        Od tego dnia idę  z mnichami na wojnę. Wiem, że muszę stosować się  do wytycznych jadłospisu i słuchać przełożonego oraz całej społeczności. Muszę -więc to robię, ale… pozwalam sobie na drobne uszczypliwości. To jest moja  kulinarna zimna wojna.  Jednego dnia przesolę kitri, drugiego dnia je przypalę, trzeciego dodam za dużo chili. Chcieliście kitri  TO JE MACIE!  Nie smakuje? Dlaczego? Wszystko zgodnie z procedurą. Teraz na każdej poniedziałkowej naradzie wysłuchuję niezadowolonych głosów. Sprawa zaczyna balansować na ostrzu noża i pewnie skończyłaby się dla mnie bardzo nieciekawie, gdyby nie jedna starsza wspaniała mniszka.

      Kulangana (tak jest jej na imię) przyjeżdża któregoś dnia z Londynu. Mieszka od 30 lat w tamtejszej słynnej krysznaickiej świątyni nazywanej -Bhaktivedanta Manor (budynki pod świątynię zostały podarowane przez Johna Lennona  i Georga Harrisona- więcej tutaj). Przez wszystkie te lata Kulangana jest świątynną kucharką, jak ja teraz. Tylko, że ona jest wybitna w tym co robi- po wyrabiane przez nią i sprzedawane w przyświątynnym sklepie indyjskie słodycze ustawiają się długie kolejki. Kulangana jest z pochodzenia Polką i od czasu do czasu odwiedza tu swoją rodzinę. Zatrzymując się przy okazji na parę dni we Wrocławskiej świątyni. Tak się składa, że jest świadkiem jednej z poniedziałkowych narad a potem wieczorem wysłuchuje moich żali i łez związanych z tym “jak to mnie, WSPANIAŁEJ KUCHARKI,  nikt tutaj nie docenia”.

       Nie podziela mojego oburzenia, pociesza tylko i pozwala się wypłakać. Potem siada naprzeciwko mnie i powoli tłumaczy: ” Spróbuj ich zrozumieć. To w większości jeszcze młodzi chłopcy, którzy postanowili zmienić swoje życie i walczyć z pokusami tego świata. Żyją w celibacie co w ich wieku jest wielkim wyzwaniem. Mieszkają w prosty sposób i nie posiadają prawie nic. Próbują odwiązać się od materialnych rzeczy i wprowadzać w swoje życie duchowe wartości.  To jest dla nich ciągła walka:  z pożądaniem, ze zmysłami, z  umysłem podszeptującym im coraz to nowe pokusy. Orężem w tej walce są dla nich medytacja, modlitwa i studiowanie filozofii. Ale to nie wszystko. Równie ważne są: ciężka praca, stałość i prostota. To kitri  którego bronią jak lwy jest uosobieniem tych wartości. Oni nie chcą przez cały ranek zamiast skupiać się na modlitwie- medytować o tym co będzie na śniadanie. Chcą nauczyć się kontrolować swoje ciało i umysł- a to bardzo trudne.  Prosty ale pożywny posiłek im w tym pomaga. Nie walcz z nimi, przyjmij to z pokorą, pomóż  im. Jesteś tu po to aby im służyć a nie po to aby oni jedli i chwalili twoje “wspaniałe dzieła kulinarne”. Gotowanie to służba- nie show z Tobą w roli głównej- uwierz mi, robię to od 30 lat. Zmień swoje podejście a zobaczysz, że wszystko się ułoży.”

       Tłumaczy i przekonuje, argumentuje i wyjaśnia, dyskutuje i pociesza tak długo aż w końcu do mnie dociera. Dzięki Ci Panie Boże za starsze mądre kobiety,myślę. Ta tutaj, jest dopiero od 2 dni a już zdążyła zrozumieć i pokochać tych wszystkich chłopców jak własnych synów. Oto ktoś, kto naprawdę zasługuje na miano MATA-JI. Postanawiam spróbować i zastosować się do rad Kulangany. Jest w jej słowach moc kogoś kto przeszedł tą samą drogę na której ja utknęłam teraz. Nie jest łatwo, ale nikt nie obiecywał, że łatwo będzie. Nie poddaje się jednak. Próbuję i próbuję i w końcu następuje przemiana.

