Właśnie trwa sezon na kwiaty jarmużu. Mają je w ogrodzie tylko ci, którzy nie zjedli całego jarmużu zimą (co jest nie lada wyzwaniem!). To, że kwiaty jarmużu są pyszne odkryłam zupełnie niedawno czyli w zeszłym roku. Jakimś cudem został mi w ogrodzie po zimie jeden samotny krzak jarmużu a raczej resztki krzaka z paroma pozostawionymi na czubku listkami. Nie wiem dlaczego go nie wyrwałam podczas wiosennych porządków o ogrodzie? W każdym razie został i stara łodyga wraz z pierwszymi ciepłymi dniami wiosny zaczęła się pokrywać od nowa małymi listkami (przepysznie delikatnymi w porównaniu nie tylko do starych zimowych ale i do zupełnie młodych które kiełkują z nasion późną wiosną). To był już wielki plus- mieć świeżą delikatną zieleninę w ogrodzie zanim się posiało cokolwiek w tym sezonie.
Potem na przełomie kwietnia i maja krzaki strzelają łodygami w górę i najpierw pojawiają się na nich malutkie zielone pączki, które bardzo szybko – bo w ciągu zaledwie paru dni zamieniają się morze małych żółtych kwiatuszków. Kwiaty (tak samo jak liście) jarmużu są jadalne i są pyszne. Mnie najbardziej jednak smakują kiedy jeszcze są zielonymi pączkami. Są wtedy delikatne, chrupiące i słodziutkie. W smaku przypominają mi trochę brokuły, trochę szparagi a trochę same liście jarmużu, mają lekko orzechowy smak. Kiedy pączki rozkwitają nabierają ostrzejszego posmaku. Wtedy bardziej przypominają rzodkiewkę lub rukolę.
Kwitnący jarmuż przypomina wyglądem kwitnące brokuły. Nie ma się czemu dziwić bo należą do tej samej rodziny roślin. I choć kwiatki obu warzyw można by pomylić wizualnie to moim zdaniem nie da się pomylić ich w smaku. Kwiaty jarmużu są wykwintniejsze i słodsze, po prostu pyszne. Mnie tak zasmakowały zeszłego roku, że posadziłam dodatkowych parę krzaków i oszczędzałam je przez zimę aby dotrwały do wiosny. Długo nie mogłam się doczekać ale oto nadszedł… ten jeden tydzień w roku kiedy na jarmużu są już pączki ale jeszcze nie zaczynają wszystkie rozkwitać jak szalone. Korzystam jak mogę jedząc te małe pyszne witaminowe bomby codziennie w sałatkach lub pochrupując prosto z krzaczków podczas pracy w ogrodzie( której ostatnio mam sporo bo się bardzo spóźniłam z sianiem i rozsadzaniem w tym roku). Mam parę pomysłów jakby kwiatów jarmużu użyć do innych dań, nie na surowo (np. do spaghetti primavera lub do zapiekanki warzywnej z gorgonzolą lub smażone w tempurze) ale za każdym razem jak się przymierzam to mi ich jakoś szkoda a raczej szkoda mi mnie, która wiosną pilnie potrzebuje dużej dawki witamin i zjadam je jednak na surowo.
A wy? Odkryliście już kwiaty jarmużu? Jeśli nie to musicie poczekać do następnej wiosny. Teraz przyszedł dobry czas na posianie jarmużu w ogrodzie, będzie dawał plony przez całe lato (można zrywać już malutkie listki do sałatek), jesień i zimę (jarmuż spokojnie zimuje pod śniegiem i zdarza mi się jego zamrożone liście przynosić do kuchni nawet jeszcze w lutym i gotować z nich różne potrawy) a potem następnej wiosny zastaniecie taki piękny widok w ogródku jak na moich dzisiejszych zdjęciach. Najpierw się nim pozachwycacie a potem schrupiecie go ze smakiem. Może w takiej sałatce jak moja? Polecam!