       W moich zewnętrznych czynnościach nie zmienia się nic, zmienia się tylko to co w sercu. Jak zwykle wstaje o 4 rano, biorę prysznic i zaczynam dzień porannym spacerem po pustych ulicach Wrocławia. Kiedy w świątyni rozpoczynają się pierwsze nabożeństwa ja zaczynam swoje rytuały w kuchni: umyć i pokroić warzywa, przebrać ryż i usunąć z niego zanieczyszczenia, namoczyć fasolkę mung, utłuc przyprawy. Połączyć to wszystko i stworzyć idealne w swojej prostocie kitri, takie same jak wczoraj, takie same jak jutro, takie same jak przez następne dni i miesiące. Kiedy mnisi siadają do mantra-medytacji – ja zaczynam swoją w kuchni: ulep kulkę z ciasta, posyp mąką, rozwałkuj na cieniutki placek, połóż na rozgrzanej patelni, obróć, przenieś nad ogień, pozwól urosnąć, posmaruj masłem, włóż pod ściereczkę aby nie wystygły. I tak co najmniej 200 razy, krok po kroku, cały czas to samo: blat, wałek, patelnia, ogień, blat, wałek, patelnia, ogień. Włóż w to serce, skoncentruj się, niech każdy placek będzie doskonały, taki sam jak poprzedni, taki sam jak następny. Niech będą identyczne jak drewniane korale medytacyjne nanizane na sznurek.  Obracane w palcach dotąd- aż staną się idealnie gładkie i okrągłe.  Jesteś TU i TERAZ. Jesteś sługą. Robisz to dla innych, nie dla siebie.  Oto twoja modlitwa. Oto twoja  MEDYTACJA…

       Te pół roku kuchennych medytacji okazało się największa lekcja pokory jaką przeszłam w swojej “kulinarnej karierze”.  Cieszę się, że przydarzyła mi się na samym jej początku. Dzięki niej wjechałam na właściwe tory i nauczyłam się jaka jest właściwa postawa. Bóg mi świadkiem, wiele razy z tych torów jeszcze w życiu zbaczałam na manowce -dumy, zarozumialstwa, arogancji i wyimaginowanej kulinarnej sławy. Za każdym razem jednak mogłam wrócić do tych paru prostych lekcji których nauczyłam się we Wrocławiu:

1. Bycie kucharzem to przede wszystkim służba.

2. Stałość jest cnotą a trening czyni mistrza.

3. Gotuj sercem i słuchaj  tych dla których gotujesz

oraz…

4. Nie biegaj nocą po ulicy w stroju wyglądającym na piżamę !!!

IMG_9335-tile

       Wielokrotnie w moim późniejszym życiu przekonałam się, że te pół roku było “po coś”. Wyjeżdżałam z Wrocławia pogodzona ze sobą, z największą dawką pokory w sercu jaką udało mi się zgromadzić kiedykolwiek w życiu. (Ci którzy znają mnie osobiście- wiedzą, że pokora nie należy do moich cnót przewodnich). A kulinarnie? Cóż . Wbrew pozorom okazała się to bardzo duża inwestycja. W większości kuchni, których przyszło mi przez następne 20 lat życia gotować, (nie miało znaczenia czy tych ekskluzywnych czy np. tych pod gołym niebem Bengalu)  wyznawano zasadę- “pokaż mi swoje kitri a powiem Ci jakim kucharzem jesteś”. Potrawa ta stała się moim przyjacielem i była (oraz jest do dzisiaj) najczęściej gotowanym przeze mnie codziennym posiłkiem.

     Mój guru, którego osobistym kucharzem byłam przez parę dobrych lat, potrafił miesiącami żyć tylko o kitri. Dlaczego?- Bo kitri,  odpowiednio przyrządzone, jest jednym z tych zdrowych i prostych dań, które nie nudzi się szybko. Jeśli miałabym wybrać jedną potrawę którą musiałabym jeść przez całe życie- wybrałabym kitri. Jest bardzo syte a przy tym naprawdę pożywne. W Bengalu często bywa pierwszym posiłkiem, które dostaje niemowlę jako stały pokarm. Żółta łuskana fasola mung, jest bardzo trudna do kupienia w polskich sklepach, można ją jednak dostać w internecie np. tutaj (w tym sklepie kupicie też przyprawy potrzebne do ugotowania kitri). Nie przypomina w smaku zielonego mungu, jest od niej delikatniejsza, o lekko orzechowym aromacie. To moja ulubiona fasolka- bardzo lekko strawna, delikatna, pyszna. Niczym nie przypomina jakiejkolwiek znanej w Polsce fasoli. Kitri gotowane z dodatkiem żółtego mungu jest kremowe i rozpływa się w ustach. Polecam bardzo. Jeśli musicie żółty mung czymś zastąpić to użyjcie dobrze rozgotowanego żółtego grochu w połówkach (nie moczonego przed gotowaniem) lub czerwonej czy żółtej soczewicy.