SAŁATKA Z KWIATAMI JARMUŻU
(z awokado, sezamem i rzodkiewkami)
2 garście kwiatów jarmużu (najlepiej nierozwiniętych pąków)
5 rzodkiewek
1 awokado
2 łyżki sezamu
garść orzechów nerkowca
2-3 łyżki twarogu (w wersji wegańskiej można pominąć)
oliwa z oliwek, sok z cytryny, sól, pieprz, wędzona papryka (do smaku)
1. Umyj i wysusz kwiaty jarmużu, łodygi połam na krótsze kawałki.
2. Rzodkiewki umyj i pokrój na cieniutkie talarki.
3. Awokado rozkrój na pół, wyjmij pestkę, obierz i pokrój w kostkę lub w cienkie plasterki.
4. Sezam upraż na suchej patelni do złotego koloru. Odstaw do wystygnięcia.
5. Orzechy upiecz w piekarniku (180’C) na suchej blaszce do złotego koloru. Wsyp do miseczki dodaj pół łyżeczki oliwy z oliwek, wymieszaj tak aby oliwa pokryła orzechy, wtedy wsyp do miseczki trochę soli i wędzonej papryki (jeśli lubisz) i znowu wymieszaj aby orzeszki pokryły się przyprawami.
6. Na talerzach układaj kawałki awokado i gałązki z pąkami jarmużu, posypuj orzechami, sezamem i plasterkami rzodkiewek. Dodaj pokruszony twaróg. Przyozdób rozwiniętymi kwiatkami jarmużu. Dopraw solą, pieprzem, sokiem z cytryny i oliwą z oliwek lub innym ulubionym olejem. Podawaj natychmiast.
Kwiaty jarmużu są jak szparagi- same łamią się we właściwym miejscu. Trzeba po prostu lekko uginać czubki łodyg na wysokości 5-7 cm. Gałązki pękną w takim miejscu, że w ręce zostanie nam mięciutka i chrupiąca część rośliny a łykowata część łodygi która dalej będzie produkować pyszne liście pozostanie na roślinie.
Najsmaczniejsze są nierozkwitnięte zielone pączki jarmużu. Wydają się być delikatniejsze i słodsze niż żółte kwiatki- te też są pyszne ale mają w sobie leciutką goryczkę- za to przepięknie się prezentują na talerzu.
Pozdrawiam Was bzowo. Czujecie ten aromat? Dla mnie to najwspanialszy zapach wiosny (wygrywa nawet z fiołkowym i konwaliowym). Całe moje studio pachnie bzem. Od samego rana kurs z przemiłą kursantką (fotografowałyśmy oczywiście bez) a po południu „randka” z aparatem i znowu bez w roli głównej jako model.
Na podwórku mojego rodzinnego domu rosło wielkie drzewo bzowe- stare jak świat. Ileż ja mam z tym drzewem w tle pięknych wspomnień- obiecuję Wam kiedyś o tym opowiedzieć. Kiedy? Jak już trochę zwolnię, jak pozamykam projekty, które teraz fotografuje. Przede wszystkim ten najważniejszy nad którym ostatnio intensywnie pracuję dla Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Fotografuje ich podopiecznych- organizacje, fundacje i spółdzielnie społeczne, których działalność jest związana z jedzeniem.
Zaledwie wczoraj byłam w Świętokrzyskim w przetwórni siostry Chmielewskiej. Tutaj bezdomni , których siostra wspiera budując dla nich domy i stwarzając im miejsca pracy wytwarzają cudne przetwory. Robią takie rarytasy jak: jarzębina w miodzie, konfitury z zielonych orzechów, musztarda pomidorowa, syrop z mniszka czy dżem gruszkowo-waniliowo-imbirowy. Wszystko można kupić spójrzcie tutaj w sklepie wysyłkowym. Zachęcam- są przepyszne.
W następnym tygodniu jadę do fundacji Kisz-Misz, która aktywizuje uchodźców. Stworzyła dla nich miejsca pracy w firmie cateringowej, gdzie można zamówić potrawy ze wszystkich stron świata. Podobno gotują nieziemsko! Kobiety z Gruzji, Senegalu, Czeczeni, Syrii- wykorzystują swoje talenty kulinarne i dostają możliwość startu w nowej polskiej rzeczywistości. Piękny budujący projekt.
Odwiedzę jeszcze (lub już odwiedziłam) niewidomych, którzy hodują pszczoły i sprzedają swój miód, Koło Gospodyń Wiejskich pod Siedlcami, które przekształciło się w spółdzielnię społeczną czy wegańska restaurację, która powstała w Warszawie przy ul. Kruczej, dzięki pasjonatom z fundacji Margines.
Moje zadanie w każdym z tych miejsc to wystylizować i sfotografować ich dania (czy produkty) w profesjonalny sposób oraz zrobić zdjęcia reportażowe pokazujące pracę tych niezwykłych ludzi. Fotografie posłużą do stworzenia specjalnego katalogu z cateringową ofertą tych wszystkich fundacji. Trafi ona do firm i ludzi biznesu i ma wyglądać w pełni profesjonalnie i najpiękniej jak to tylko możliwe. Postawiono więc przede mną wielkie wyzwanie, a ja z wielkim zaangażowaniem staram się mu sprostać jak najlepiej potrafię.
Obserwując tych wszystkich pracujących społecznie ludzi mam wiele ciekawych przemyśleń i dużo szacunku do tego co robią. Mam nadzieję, choć po części im pomóc użyczając swojego talentu i pasji do fotografii kulinarnej. Czegóż chcieć więcej od życia- robię to co kocham, zarabiam tym na życie a na dodatek mogę pomagać moją pracą innym. Czy może być lepiej?
Życzę Wam aby to co robicie zawodowo, przynosiło Wam dużo satysfakcji i miało głębszy społeczny wymiar. To bardzo budujące pracować w taki sposób. Życzę Wam też samych wspaniałych majowych chwil z bzowym aromatem w tle. Zakochajcie się tej wiosny! Koniecznie!
Moi Drodzy!
Uprzejmie informuję, że otworzyłam zapisy na moje indywidualne wakacyjne kursy fotografii kulinarnej. Najpierw poinformowałam kolejkę osób oczekujących (terminy przed wakacyjne skończyły się już jakiś czas temu) a teraz ogłaszam wszem i wobec, że cały czas zostało jeszcze parę terminów w sierpniu do wzięcia. Jeśli ktoś zainteresowany to zapraszam do wypełnienia formularza zgłoszeniowego w zakładce kursy.
Kiedy byłam na początku tego roku na Sycylii miałam okazję odwiedzić pierwszy raz w życiu awokadowy sad. Drzewa awokadowe są podobne do naszych drzew czereśniowych. W uprawach komercyjnych nie są bardzo wysokie, pozostawione same sobie i nie przycinane potrafią osiągać naprawdę duże rozmiary. Liscie są ciemnozielone , podłużne i dość grube tak jak u roślin zimozielonych, mogą osiągać rozmiary nawet do 20cm. Za to kwiatki zupełnie niepozorne, malutkie nawet nie centymetrowe w kolorze jasnozielonym. Owoce rosną na długich gałązkach, często zwisają w całych kiściach rzadziej pojedynczo. I znowu mam skojarzenie z czereśniami choć te gatunki nie są w żaden sposób spokrewnione. Awokado jest za to z tej samej rodziny co drzewo dające słynną wschodnią przyprawę- liście tejpat (zwane indyjskimi liśćmi laurowymi choć przypominają je tylko z wyglądu a w smaku są bardziej cynamonowe- lubię ich używać do indyjskich słodyczy ale o tym może innym razem). Uprawa, którą odwiedziłam leży na zboczach wulkanu Etna i należy do rolników zrzeszonych w grupie Incampagna a więc jest w pełni ekologiczna. Uprawiają tam głównie odmianę hass o podłużnych gruszkowatych owocach. Ale awokado potrafi mieć różne kształty- również jajka i zupełnej kuli. Tak samo pestki potrafią różnić się rozmiarami i kształtami w zależności od gatunku. Mnie najbardziej zauroczyły malutkie owoce awokado, które wyglądały zupełnie jak zwisające z drzewa… korniszony.
Owoce awokado są jak banany- dojrzewają na drzewach, jednak nigdy tam nie miękną. Robią to dopiero kiedy z drzewa spadną lub kiedy zostaną zebrane. Proces ten trwa około dwóch tygodni i można go skrócić lub wydłużyć sterując temperaturą przechowywania lub używając etylenu (gazu, który przyspiesza dojrzewanie owoców). Na odwiedzanej przeze mnie farmie nikt tego nie robi- owoce są zbierane dojrzałe ale twarde jak kamienie, tylko tyle- ile trzeba pod specjalne zamówienie klienta. Nie są nigdzie przechowywane lecz od razu transportowane do odbiorców (także do Polski!).