Zachęcam do ugotowania kitri, jest pyszne a przepis sprawdzony przeze mnie niezliczona ilość razy. Mam właśnie 45 lat i od dawna przestało mi się wydawać, że o gotowaniu wiem wszystko. Kitri potrafię jednak ugotować dobrze, tak samo jak czapati- ale o nich już następnym razem.

53 Komentarzy Kitri, Kichari

  1. Ala

    Kinga , jaka świetna ta opowieść , ja raz się śmiałam, raz wzruszałam
    KITRI chętnie zrobię bo zdjęcia takie mega smaczne ,ach , jak ty to potrafisz czarować fotami

    Odpowiedz
      1. Kinga GreenMorning.pl

        Ala, a jesteś wydawcą i chciałabyś wydać moją książkę?

      2. Ala

        niestety nie 🙁
        wiesz ja nawet pisałam do kilku wydawnictw w Polsce w sprawie książki po polsku Laksmi i ….nic 🙁

  2. Agata

    Witam,
    dziękuje za ten przepis – na pewno spróbuje ugotować. Już żałuję, że nie mam wszystkich potrzebnych składników bo właśnie gotowanie zup sprawia mi dużo frajdy – czuję się wtedy jak czarownica stojąca nad kotłem i dodająca w ustalonej kolejności szczyptę “jednego” i szczyptę “drugiego” w oczekiwaniu na “magiczny” efekt 🙂

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Na lekcjach eliksirów w Hogwardzie miałabyś pewnie piątkę i była ulubienicą Profesora Snape-a 😉

      Odpowiedz
  3. Bea

    I tak oto w zwykly niedzielny poranek przenioslas mnie w w inny swiat ta niezwykla historia 🙂 dziekuje 🙂 I juz nie moge sie doczekac kiedy zrobie KITRI!

    Odpowiedz
  4. MaleKulinaria

    uwielbiam Twojego bloga- ja tu odpoczywam:) piękna historia ucząca życiowej pokory; jeśli kiedyś wydasz książkę- z pewnością ją kupię. Pozdrawiam serdecznie,

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Witam serdecznie i cieszę się, że dobrze się czujesz na GreenMorning. Twój komentarz “made my day”. DZIĘKUJĘ!

      Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Tak, nawet się z nimi trochę zakolegowałam i jak mieli nocny dyżur i patrolowali moją ulicę o 4 nad ranem to mnie podwozili za każdym razem do świątyni.

      Odpowiedz
  5. olimpia34

    Wieki nie gotowałam i nie jadłam kitri. Już zamówiłam potrzebne składniki i choć sama gotowałam kitri wiele razy to zawsze właśnie jako potrawę jednogarnkową. Bardzo podoba mi się pomysł z miksowaniem fasoli i gotowaniem warzyw na parze. Ja swoje pierwsze kitri jadłam ugotowane przez człowieka o imieniu duchowym Mantreswara i to On nauczył mnie jak je gotować. Pamiętam, że kiedyś na festiwalu pod Gdańskiem gotowaliśmy kitri dla 1500 uczestników festiwalu i było to jedno z moich większych wyzwań kulinarnych:-) o ile nie największych! Kitri więc nie jednego nauczyło pokory:-). Serdecznie pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Olimpia- czy to ten Mantrśwara, który prowadził potem piekarnię w Darłowie? Jeśli ten- to miałaś wspaniałego nauczyciela. Moim największym wyzwaniem z kitri (oprócz tego opisanego w dzisiejszej historii) była próba ugotowania go w wielkim woku zawieszonym nad ogniskiem w środku dnia w żarze lejącym się z afrykańskiego nieba. Mieszanie łyżką wielkości wiosła jest tylko zabawne przez pierwsze 5 minut. Potem żałujesz, że nigdy nie trenowałaś kajakarstwa.