Dzieje się tak dlatego, że awokado jako jedne z nielicznych owoców mogą pozostawać dojrzałe na drzewach nawet parę miesięcy. Jest to niezwykłym błogosławieństwem dla rolników ponieważ nie muszą inwestować w wielkie chłodnie do ich przechowywania. Jak się dowiedziałam uprawa awokado nie jest bardzo wymagająca ale drzewa potrzebują odpowiedniej gleby i dobrego nawodnienia. Sezon na awokado trwa na Sycylii przez całą zimę aż do końca maja. Drzewa jednak nie są odporne na silne wiatry i mocne sycylijskie nawałnice potrafią powalać całe sady. Tak niestety stało się z ta uprawą, którą odwiedziłam na zboczach Etny. W jedno popołudnie po wielkiej burzy z gradobiciem rolnicy stracili 80% zbiorów :(((( Zanim to się jednak stało narwałam w tym przepięknym awokadowym sadzie cały kosz tych cudownych owoców aby je zabrać do Polski i obfotografować w swoim studio. Potem przez całe dwa tygodnie jedliśmy w domu tylko potrawy z awokado. Guacamole z kiszonymi ogórkami na pełnoziarnistych tostach okazało się być naszym rodzinnym hitem. Może i Wam posmakuje??
GUACAMOLE Z KISZONYM OGÓRKIEM
(najlepsze na tostach z kiełkami i solonymi pistacjami)
1 dojrzałe awokado
1 łyżeczka soku z cytryny
1 mały kiszony ogórek
1-2 łyżki wody z kiszonych ogórków
ząbek kiszonego czosnku
pieprz, sól i wędzona papryka do smaku.
10-15 szt. solonych pistacji
kiełki lucerny lub soczewicy
1. Awokado do guacamole musi być odpowiednio miękkie ale nie przejrzałe, tzn. musi być zielone (chyba, że to odmiana niezielona) bez żadnych plam a kiedy naciśniesz palcem na skórkę to poczujesz że owoc się ugina.
2. Przekrój awokado na pół, wyjmij pestkę, wybierz miąższ łyżeczką, skrop sokiem z cytryny, dodaj wodę z kiszonych ogórków i zmiksuj na gładką masą (jak najkrócej). Dosól i dopieprz do smaku.
2. Kiszony czosnek można kupić w dobrych warzywniakach ale ja używam po prostu takiego ze słoika w których kisiły się ogórki (z reguły po prostu go wyrzucamy razem z koprem a szkoda bo jest pyszny), trzeba go drobniutko posiekać i dodać do guacamole (jeśli nie macie można pominąć).
3. Kiszone ogórki drobniutko posiekać i wymieszać z pasta z awokado (lub pokroić w plasterki czy paseczki i wtedy podawać obok guacamole).
4. Pistacje wyłuskać drobno posiekać, kiełki porozdzielać.
5. Podawać guacamole na pełnoziarnistych tostach, z dodatkowymi plasterkami ogórka kiszonego, kiełkami i posypane obficie siekanymi pistacjami. Ja jeszcze posypuję wędzoną czerwona papryką. Pyszności!
Guacamole lepiej nie robić na zapas ponieważ pomimo wszelkich wypróbowanych przez mnie sposobów (przechowywanie z pestką, używanie soku z cytryny,plastrów cebuli, szczelne zamykanie) i tak prędzej czy później ciemnieje. Stąd mój dzisiejszy przepis jest na mała jednorazową porcję.
W nawiązaniu do mojego ostatniego wpisu na blogu, postanowiłam znowu znaleźć czas na randki z moim aparatem. Udało mi się to wczoraj, krótkie pół godziny ale jednak. Po raz pierwszy od 3 miesięcy robiłam zdjęcia- nie dla klienta, nie na bloga, nie do gazety, nie z kursantem. Fotografowałam po prostu dla przyjemności, z samej czystej frajdy uwieczniana rzeczy pięknych. Modelem był bukiet ślicznych różowych tulipanów, który we wtorek otrzymałam od przesympatycznej kursantki (Asiu, dziękuję bardzo). Całą środę stał na moim biurku i krzyczał „spójrz jaki jestem piękny!”. I w końcu nie wytrzymałam, pomyślałam sobie „A co mi tam, wszystkie te pilne sprawy mogą poczekać.”. Wzięłam aparat do ręki, bukiet do studia i… poczułam jak wraz z całym światem przyrody budzi się we mnie nowe, świeższe, lepsze. Wiosna!!! Przecudowna pora przemian.