      Odpowiedz
      1. olimpia34

        Tak to ten sam i jedyny:-) Mantreś:-).
        Ja bym nie dała rady ugotować kitri w woku, w takich warunkach, podziwiam:-)

      2. olimpia34

        Właśnie zajadam się Twoją wersją kitri:-), jest przewspaniała, delikatna, kremowa normalnie niebo:-). Dziękuję:-)

  6. vege - Danka

    Cudowna historia! Muszę zmobilizować się, aby spróbować ugotować kitri. Brzmi fantastycznie, zdjęcia zachęcają i kuszą, ale ja jestem raczej antytalent. Najlepiej, żeby potrawa zawierała 2-3 składniki i ew. 2 przyprawy… Podziwiam (jak zwykle) i pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Pani Danusiu, ja też nie jestem wielki talent kulinarny. Ale proszę pamiętać, że trening czyni mistrza. 🙂

      Odpowiedz
  7. Ania

    – Mamo co czytasz?
    – historie która napisała Ciocia Kinga…
    – to Ona takie ciekawe pisze ze aż uśmiechasz sie do siebie;-)))

    Wspaniała opowieść, zdjęcia bardzo smakowite, a składniki na zupę zamawiam.
    Lecę czytać dalej, bo mam zaległości ….

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Ania, zadzwoń to Ci powiem co warto jeszcze w tym sklepie zamówić. Mają tam wiele ciekawych rzeczy łącznie ze świeżymi indyjskimi warzywami.

      Odpowiedz
  8. Betty Jo

    Although I can’t read your blog, except for the title, I just wanted to tell you I love it! Your photography is incredible. I stumbled on your photos on Flickr and followed the links to here. I’m revamping my own blog into a food blog. I also just got a Canon 50mm f1.4 lens and was looking for examples of food shots taken with the lens, and that is what led me to Flickr and to your photos. I’m in the midst of a physical move so can’t do much more on my blog until I’m settled again, but you have so inspired me to continue to learn better photography. Thank you!! I pray your blog will soon be in English. ♥

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Betty, thank you for your message. Wish you all the best with your blog. You made the best choice ever with the lens for foodphotography- congratulation.

      Odpowiedz
  9. ANETA

    Tak mnie zafascynowały te zdjęcia, że w weekend, jak już trochę będzie więcej czasu, spróbuję zrobić moje pierwsze Kitri, nie potrafię sobie wyobrazić jego (jej?!) smaku, ale jak wszystko dobrze pójdzie to mam nadzieję, że będzie tak samo niesamowicie smakowało, tak jak wygląda. Mam pytanie dot. przypraw – tych nietypowych, czy można je dostać np. w sklepie ze zdrową, ekologiczną żywnością, czy już raczej od razu nastawić się na zamówienie???

    Pozdrawiam cieplutko znad morza!
    🙂

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Aneta, zamawać od razu w jakimś internetowym sklepie. Koniecznie kup fasolkę żółtą mung, kminek indyjski mielony (jerra), i asofetidę (koniecznie- obiecuję, ze wykorzystasz ją ze mną do dna) . Sklep do którego linkuje jest tani i ma wszystko świeże (kupuje tam w realu). I na pewno ma dobrą asofetidę musi być taka w żółtym pudełeczku firmy Vadevi tylko taka jest dobra. Jak będziesz tam robiła zakupy to kup od razu czarną sól (kala namak) bedę wkrótce podawac parę przepisów z jej użyciem. I jeszcze od razu prostuje, że ten sklep mi za to nie płaci, ze go polecam. Nawet o tym nie wiedzą. Kitri smakuje jak pomieszanie jajecznicy z dobrze przyprawioną zupą z dyni- to jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy- choć nie wiem czy brzmi do końca apetycznie 😉

      Odpowiedz
      1. Kinga GreenMorning.pl

        I jeszcze mają tam najlepsze świeże zielone chili, prosto z Indii, można poprosić chyba, żeby dołożyli do zamówienia 2-3 szt.

  10. alucha

    Trafiłam tu przez Olimpię. Zaginęłam na dobre w Twojej opowieści. Mądra i piękna.
    Nie pozostaje mi nic innego jak zrobić kitri i uczyć się cierpliwości… 🙂

    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

    Odpowiedz
  11. Łucja

    Trafiłam do Ciebie dzięki Olimpii 🙂 i zostaję na stałe! ostatnio miałam okazję poznać kilka dań kuchni indyjskiej i będę próbowała przygotować je w domu! Twój blog z pewnością będzie dla mnie wielką inspiracją i nauką ! Pozdrawiam, Łucja !

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Łucja, indyjska kuchnia tylko na poczatku wydaje się skomplikowana. Potem okazuje się, zew tym całym zamieszaniu przyprawowym da się połapać. Życzę powodzenia.

      Odpowiedz
  12. Ewa

    Trafiłam przypadkiem..i dziękuję,bardzo bardzo dziękuję.Zacznę od tego że tak jak Ty jestem wegetarianką od 15 roku życia i tak samo musiałam sobie sama gotowac od 1 dnia na nowej ścieżce życia. Ale to mi bardzo pomogło, doceniam tą moją samocdzielnosc zwłaszcza teraz kiedy ofiarowuję swoje potrawy,a żyję w rodzinie nie-wielbicieli. Gotowanie to moja miłośc, gotowanie dla Kryszny, to coś jeszcze większego ale nie potrafię znalezc takich słów żeby to opisac. Kiedy pierwszy raz przyjechałam na tour do Indradyumny Maharaja , to było krótko po tym jak pierwszy raz spotkałam Krysznaitów, moją pierwszą służbą było kulanie kofty 🙂 Ta kuchnia kojarzy mi się głównie z wielbicielkami z Ukrainy które samosy mogły by robic z zamkniętymi oczami i których kartoszki opływające w masło podbijają serca każdego. Wspaniale jest obserwowac je przy pracy. I tak już pozostało, jeśli jadę na jakis festiwal to proszę o służbę w kuchni, co tydzień w świątyni podwarszawskiej przygotowuję warzywa dla kucharza który gotuje ucztę. Przyprawy indyjskie to dla mnie czysta magia i moim marzeniem jest poznac je , ich zastosowanie, sposób łączenia z innymi przyprawami. Ahhh..wspaniałe jest też to że tak naprawdę ludzi poznaję gotując z nimi, pomagając im wypełniac swoją służbę.To podczas tych godzin spędzonych w zaparowanej,pachnącej kuchni słyszę najpiękniejsze, najbardziej inspirujące historie które przypominają mi dla kogo tak naprawdę robimy to wszystko. To tam zawiązują się wspaniałe znajomości i poglębiają przyjaźnie. Kiedy czytam Twoją opowieśc o początkach w kuchni świątynnej ,czuję że i ja mogłabym coś takiego przeżyc, Tak jak Ty na początku, ja też mam duże braki pokory, ale gotując ze wspaniałymi kucharzami,którzy dedykują całą swoją pracę Krysznie oraz Jego wielbicielom, wiem że należy przyjąc ich za nauczycieli, gdyż oni przeszli tą drogę, którą opisujesz w tak barwny sposób.Moim pragnieniem jest uczyc się tej magii gotowania od takich osób jak Ty. Obserowac, słuchac,cwiczyc…odczarowywac na nowo. Kiedy dostałam od przyjaciółki stos archiwalnych numerów Dziennika Nama-Hatta, rubryka z Twoimi przepisami przyciągała mnie jak magnes,nawet bardziej niż ta poświęcona Śrila Prabhupadzie (csiii) Zawsze wtedy myślałam,że to taka wspaniała służba,połączona na pewno z wielką dawką miłości i pasji do gotowania, Dziękuję Ci jeszcze raz za ten blog,te opowieści,za to że jesteś taka otwarta i odkrywasz tą magię przed innymi :)) Mam nadzieję, że znajdzie się dobra dusza ,która wyda Twoją książkę, to by było naprawdę wspaniałe!

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Oj Ewa, poczułam się jak prawdziwa starsza MATA-JI 😉
      Dziękuję za piękny komentarz.
      Wiesz? Może przyjdę którejś niedzieli poobierać z Tobą te warzywa. Dobrze mi to zrobi na przypomnienie sobie “co to znaczy być kucharzem”.
      Do zobaczenia w takim razie- mam nadzieję- wkrótce 🙂

      Odpowiedz
  13. Czerwony Smok

    Widziałam ostatnio tą fasolkę w raju, czyli sklepie z azjatyckimi produktami 😀

    Mam tylko pytanie, czy kitri można odgrzewać, czy straci przez to jakieś swoje właściwości?

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Pewnie jak każda zupa za dużo razy odgrzewana straci wartości odżywcze ale nie bardziej i nie mniej niż każda zupa. Jedyne co warto wiedzieć to- to, że kitri z czasem będzie bardzo gęstniało i lekko zmieniało swoją konsystencję. Na zdjęciach w miseczce jest kitri świeże, w garnuszku już kitri po paru godzinach i widać różnicę gołym okiem, bo w garnuszku układa się “z czubkiem” a w miseczce jest płaskie. Ja lubię kitri bardz rzadkie o konsystencji zupy- dlatego kiedy je podgrzewam dodaje dodatkowo za każdym razem wody, są tacy, którzy lubią kitri gęste- takie, że da się w nim postawić łyżkę (wtedy łatwiej je jeść rękami- jak to robią w iIndiach) i właśnie taką konsystencję moje kitri ma kiedy wystygnie. Mam nadzieję, że pomogłam a nie zagmatwałam jak to ja potrafię.