Znacie to uczucie, kiedy czegoś bardzo, bardzo pragniecie i w końcu to Wam się przydarza? Na początku nie wierzycie, potem przez chwilę szczerze się cieszycie by po niedługim czasie zrealizować, że nowa sytuacja nie jest jednak tak wspaniała jak Wam się jawiła w marzeniach.
Cóż, taki właśnie jest ten świat- nie ma w nim sytuacji idealnych. Filozofowie wschodu nauczają, że znalezienie trwałego zadowolenia w połączeniu z nietrwałą materią graniczy z cudem. Oczywiście nie powstrzymuje to żadnego z nas aby jednak wciąż próbować to robić. Problem jednak w tym, że szukając szczęścia tam gdzie go nie ma z góry skazujemy się na porażkę. Nawet jeśli przez moment (dłuższy czy krótszy) wydaje nam się, że odnaleźliśmy wielki skarb- to po chwili (dłuższej lub krótszej) konstatujemy że kawałki pokruszonego szkła, które braliśmy za prawdziwe diamenty- niestety nimi nie są.
Dochodzi do tego jeszcze problem dualności otaczającego nas świata. Wszystko tu jest nietrwałe, przychodzi i odchodzi, zmienia się jak w kalejdoskopie. Szczęście- nieszczęście, ciepło- zimno, młodość-starość, zdrowie-choroba, ból- euforia, zadowolenie-smutek, sukces-porażka. Wahadło cały czas się porusza.
Od wieków jogini i mistycy (poprzez medytację i modlitwy) szukają sposobu aby znaleźć stan harmonii i pozostać niewzruszonym na dualność tego świata. Niewpadanie w euforię (lub depresję) za każdym razem kiedy wahadło odchyla się w jedną ze stron bardzo pomaga utrzymać stan równowagi i daje wewnętrzny spokój. A spokój wbrew pozorom ma więcej wspólnego ze szczęściem niż zdobywanie celów i pogoń za pragnieniami.
Hola! Hola!- zawołacie- Czy to nie Ty nas tutaj cały czas popychasz i inspirujesz żebyśmy się starali, gonili marzenia i nie poddawali, kiedy napotkamy przeszkody? Czy sama właśnie tego nie robisz- wyznaczasz sobie cele, starasz się je realizować, mieć aspiracje powyżej tego co daje Ci los???!
Otóż oczywiście- macie rację. Tak właśnie robię. Niestety coraz częściej, najpierw z wielkim smutkiem a potem z jeszcze większym zrozumienie konstatuje, że moje szczęście niestety nie zależy od realizacji marzeń (moich czy cudzych) oraz osiągania wyznaczonych celów. (No to wsadziłam kij w mrowisko!)
Spójrzmy jednak na mnie choćby teraz. Jestem w sytuacji wydawałoby się „idealnej”. Spełniły się moje marzenia. Moje hobby i pasja stały się moim zawodem. Dostaję dużo ciekawych propozycji. Robię to o czym tysiące osób marzy i do czego dąży. Mój kalendarz pęka w szwach, grafik mam wypełniony już do końca czerwca. Realizuję plany, o których nie śmiałabym kiedyś nawet śnić. Ale…
Jeśli mnie szczerze zapytacie, czy jestem przez to BARDZIEJ szczęśliwa (niż byłam zanim to osiągnęłam) z głębokim przekonaniem odpowiem Wam- NIE, NIE JESTEM.
Wcale nie oznacza to, że to co robię teraz, nie daje mi satysfakcji i że się pomyliłam wybierając zajęcie, w którym się nie spełniam czy nie realizuję. Uwielbiam robić to co robię teraz (tak samo jak lubiłam moją poprzednią pracę). Coraz częściej jednak są takie chwile w moim obecnym życiu kiedy po prostu brakuje mi czasu na fundamentalne potrzeby- refleksje i pomyślenia nad swoimi uczuciami. Przez ostatnie 2-3 miesiące tyle wyzwań przede mną i takie duże oczekiwania, tyle ludzi coś ode mnie chce, tak dużo mam do zrobienia, że czasami mam ochotę powiedzieć „A dajcie mi wszyscy święty SPOKÓJ”. I właśnie zaczęłam rozumieć, że spokój jest tym co zgubiłam po drodze do sukcesu. Wsiadłam na jakiegoś szalonego konia, co prawda niesie mnie niby w kierunku który sama obrałam, jednak w swoim galopie jakoś wcale nie zważa na to, że poobijał mi kości i porobił odciski i że jazda na nim wcale nie przynosi już tak wiele przyjemności.
Nagle zabrakło mi czasu dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół. Nawet zabrakło mi czasu na bloga (za co Was serdecznie przepraszam). Zgubiłam gdzieś po drodze to co najcenniejsze moją wewnętrzną harmonię i czas dla siebie.
Zrealizowałam to niedawno kiedy jechałam z synem do szkoły pewnego pięknego słonecznego ranka. „Super dziś pogoda, piękne światło. Pewnie będziesz fotografować?” spytał synek (mądre dziecko fotografa, które potrafi rozpoznać dobre do robienia zdjęć światło). A ja szybko robiąc bilans swoich obowiązków na ten dzień zrozumiałam, że mam tyle spraw do załatwienie, tyle maili na które muszę odpowiedzieć, tyle prezentacji do przygotowania i kontraktów do negocjacji i tyle innych „ważnych i niecierpiących zwłoki spraw” że czasu na fotografię mi już po prostu nie starczy. A nawet jeśli się tak stanie to będzie to robiony w pośpiechu kolejny projekt dla klienta. Że nagle zabrakło mi czasu aby się nad czymś uważnie pochylić, zachwycić tym i uwiecznić tego piękno na fotografii.
„Ot kapryśna księżniczka się znalazła” – powiecie. Dostała dar od losu i nie potrafi go docenić a tylko wybrzydza. Bycie człowiekiem sukcesu (nie mówię, że nim jestem) to takie poprawne w dzisiejszych czasach. Musisz odnosić sukces na tak wielu polach i do tego powinieneś być zadowolony, szczęśliwy, spełniony. Inna opcja nie wchodzi w grę.
Nie zastanawiało Was nigdy dlaczego większość tych słynnych ludzi sukcesu tylko w kolorowych magazynach wydaje się być szczęśliwa a jak spojrzeć na ich życie to jest ono pełne nałogów, uzależnień, problemów ze sobą i bliskimi? Czyż nie powinni być wdzięczni losowi, że mają tak wiele, tak wielki osiągnęli sukces i my malutcy patrzymy na nich i marzymy, żeby znaleźć się na ich miejscu. Dlaczego nie są szczęśliwi? My na ich miejscu z pewnością bylibyśmy.
Może po prostu dlatego, że sukces i szczęście najczęściej nie idą w parze. A co więcej – w żaden sposób od siebie nie zależą. Że zrobienie czegoś wspaniałego, osiągnięcie wielkiego celu, bycie podziwianym przez innych czy nawet miliony fanów na FB nie są żadnym gwarantem szczęścia. Szczęście jest schowane gdzie indziej i sztuką jest je odnaleźć i pielęgnować. Szczęście to stan naszego umysłu a nawet bardziej naszego serca i mniej zależy od osiągniętego sukcesu a dużo bardziej od naszego wewnętrznego spokoju. A spokój to nic innego – według filozofów- jak nie poddawanie się dualizmom tego świata.
Czy tego chcemy czy nie, ten świat a wraz z nim nasza sytuacja będą zmieniać się nieustannie (jak pory dnia czy roku). Dziś odniesiemy sukces- jutro porażkę, dziś nas będą kochać- jutro nienawidzić, dziś jesteśmy wyrocznią- jutro wszystkim wydamy się głupcem. Uzależnianie swojego stanu od tak zmiennego czynnika (na który na dodatek nie mamy zbyt wielkiego wpływu) jest po prostu nierozsądne. Tak twierdzą filozofowie wschodu i mają niezaprzeczalną rację. Łatwo to jednak tu napisać, dużo trudniej zrozumieć a jeszcze trudniej zrealizować i zastosować w swoim życiu. Wydawać by się mogło, że mnie, która zna tą mądrość od co najmniej 20 lat i której Guru i inne święte osoby cały czas o tym przypominają powinno być łatwiej. A tu proszę nic z tego. Po raz kolejny i kolejny konstatuje, że szukam szczęścia tam gdzie go znaleźć nie mogę bo go tam po prostu nie ma.
Dlatego coraz częściej zadaje sobie również pytanie- ile jeszcze razy będę musiała kaleczyć się kawałkami pokruszonego szkła, żeby w końcu przestać ulegać ich nieprawdziwej wartości? Kiedy w końcu uda mi się zrozumieć nauki mędrców i wyruszyć na poszukiwanie prawdziwych diamentów? A co ważniejsze jak i gdzie tych diamentów szukać?
Drogowskaz, który (wg. mnie) wskazuje w jedynym autentycznym kierunek tej drogi (przynajmniej tak mnie się coraz częściej wydaje) od wieków używany był przez rzesze świętych, mistyków i filozofów. Według nich diamenty znaleźć można li i jedynie w głębokim filozoficznym zrozumieniu że nie jesteśmy tym materialnym ciałem. Jesteśmy DUSZĄ, która z dualną materią nie ma za wiele wspólnego i dlatego nie potrafi znaleźć tu szczęścia. Odnajduje je dopiero kiedy wraca na swoją naturalną pozycję, którą jest … obcowanie z Bogiem.
Z takim odważnym i mało popularnym w dzisiejszych czasach stwierdzeniem zostawiam Was w ten deszczowy Wielkanocny poranek. Czy jest jakiś lepszy dzień w roku do rozmyślań nad tym problemem?
Zmierzcie się z nim sami bo ja idę właśnie po raz kolejny prostować drogi swojego życia. Tak żeby choć trochę zmierzały w … stronę kopalni diamentów. Wybaczcie więc jeśli mnie tu znowu dłuższą chwilę nie będzie. Kiedy tylko okiełznam i spowolnię narowistego konia, wyleczę pogruchotane kości i usunę odciski- wrócę. Obiecuję.
Zostawiam was z przepisem na zupę porową- jest pyszna. A czy ma coś wspólnego z dzisiejszymi przemyśleniami ? Może tylko to, że w całym moim ostatnim zabieganiu czekała aż 5 miesięcy żeby w końcu tu się dla Was pojawić. Zdecydowanie jej się należało.
600g pokrojonego w plasterki pora (może być z zieloną częścią)
5-6 średniej wielkości ziemniaków (pokrojonych w kostkę)
1 łyżka masła
3/4 szkl. śmietanki 18%
1/3 łyżeczki gałki muszkatałowej
1 małe dojrzałe awokado
garść listków młodej szałwii
10 dkg sera typu parmezan
sól, pieprz, sok z cytryny do smaku
1. W dużym garnku rozgrzej masło dodaj do niego gałkę muszkatałową zamieszaj i wsyp plasterki pora. Smaż pora przez 1-2 minuty mieszając od czasu do czasu na niedużym ogniu.
2. Dodaj ziemniaki, zamieszaj parę razy i zalej wszystko wodą tak aby wystawała parę centymetrów nad warzywa.
3. Gotuj do miękkości ziemniaków. Dosól i dopieprz do smaku.
4. Wybierz 2 chochle gęstszego z zupy i zmiksuj je na puree ze śmietaną, wlej z powrotem do zupy.
5. Podawaj zupę z kostkami awokado i utartym parmezanem, polaną odrobina soku z cytryny jeśli lubisz.
6. Posypuj drobno posiekanymi listkami szałwii. Możesz tez usmażyć całe listki na malutkiej ilości masła na patelni z obu stron i takimi udekorować zupę.
7. Pałaszuj z kromkami świeżego domowego chleba.
Jeśli chcesz aby część porów zachowała w zupie piękny zielony kolor. Zaraz po pokrojeniu zalej je wrzątkiem, pogotuj minutę, odcedź i przelej lodowato zimna wodą. Dodaj do zupy dopiero podczas serwowania.