      Odpowiedz
  14. Czerwony Smok

    Pomogłam 😀
    Chodziło mi bardziej o utratę walorów smakowych 🙂

    Popełniłam właśnie kitri na bazie grochu – świetne! I wpisuje się w moją fazę odkrywania kminu rzymskiego 😀

    Odpowiedz
  15. dederka

    Dziękuję za podzielenie się tą historią, bardzo pięknie napisałaś o tym, jak ważna w kuchni jest odpowiednia perspektywa. Muszę sobie częściej o tym przypominać.

    Odpowiedz
  16. Marta

    Piekna historia. Ja kitri nigdy nie gotowalam chociaz kuchnia indyjska jest u nas codziennie. Ale moj maz, ktory pochodzi z Indii, gotuje nam kitri zawsze jezeli zdrowie nam szwankuje. Mowi,ze to taka potrawa dla chorych- bo delikatna , pozywna i sycaca:) Gotuje to danie troche inaczej ale wyglada podobnie jak na Pani zdjeciach. Polecam, bardzo pyszne.

    Odpowiedz
  17. ks. Szymon Niemiec

    Wprawdzie pochodzimy z innych ścieżek duchowości, ale Twój opis nauki pokory i odnajdywania radości w prostocie smaków był dla mnie wspaniałym przeżyciem. Jakbym czytał o swoich początkach na drodze do kapłaństwa.
    Pozdrawiam serdecznie i oczywiście subskrybuję blog.

    Odpowiedz
  18. Marzena

    Taki deszczowy jesienny poranek. Zajrzalam na Twoj blog szukajac czegos co mi sie przypomnialo. Nie znalazlam, bo oczywiscie sie zatrzymalam czytajac wszystkie inne wpisy po drodze… 😉
    Kingus, usmialam sie do rozpuku!!! Przypomnialymi sie stare czasy wroclawskie…heh! Magiczne byly. Pieknie ze sie podzielilas swoimi doswiadczeniami w taki sposob; niektore z nas (my) myslalsmy ze niektorym z Was wszystko przychodzi tak latwo.
    Ah, pamietak twoje kitri, ktore nie mialo sobie rownych! Uwiezcie mi,te kitri byly najlepsze pod Sloncem!
    Pozdrawiam serdecznie. I wlasnie- pora skombinnowac jakis jesienny obiadek 😉 A moze jakies danie jednogarnkowe? Np. kitri…?

    Odpowiedz
  19. Malgoska

    przypalilam fasolke, buuu, ale i tak zrobie to danie. nawet jezeli nie wyjdzie doskonale to i tak nikt w rodzinie nie wie jak powinno smakowac hihi

    Odpowiedz
  20. Marcin

    pyszne! pyszne! Cała moja rodzinka sie zajada. A zapiekany panir własnej produkcji jako “grzanka” to poezja. Polecam

    Odpowiedz
  21. Alicja

    Witaj, Kitri wg. Twojego przepisu robię drugi raz, tym razem jednak bez blendowania fasoli. Poprzednim razem wyszła cudownie – smakowała zarówno mnie jak i moim przyjaciołom.

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Bardzo się cieszę, że smakowało. Narobiłaś mi smaka, jak tylko zelżeje ten upał gotuję kitri.

      Odpowiedz
  22. Joanna

    Och, właśnie trafiłam na Pani blog i się zachwyciłam! Szukałam tylko przepisu na kitri a dostałam w bonusie cudną historię, z nerwem opowiedzianą…
    No ja trzymam kciuki za książkę – i gdyby to był koncert życzeń to napisałabym, żeby to nie była książka kucharska tylko książka o życiu okraszona przepisami.
    Zostaję stałą bywalczynią tego miejsca w sieci. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Odpowiedz
    1. Kinga GreenMorning.pl

      Witam Joanno na GreenMorning. Rozgość się i poczuj jak u siebie w domu. Już nas tu dużo przy wspólnym stole ale właśnie się dla Ciebie posuwamy i robimy miejsce. Książka może kiedyś będzie ale to raczej na emeryturze i dokładnie taka jak opisujesz. Jeśli masz ochotę poczytać więcej takich historii jak w powyższym poście zapraszam do zakładki przepisy i tam na dole jest dział “do poczytania” a w nim wszystkie wpisy z ciekawymi historiami. Miłej lektury.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *