Witam serdecznie moi Drodzy Czytelnicy. Wróciłam już z Sycylii gdzie fotografowałam dla In Campagna ale o tym innym razem (niebawem). Teraz mam dla Was małe zaproszenie, szczególnie dla tych ,którzy mieszkają na Wyspach Brytyjskich. Jakiś czas temu Lukas z PhotoWalkExpedition zaproponował mi zrobienie warsztatów fotografii kulinarnej w Dublinie. Ich firma organizuje fotograficzne wyjazdy do naprawdę ciekawych zakątków świata, zajrzyjcie tam koniecznie. Tym razem postanowili zorganizować jednak nie ekspedycję a warsztaty fotograficzne na miejscu (ze mną!).
W pierwszej chwili zawahałam się czy dam radę poprowadzić warsztaty po angielsku, bo to naprawdę duże wyzwanie nauczać w obcym języku. Ale po telekonferencji na skype okazało się, ze mój angielski jest wystarczająco dobry dla Irlandczyków więc… zamknęłam oczy, zatkałam nos i … skoczyłam na głęboką wodę. Irladio- Przybywam!
Jeśli ktoś z was ma ochotę na moje warsztaty w Dublinie 22 i 23 marca- serdecznie zapraszam, cały czas zbiera się grupa (nie będzie duża, maximum 12 osób). Zapowiadają się 2 dni bardzo intensywnego szkolenia. Pierwszego dnia teoria, drugiego fotografujemy w znanej dublińskiej restauracji „SoulFull Bistro”. Warsztatom patronuje Vegetarian Society of Ireland.
Wg. mnie kurs jest odpowiedni zarówno dla profesjonalistów jak i dla amatorów. Moja wiedza o kompozycji i stylizacji przyda się każdemu bez względu na jakim etapie swojej przygody z fotografią się znajduje. Zajęcia praktyczne będą wykonywane w małych podgrupach a to pozwala na dużą elastyczność i indywidualne podejście. Nie trzeba mieć nie wiadomo jak drogiego sprzętu fotograficznego- za to trzeba mieć wiele chęci i determinacji a wyjedziecie z tych warsztatów bogatsi nie tylko o wiedzę ale przede wszystkim zainspirowani aby praktykować jedną z najtrudniejszych a zarazem najbardziej fascynujących dziedzin fotografii- fotografię kulinarną.
Warsztaty mają bardzo przyzwoitą cenę, jeśli zdecydujecie się do końca lutego- zapłacicie tylko 332 Euro (za dwa dni). Wszystkie informacje nt. jak się zapisać i więcej szczegółów o warsztatach ZNAJDZIECIE TUTAJ.
To jak? Do zobaczenia w Dublinie???
ps. Dzisiejsze zdjęcia to ulotka PhotoWalkExpedition reklamująca warsztaty.
Stwierdziłam dziś kategorycznie- zdecydowanie coś ze mną nie tak!
Od paru godzin słucham piosenki z nowej płyty … !!!…!!!?… Ireny Santor.
A co gorsza…!? popłakałam się już chyba z 10 razy.
Albo to hormony (i początki menopauzy)?
Albo się starzeję?
Albo (co gorsza) jedno i drugie razem wzięte?
Istnieje też nikłe prawdopodobieństwo, że po prostu za dużo ostatnio pracuję (jak każdego zresztą grudnia) i że kiedy w końcu przyjdą święta a ja solidnie odpocznę- to… może mi przejdzie.
Oby!
Trzymajcie kciuki.
Nie, nie jestem fanką Ireny Santor. Nie, nie słucham takiej muzyki. Hej! Nawet jej za bardzo nie znam.
Jak każdy z mojego pokolenia wiem kim jest Pani Irena i że śpiewała „Już nie ma dzikich plaż” i „Pamiętasz była jesień”.
Hello! Ale tego słuchała moja babcia!
Aż tu dziś jadąc samochodem do pracy i słuchając ulubionej Trójki trafiłam na wizytę Pani Ireny u Marka Niedźwieckiego. Ta dama (kobieta do Pani Santor jakoś nie pasuje) ma ponad 80 lat i cały czas koncertuje oraz nagrywa nowe płyty. Ostatnią wydana w listopadzie, nosi tytuł „Punkt widzenia”. Dużo w niej utworów bardzo osobistych, o przemijaniu, o starości, o podsumowaniach życiowych.
Tekst do piosenki „Przeglądam się w lustrze” (właśnie tej, która wzruszyła mnie do łez) napisał Jacek Cygan. Wybaczcie, niestety choć spędziłam ponad godzinę w Internecie, nie udało mi się znaleźć dla Was linku do nagrania. Tym, którzy nie żałują paru złotych, na stronie Polskiego radia tutaj można ściągnąć sobie utwór za 2,99zł. (update z 13.01.2015- jedna z moich czytelniczek wstawiła piosenkę na youtube– Kasiu dziękuję). Dla reszty z Was -przepisałam tekst (trochę wybiórczo). Nawet bez pięknej aranżacji i głosu Pani Santor ma moc. Posłuchajcie, poczytajcie i napiszcie, błagam, że też Was wzruszył. Inaczej pójdę chyba po świętach do lekarza po jakieś tabletki na hormony.
Przeglądam się w lustrze
nie istnieje czas
Przeglądam się w lustrze
mam 20 lat
A lustro odkłada w swoich szufladach
Mój uśmiech jak słońce
i oczy płonące
i warkocze złote
na potem,
na potem…
(…)
Przeglądam się w lustrze
już istnieje czas
Przeglądam się w lustrze
mam 40 lat
A lustro odkłada w swoich szufladach
Mój uśmiech ciut gorzki,
mą sukienkę w groszki
szczęście pod powieką,
jestem w kwiecie wieku…
*
To co dane jest na chwile
jeszcze zdaje się na zawsze
płatki szczęścia jak motyle
nasza młodość i Mazowsze
To co dane jest na chwilę
Jest na zawsze, musi trwać
przez czas,
przez czas…
*
Przeglądam się w lustrze
jak się skurczył czas
Przeglądam się w lustrze
mam tak wiele lat
A lustro złe, wilcze,
tak nie chce przemilczeć
Tych kresek na czole
i oczu zmęczonych
I srebra na skroniach
A lata?
tak gonią…
*
To co miało być na zawsze
mija jak zapałki błysk
I co?
I nic.
*
I tu właściwie, moim zdaniem, można by postawić kropkę po pięknej puencie. Ale Pan Jacek nie kończy tu piosenki.
Jest jeszcze „Post scriptum”.
*
Przeglądam się w lustrze- cicho mówię doń
W Twych wielkich szufladach- moje skarby śpią
mój uśmiech jak słońce i oczy płonące
I warkocze złote- miały być na potem
Oddaj mi je błagam!
Nie odpowiada…
*
„Wiesz co Mamo?” – mówi mój synek, trochę zaskoczony moimi łzami. „To pewnie od tej pogody. Wczoraj była zima dziś prawie jak lato. Silne wiatry, ciśnienie skacze- uczyliśmy się ostatnio o tym na przyrodzie. To normalne. Przejdzie Ci!”
Pamiętacie mój urodzinowy konkurs? Laureatką została w nim Zuzia z bloga Chili, Czosnek, Oliwa. Wygrała darmowe warsztaty fotografii kulinarnej ze mną. Zuzia to bardzo uzdolniona młoda dziewczyna. Bloguje z wielką pasją i cały czas doskonali się w tym co robi. To jedna z tych niepozornych i skromnych osób, która nie robi wielkiego show wokół siebie. Za to mozolną pracą i determinacją dzień za dniem małymi kroczkami staje się coraz lepsza w tym co robi. Bardzo mi imponują tacy ludzie bo ja niestety sama taka nie jestem ( ale tym razem to nie o mnie!). W sumie spędziłyśmy z Zuzią już paręnaście godzin razem. Ostatnie spotkanie przeznaczyłyśmy na wspólne fotografowanie u Zuzi w domu. Poznanie warunków w których na co dzień pracuje mój kursant to dla mnie nie lada gratka. Dużo łatwiej wtedy coś doradzić, zrozumieć problemy i pokazać np. jak okiełznać światło. Można obejrzeć też „kolekcję gadgetów kulinarnych”, którą gromadzi, chcąc czy nie chcąc, każdy fotograf kulinarny. Można też po prostu przejść się po mieszkaniu i zupełnie świeżym okiem przybysza z zewnątrz wskazać na rzeczy, które aparat fotograficzny „pokocha od pierwszego wejrzenia”. (jak choćby ta piękna platerowana taca, która stanowi takie ciekawe tło dla ciecierzycy).
Kiedy wykonywałyśmy z Zuzią prezentowane dziś zdjęcia był chyba najciemniejszy dzień tego roku. Najchętniej, rozmawiając, siedziałybyśmy przy zapalonym świetle. Ale jak widać na „załączonych obrazkach” nawet małą ilość światła można wykorzystać jako atut. Choć zdjęcia to nasza „praca zbiorowa” za ich autorkę należy uznać Zuzię. Ona obsługiwała aparat, ja tylko lekko pomagałam stylizować a potem uczyłam jak je dobrze obrobić w post-produkcji. Wszystkie „ochy i achy” (oraz zażalenia) proszę więc kierować do NIEJ 😉
Zuzia, jak przewidywałam, okazała się pojętną i zdolną uczennicą. Czas jej poświęcony uważam za bardzo dobrze wykorzystany. Nasze drogi jeszcze się nie rozchodzą, choć wiem, że Zuzia w swoim „slowly but surely” tempie zajdzie bardzo daleko i bez mojej pomocy. Pomimo tego spotkamy się pewnie jeszcze nie raz, już bardziej jako partnerki niż „nauczyciel i uczeń”.
Konkurs urodzinowy i to czym zaowocował bardzo mi się spodobało. Oprócz Zuzi spotkałam się jeszcze z dwójką wyróżnionych osób. Była to Olimpia z bloga Pomysłowe Pieczenie i Aga z bloga Foodtowarmthesoul. Okazało się, że z obiema dziewczynami „rozumiem się bez słów” i gdyby mieszkały trochę bliżej (obie niestety mieszkają na Wyspach Brytyjskich) to zyskałabym dwie super przyjaciółki, z którymi nie tylko dzielę pasję fotograficzną ale i podobne spojrzenie na świat.
Ciekawe, kto weźmie udział i wygra w moim konkursie za rok? Już się nie mogę doczekać!
Jaką piękną jesień podarowała nam Matka Natura tego roku. Aż chce się żyć pełnią życia i jak najwięcej czasu spędzać na zewnątrz. Jesień to moja ukochana pora roku- szczególnie taka jak ta. Jest ciepło, jest kolorowo, jest bajecznie zielono- chwilo trwaj! Taka jesień pełna słońca to wymarzony czas dla fotografa. Przynajmniej ja spędzam wtedy więcej czasu nie w moim studio lecz na zewnątrz w ogrodzie lub jeszcze lepiej w pobliskim lesie. Październikowe, popołudniowe słońce jest miękkie i pięknie rozproszone. Koloruje moje zdjęcia niesamowicie nasyconymi barwami. Uwierzcie lub nie, ale zieleń prezentowana na dzisiejszych fotografiach jest autentyczna. Tak zobaczył ją mój obiektyw, nie musiałam już nic poprawiać w post-produkcji. Moje oczy namiętnie szukają zieleni każdej jesieni. Wiedzą, ze trzeba się nią cieszyć tu i teraz bo za chwilę zniknie. Najpierw będzie żółto, czerwono, pomarańczowo, złoto potem długo szaro-buro, następnie przez chwilę olśniewająco biało, by znów zmęczyć nas szarością i brakiem światła. Minie 6 długich miesięcy zanim znowu zobaczymy tyle różnorodnych odcieni zieleni wokół. Choć ja już w marcu będę wygrzebywać spod śniegu pierwsze zielone listki aby sfotografować je w moim studio.
Teraz jeszcze nie muszę, w moim ogrodzie pysznią się zieloną tęczą: jarmuż, szpinak, brukselka, resztki brokułów oraz wielkie główki włoskiej kapusty. Uprawiam kapustę po raz pierwszy i jestem zaskoczona, że jeśli jej nie dopilnuję i nie zerwę w odpowiednim czasie to „urodzi małe dziecko”- jak to pięknie określił mój syn. Spójrzcie zresztą sami poniżej. Te malutkie kapusty wyglądają jak kangurze dzieci wystawiające głowy z torby mamy. Niezwykle fotogenicznie- wybaczyłam im więc te „niespodziewane porody” tak jak wybaczyłam moim brokułom, że nie rosną tak wielkie jak te kupowane w sklepie za to namiętnie kwitną pięknym żółtym kwieciem.
W poszukiwaniu resztek zieleni jeździmy na rowerowe wycieczki, spacerujemy po okolicznych lasach i spędzamy tak dużo czasu w ogrodzie jak to tylko możliwe. Was też zachęcam. Upieczcie dzisiejsze pierożki lub/i inne smakołyki zapakujcie do koszyka i wybierzcie się na piknik. W nieznane, w poszukiwaniu zieleni. Jak już ją znajdziecie, napawajcie się jej widokiem jak najdłużej- musi Wam wystarczyć do następnej wiosny. Z pierożkami jest znacznie lepiej, jak się skończą można je upiec znowu i znowu. A są idealne na długie jesienne i zimowe wieczory. Spróbujcie koniecznie. Smacznego!
PIECZONE PIEROŻKI
(z kapustą, imbirem, kokosem i grzybami)
na ciasto: 100g miękkiego masła 3 czubate łyżki śmietany + do posmarowania 1,5 szkl. mąki + do podsypywania ( użyłam pół na pół mąki białej i „Pełne ziarno” Lubelli) 1/2 łyżeczki soli 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia 1/2 szkl. sezamu na farsz: 0,5 kg kapusty (około 1 litra po utarciu) 2 łyżki utartego świeżego imbiru 2 łyżki masła 1 łyżka oliwy z oliwek garść suszonych podgrzybków (w małych kawałkach) garść suszonych śliwek 2 liście laurowe 1 szkl. passaty pomidorowej 3 łyżki wiórków kokosowych 3 łyżki mleka kokosowego (lub kwaśnej śmietany) 1 łyżeczka soli
1. Kapustę umyj, osusz i zetrzyj na tarce o grubych oczkach.
2. W dużej patelni rozgrzej masło, dodaj imbir i smaż do czasu aż lekko się zezłoci. Dodaj kapustę i smaż kolejnych parę minut mieszając od czasu do czasu.
3. Dodaj, grzyby, śliwki,oliwę, liście laurowe, sól i 1/2 szklanki wody.
4. Gotuj pod przykryciem do miękkości kapusty.
5. Dodaj passaty pomidorowej i gotuj bez przykrycia aż farsz odparuje do odpowiedniej konsystencji.
6. Upraż wiórki kokosowe na suchej patelni do złotego koloru. Natychmiast dodaj do kapusty, pogotuj jeszcze 2-3 minuty. Ściągnij z ognia, wyjmij liście laurowe i wymieszaj farsz z mlekiem kokosowym lub śmietaną. Pozostaw do ostygnięcia.
7. W misce wymieszaj masło ze śmietaną na jednolita masę. Dodaj mąkę, proszek do pieczenia i sól. Zagnieć ciasto. Jeśli potrzeba dodaj więcej mąki. Odstaw ciasto do lodówki na co najmniej 30 minut.
8. Odrywaj kawałki ciasta lep z nich kulki, wałkuj na cieniutkie placki. Każdy placek przetnij na pół- otrzymasz dwa półkola.
9. Zwiń półkole ciasta w rożek, dokładnie zalep brzegi. Nałóż odpowiednią ilość farszu i zlep brzeg u góry rożka. Jeśli potrafisz wykończ go ozdobną falbanką. Instrukcja jak to zrobić TUTAJ.
10. Układaj pierogi na blaszce do pieczenia, smaruj śmietaną i posypuj obficie sezamem.
11. Piecz w temperaturze 190’C przez 20-30 minut, do czasu aż będą złoto-brązowego koloru.
12. Podawaj ostudzone z zupą, najlepiej barszczem.
Z reszty ciasto (powinno go trochę zostać) wywałkuj okrągłe cienkie placki. Posyp obficie sezamem (możesz go lekko wwałkować w ciasto aby się nie osypywał). Ułóż placki na suchej blasze do pieczenia i wstaw do piekarnika na 10 minut lub do czasu aż się zezłocą. Mój syn uwielbia te placki, twierdzi że są o niebo lepsze niż same pierogi.
Witam wszystkich wakacyjnie i od razu zaczynam od przeprosin, że nie było mnie tutaj tak długo. Niestety pochłonęła mnie proza życia. Najpierw 2 pracowników z mojej firmy (notabene przyjętych do firmy niedawno) zupełnie nieodpowiedzialnie postanowiło zwolnić się tuż przed samymi wakacjami rujnując w ten sposób plany wakacyjne wszystkim pozostałym osobom (w tym niestety również mnie). Trzeba było to wszystko ratować, łatać dziury, przeprowadzać nową rekrutację, ustawiać grafiki w taki sposób aby choć część pracowników mogła pojechać na swój długo oczekiwany urlop. Och, sama proza życia! Potem była jeszcze akcja „Mamo przyjedź i zabierz mnie z obozu!!!”- zażegnana i skończona pomyślnie, jednak przejechać się na drugi koniec Polski musiałam. Potem niefortunne uszkodzenie rogówki oka i kategoryczny zakaz pracy na komputerze przez tydzień. No i na koniec włamanie na serwer bloga oraz trwający chwilę ogromny niepokój, że bloga nie da się uratować. Ostatecznie wielka ulga, że jednak damy radę (Wojtku- serdeczne dzięki) i wielkie sprzątanie, które trwa do dziś. Wybaczcie więc jeśli nie wszystko działa tu jeszcze i wygląda tak jak byliście do tego przezwyczajeni- niedługo wszystko wróci do normy. I mam wielką nadzieję, że to już koniec złych wiadomości i ze spokojnym sercem mogę świętować z wami pierwsze urodziny Green Morning!
Trudno w to uwierzyć (przynajmniej mnie) ale spotykamy się tutaj już ponad rok! Kiedy witałam was wszystkich pod koniec czerwca 2013 roku tym wpisem byłam pełna obaw. Nie obawiałam się ,że nie istnieją ludzie, którym spodoba się moje podejście do życia i jego prezentacja na blogu. Bardziej obawiałam się, że nie odnajdziemy się w tym wielkim zgiełku wiadomości, informacji i danych, którym jest Internet. Szybko okazało się jednak, że nie było się o co martwić i blog (tak jak zakładałam) stał się platformą do spotkania wspaniałych i podobnie myślących ludzi. Ludzi wrażliwych na piękno zarówno to zewnętrzne jak i to trudniej dostrzegalne kryjące się w sercach, umysłach i duszach wszystkich żyjących istot. Ludzi pięknych, wrażliwych, zabawnych, intersujących, nietuzinkowych- jednym słowem Was- Moi Czytelnicy.
Jeśli wierzyć Google Analytics jest Was całkiem sporo i mieszkacie na wszystkich kontynentach, zarówno w dużych miastach jak i w małych wioskach. Jesteście w różnym wieku, różnej płci a nawet różnej narodowości (!). Nie znam Was wszystkich a bardzo chciałabym poznać. Z dziesiątek tysięcy odwiedzających ten blog miesięcznie i setek zapisanych do newslettera- poznałam zaledwie garstkę. Jaką wielką przyjemność sprawia mi rozpoznawanie poszczególnych osób, które nawiązały ze mną więź komentując pod wpisami czy pisząc do mnie osobiście.
To ONI po krótkim czasie stali się Tymi dla których fotografuję, piszę i wypróbowuję nowe przepisy. Moi Drodzy- dziękuję Wam za wszystkie serdeczne słowa, komentarze i listy. Każdy doceniam i czytam z wielkim zainteresowaniem, są dla mnie wielką inspiracją, sprawiają ogromną radość a czasami nawet doprowadzają do łez wzruszenia.
Ponieważ dziś świętuje urodziny Green Morning postanowiłam sprawić sobie wielką frajdę i zebrać najpiękniejsze komentarze i cytaty z listów od Was w jednym miejscu. Oto one- słowa podziękowania i docenienia, które sprawiają, że chce się ślęczeć po nocach i rezygnować z innych przyjemności aby prezentować Wam na blogu wartościowe treści, piękne zdjęcia i smakowite przepisy. Wiele z nich pochodzi od osób komentujących regularnie, za co chciałam serdecznie podziękować. Z góry przepraszam jeśli kogoś pominęłam (na pewno tak się zdarzyło- nie sposób przedstawić tu wszystkich) mam nadzieję, że się nie obrazicie i wybaczycie. Wybaczcie też, że się tak zwyczajnie i po prostu chwalę Waszymi komentarzami. Ale są one dla mnie dowodem na to, że to co robię tutaj ma sens i jest źródłem inspiracji. Nie tylko dla mnie ale dla wielu innych. Oto niektórzy z nich:
Na początek Ala z bloga kuchnia Alicji– moja pierwsza i najwierniejsza czytelniczka- ten blog nie powstałby gdyby nie liczne i regularne listy i komentarze Ali pod moimi zdjęcia na różnych portalach. Tak długo dopytywała się „no kiedy wreszcie ten blog”, … że nie miałam innego wyjścia niż po prostu zacząć. Ala -dziękuję bardzo, za Twój upór!
„A ja wiedziałam, że tak będzie po pierwszych twoich zdjęciach jakie widziałam, wiedziałam ,że masz to coś …i zawsze będę twierdzić ,że to najpiękniejszy blog w Polsce i świecie też . Ja tego nie odwołam nawet na torturach , nie ma mowy. Uwielbiam te twoje zdjęcia jasne z poświatą ciepła takiej dobrej energii. Ale przepisy tez uwielbiam, mam takie jeszcze powycinane z ,,Kuchni” i wydrukowane z Uczty Wegetariańskiej. Mi się wydaje ,że ja jestem coś w rodzaju fana twojego Kinga … spełniaj swoje marzenia , spełniaj…”
A teraz mój ulubiony komentarz na blogu. Pochodzi od jednej z moich stałych czytelniczek- Wege Danki. Pani Danusi- pozdrawiam.
„Niezmiennie tkwię w zachwycie nad Pani blogiem, Kingo. Ciepłe i mądre teksty, pełne uroku zdjęcia, oryginalne przepisy… Czuję się tu jak Alicja w krainie czarów.”
i Freya
„Trafiłam tu przypadkiem szukając przepisu na jogurt – a znalazłam PIĘKNO w każdym detalu. Dziękuję za ten wpis… Piękna historia. Piękne zdjęcia, pięknie napisana… Będę tu wracać…”
i Małgosia z bloga ziołowa wyspa, którą spotkałam zupełnie niedawno a czuję jakbyśmy znały się od lat,
oraz jej komentarz pod wpisem o „Tacie z Rybnika”:
„Prowadząc swoją działalność blogową odkryłam, że można spotkać ludzi myślących podobnie i już nie czuć się samotną wyspą pośród morza wyrzeczeń i pretensji. Taki ten czas teraźniejszy, że spotykamy się – myślący inaczej. Nie czujemy potrzeby osądzania, mamy tylko chęć połączenia się w wielkim bólu z człowiekiem dla nas obcym i zrozumienia dla jego wielkiej tragedii. Morze miłości, które dryfuje od nas do wszystkich zabieganych, nie orientujących się, co ważne bardziej, a co mniej – powinno pomóc. Ja mam taką nadzieję. Cieszę, się, że cię znalazłam – jeszcze jedną osobę pełną pokory i miłości.”
i Bocado
„Jestem w pełni oczarowana tym wpisem, jeszcze nie dotarłam dalej, ale już wiem, że to zrobie! Coś pięknego! Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło zauroczyć blogiem kulinarnym, aż tu proszę…”
„Dobrze jest czytać coś co tak bardzo przypomina własne myśli. ….dzięki za wpis.”
i Sebastian, lat 15, (pisownia oryginalna)
„Witam, mam tylko 15 lat ale bardzo mnie zaciekawil pani artykól. Ja równiez mam takie zdanie o tym wszystkim co nas otacza, tyle ze ja nie robie zdjec ale mimo to podziwiam wszystko wokól, wszystko jest NA SWÓJ sposób piekne tylko trzeba to dostrzec. Osobiscie uwazam ze to wspaniale gdy ludzie kochaja albo przynajmniej toleruja wszystko wokól…taka umiejetnosc jest naprawde pozyteczna i bardzo cieszy czlowieka.”
i Basia z Krakowa- czytelniczka, która nie tylko ogląda i podziwia ale również… gotuje z moich przepisów.
Z zawodu jest tłumaczem i jej piękny język od razu widać w nietuzinkowych komentarzach:
„Droga Pani Kingo, dziękuję za tyle dobrych słów od Pani ku mnie słanych. Z upływem czasu, wytworzył się u mnie już nawyk patrzenia najpierw na źródło skąd płynie przekaz. To co płynie od Pani, to przekaz spójny w słowie, obrazie i smaku, oparty na szlachetności i pięknie, wysublimowanej estetyce i wrażliwości. Taki rodzaj intymnego świata, zacisznej enklawy, radości tworzenia i harmonii. Ten świat do którego tęsknię, który współtworzę jak potrafię, by serce uchronić przed żałością wobec jego zanikającej obecności w naszym entourage’u. Bogactwo największe, myślę, osiągamy dzieląc się.Za to więc, że zaczerpnąć mi dane z poetyckiego i smakowitego Pani świata, dziękuję z całego serca.”
„Weszłam tu dziś pierwszy raz i ONIEMIAŁAM! Najwspanialsze zdjęcia, jakie oglądałam ostatnimi czasy. Cudowne. Klimatyczne. Minimalistyczne, ale pełne. No jestem zachwycona! Pozdrawiam w ten sobotni poranek…”
i „Tęczowa Panienka” czyli Małgosia z bloga „ósmy kolor tęczy„, wspaniała matka wspaniałych córek i bardzo ciepła osoba:
„…No i chyba pierwszy raz czytałam z zapartym tchem nie zważając nawet na zdjęcia. Obejrzę je dopiero teraz, bo właśnie zorientowałam się, że nie mam pojęcia jak wyglądał ten cudny tort czekoladowy z nutą pomarańczy i konfiturą śliwkową… Wygląda dokładnie tak, jak go opisałaś… Jak złożony z czystej miłości… „
i Viola, która tak pięknie i bezinteresownie cieszy się z moich sukcesów:
„A mnie do tych Twoich zdjęć Kingo przyciąga biel…Jest niesamowita!!! Przypomina mi gdzieś moje dzieciństwo, a może i tęsknotę do czegoś. Masz racje marzenia są piękne i warto je spełniać. Tak najchętniej to bym zwyczajnie wsiadła w auto i pojechała do Ciebie…Nieco zazdroszczę ale i pełna podziwu jestem dla Twej pracy. Pociąga mnie tez Twa filozofia życiowa, choć sama nie jestem wegetarianka (a strasznie mnie do tego ciągnie) Ależ mi się dusza raduje…”
Magda z ammniam.pl „co ma małego ssaka przy piersi” ale jak się w końcu ten ssak usamodzielni to mam nadzieję spotkamy się osobiście:
„Kingo, gratuluję sukcesu ! Piękna sesja, piękny tekst i Ty o pięknym sercu:) Pozdrawiam”
i Basia czyli Hajduczek (na cześć Basieńki z Trylogii!)
„Do Twojego bloga przyciąga mnie wszystko – to, że jesteś wegetarianką, to, że kierujesz się głębszą filozofią, to, że masz lekkie pióro/klawiaturę:-) Ale chyba najbardziej przyciągają mnie do Ciebie fotografie. Są oczywiście piękne, ale przede wszystkim określiłabym je jako świetliste, lekkie, optymistyczne, kobiece, eleganckie… i już sama nie wiem, jakie – brakuje mi słów adekwatnych! Nie piszę bloga, nie fotografuję jedzenia. Ale pod wpływem Twoich sugestii i inspiracji chyba zacznę robić zdjęcia moim potrawom… Może więc stworzę własną galerię potraw?…”
i Kamila Grotowska- prowadzi rewelacyjny blog Vegezone– autorka wielu pięknych i mądrych komentarzy na GreenMorning, dziś jeden króciutki ale taki który trafił mnie prosto w samo serce:
„Jakie to piękne! Niesamowite, że zdjęcia jedzenia mogą wzruszać. „
i Olimpia z bloga Pomysłowe Pieczenie , wspaniała kucharka, wspaniała fotografka zajrzyjcie do niej koniecznie:
„Kingo zdjęcia jak zawsze powalające:-), świeże i bardzo optymistyczne. Patrząc na nie człowiekowi od razu lepiej na duszy:-).”
Magda z bloga konwaliewkuchni jej komentarze zawsze sprawiają, że robi mi się ciepło koło serca:
„Kingo, kiedy pierwszy raz trafiłam na Twój blog, nie mogłam się oderwać od Twoich cudownych zdjęć:) Jest w nich coś magicznego! Bardzo chciałabym trafić do Ciebie na kurs i wierzę, że kiedyś tak się stanie. Póki co jednak nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziwiać i wdrażać w życie wszystkie Twoje cenne rady:) Dziękuję i serdecznie pozdrawiam!”
„Kinga, jesteś wspaniała! Polecam kurs u Ciebie każdemu, kto chce choć na chwilę przenieść się do magicznego świata fotografii. Zdjęcia na moim blogu dzielą się na „sprzed” i „po” kursie u Ciebie”
„Nie tak dawno zdjęcie twojego „światowego” barszczu zaprowadziło mnie do twojego blog i musze powiedzieć ze jestem wprost zakochana!!! Twój styl pisania jest tak cudowny, jak bym wdychała świeży powiew wiosny:)… Jesteś moją inspiracja. … Dzięki wielkie!!!”
Nie znudziło Wam się jeszcze? No to:
Rafał i jego rozwiązanie moich finansowych problemów:
„Świetny tekst, rewelacyjne zdjęcia! Zachwycam się od samego rana:) Moim zdaniem, każdy kto czyta tego bloga powinien dobrowolnie opodatkować się na Twoją rzecz. Wiedza, którą tu przekazujesz jest bezcenna.”
i Sylwia, która cieszy się, że nie wyszedł jej jogurt:
„Trafiłam na Twojego bloga zupełnie przypadkowo-zaczęłam robić domowy jogurt, który od razu nie wyszedł. Szukałam powodów i w ten sposób znalazłam Ciebie. Tu jest cudownie! Zupełnie inny świat, aż chciałoby się tutaj zostać na dłużej… Z niecierpliwością będę oczekiwać każdego nowego postu, z przepisem lub bez, byleby tylko był i wprowadzał promyk radości do codzienności.”
i Neff- której komentarze zawsze mnie wzruszają
„Właściwie to miałabym wielką ochotę do Ciebie napisać maila ale odpuszczam bowiem byłby to poplątany ,momentami depresyjny , momentami „nawiedzony” list ;))) Postaram się krótko :
– dziś odkrylam Twój blog i się zakochałam …w zdjęciach i tekstach
-podarowałaś mi to co na chwile obecną jest mi najbardziej potrzebne…piękno , bardziej słoneczną stronę świata a przede wszystkim …oderwanie od tego co jest we mnie i wokół mnie = chwila relaksu i spokoju …bezcenne ..dziękuję”
i Kinga z bloga małekulinaria.pl , którą znałam tylko z komentarzy a teraz znam osobiście bo właśnie niedawno spotkałyśmy się na kursie fotograficznym u mnie:
„Uwielbiam Twojego bloga- ja tu odpoczywam:) piękna historia ucząca życiowej pokory; jeśli kiedyś wydasz książkę- z pewnością ją kupię. Pozdrawiam serdecznie”
i Lidia (no jak po takim komentarzu nie czuć się zainspirowanym!- dziękuję Lidio)
„Ja to nawet nie wiem jak ująć w słowa co mi w serduchu gra. Znalazłam Twój blog dopiero dziś, a czuję się jakbym tu mieszkała od zawsze.. Kocham fotografię, kocham wege zdrową kuchnię, kocham naturę, światło i życie. I od pierwszej chwili pokochałam Twój blog, bo znalazłam tu siebie. Dziękuję!”
„Nie wiem jak to się stało, że trafiłam tu dopiero teraz (przez FB), ale czas bez świadomości istnienia Twojego bloga uznaję za stracony. Jak już wstąpiłam, to mnie zassało. Jak tu pięknie. Z moich pierwszych wrażeń wynika, że blog oprócz pięknych zdjęć i wegetariańskich przepisów posiada w sobie coś niewytłumaczalnego, co przyciąga, zasysa i nie pozwala zapomnieć. Już wiem. że będę tu częstym gościem, bo muszę przejrzeć wszystkie przepisy z archiwum no i z niecierpliwością będę czekać na nowe i piękne smakowitości
i Natalia
„Najprościej jak potrafię: przepiękny wpis. Twój blog to moje wielkie odkrycie. Dziękuję:)”
i Aneta Pianka- do której powędrowały zdjęcia jako nagroda za komentarz pod tym wpisem:
„Za każdym Twoim przepisem kryją się piękne i niepowtarzalne historie, które uwielbiam czytać. I … wiedz, że każdy taki wpis pozostaje długo w mojej pamięci. „
i TPRO- czyli tato małej Hanki-weganki i jego jak najbardziej prawidłowa reakcja na mojego bloga:
„Dostaje ślinotoku ilekroć zaglądam na Twoją stronę mniam!”
i Kathleene oraz jej ujmujący komentarz:
„Właściwie niewiele jest osób, które piszą ciekawie a wśród nich jeszcze mniej, które piszą normalnie, bez przesadnej delikatności i romantyzu i które mają naprawdę coś do powiedzenia! Pierwszy raz czytam bloga, który wciąga mnie tak, że zapominam, gdzie jestem bo przenoszę się w Twoją opowieść i jest mi ona bardzo bliska, czuję jak mnie porusza i sięgam po więcej. … U Ciebie jest inaczej, piękniej, wrażliwiej, prawdziwiej…”
i Zosia:
„Kinga, jesteś kochana. Tyle ciepła i życzliwości dla ludzi na Twoim blogu. Taka znajomość duszy kobiecej, że każda z nas może tam siebie odnaleźć. Łezka mi się zakręciła w oku czytając… Dzięki.”
i Kasia i jej piękny list:
„Witaj! Właśnie się w Tobie zakochałam! W Twoich kulinarnych mądrościach, radach, przepisach, szacunku i miłości do natury, zwierząt, innych ludzi, smakach, które czuć nawet tylko czytając, Twoich pięknych opowiadaniach, sposobach na wykorzystanie serwatki, którą inni wylewają (przestępstwo!!) ech długo mogę wymieniać. A spotkałam Cię za sprawą poszukiwań przepisu na domowy jogurt 🙂 Oh! Jak cudownie jest mieć internet i spotykać w nim takich ludzi jak Ty :), którzy dzielą się swoją wiedzą z innymi. Chciałam Ci również powiedzieć, że wszystko co piszesz w Green Morning ogromnie pozytywnie wpływa na moje życie :). Będę Cię czytać i uczyć się od Ciebie. …A jutro wybieram się na poszukiwanie mojego Pana Mleczarza 🙂 Dziękuję że jesteś Kasia 🙂 „
i Agata:
„Witaj Jestem oczarowana Twoim blogiem, zdjęcia, teksty… cały ekran wypełnił się czystą aurą, spokojem i miłością. Dziękuję za te ucztę 🙂 Czekam na następne wpisy, pozdrawiam „
i Staszek:
„Wiem że nie łatwo jest zaakceptować taką opinię jaką Ci wystawiłem, nie dziwię się też że nie uważasz się za Anioła, bo skrzydła są na plecach i po prostu ich nie widzisz :)) Jednak gdy czytam dowolną Twoją wypowiedź to dokładnie wiem i czuje kim jesteś …”
A na koniec jeszcze, żeby nie było tak słodko cytat z listu z obelgami (tak, dostaje też takie!). Pozdrawiam autorkę listu i choć wiem, ze jej intencje były zupełnie inne, sprawiła mi tym listem dużo radochy:
„Co za sentymentalny i przesłodzony blog. Aż się chce TĘCZĄ RZYGAĆ. Beznadzieja! Życie nie jest takie jak Ci się wydaje, żyjesz w jakimś odrealnionym świecie. Obudź się kobieto!”.
A ja nie chcę się obudzić! Chcę kreować własny świat, gdzie piękno, dobro i wzajemna życzliwość są normą i nikogo nie dziwią ani nie wywołują „odruchu wymiotnego”. Głęboko wierzę, że świat jest taki jak ludzie, którzy w nim żyją i każdy z nas ma wpływ jaki świat wokół siebie stwarza. Staram się aby mój był piękny i szlachetny, pełen miłości i pokoju. W taki sposób prezentuje i będę go prezentować na GreenMorning. Dziękuję Wam- Moi Czytelnicy, że mi przez ostatni rok w tym pomagaliście! Liczę na Was przez kolejne lata.
Za każdym razem jak mnie najdą wątpliwości i brak sił aby kontynuować pisanie tutaj- wejdę sobie do tego wpisu i poczytam zebrane tu komentarze. Naładuje akumulatory i ruszę do boju z nową energią.
Jeśli czytasz GreenMorning a jeszcze nigdy się do mnie tu nie odezwałeś? Zrób mi prezent na urodziny i napisz choć parę słów. Będzie mi niezwykle miło Cię poznać – mój Czytelniku, moja Czytelniczko! Kim jesteście? Jaki jest świat wokół Was?
Ps. Do przeczytania wkrótce! Będę miała dla Was mały prezent z okazji urodzin. Kiedy tylko do końca posprzątamy na blogu- czyli całkiem niedługo, będzie można wygrać tutaj darmowy kurs fotografii kulinarnej ze mną. Nie będzie jednak łatwo- trzeba się będzie mocno postarać. Szczegóły już za parę dni. Gotowi?
Jeszcze 3 lata temu o fotografii nie wiedziałam ABSOLUTNIE NIC. Teraz też wiem „prawie nic” a im więcej się uczę tym bardziej rozumiem ile jeszcze wiedzy przede mną (ale to temat na zupełnie inną opowieść).
3 lata temu, kiedy moje dziecko poszło do szkoły postanowiłam znaleźć sobie hobby. Jestem osobą o bardzo niespokojnym umyśle i muszę mieć zawsze coś do zrobienia, zaplanowania, zrealizowania. Praca zawodowa, prowadzenie rodzinnej firmy i wychowywanie dziecka to było dla mnie za mało. Postanowiłam wrócić do swojej pasji sprzed ciąży. Miałam wtedy firmę cateringową organizującą duże przyjęcia wegetariańskie i pisałam przepisy kulinarne do prasy. Bardzo chciałam wtedy napisać książkę kucharską (pojawiło się nawet parę propozycji od wydawców). Jednak- ja, znana wszystkim „perfekcjonistka na odwyku” nie potrafiłam znaleźć fotografa, który książkę by zilustrował.
Propozycje wydawnicze dawno przestały być aktualne jednak chęć napisania książki została gdzieś głęboko w sercu i wypłynęła znowu przy sprzyjającej okazji. Minęło spora lat a ja pomyślałam- czas sprawdzić co dzieje się na polskim rynku fotograficznym- może w końcu objawił się na nim ktoś, kto wykona zdjęcia do książki moich marzeń. Siadłam do Internetu i zaczęłam przeglądać nowe trendy w fotografii kulinarnej, szukać fotografów z którymi mogłabym nawiązać współpracę. Żaden z tzw.” profesjonalistów z branży” mnie nie zachwycił… za to …..
….odkryłam coś WSPANIAŁEGO…. cały- wielki, jak Internet długi i szeroki -świat blogerskiej fotografii kulinarnej. Znacie to uczucie – prawda? W końcu nie byłam (i nie jestem) ani pierwsza, ani ostatnia, ani jakaś strasznie oryginalna. Wpadłam po uszy i zakochałam się od pierwszego wejrzenia w paru zagranicznych blogach kulinarnych. Fotografie były tam na takim poziomie, że po moich doświadczeniach z polską branżą prasy kulinarnej, doszłam do szybkich wniosków, że pracuje nad nimi cały sztab ludzi w profesjonalnych studiach fotograficznych. Jakie było jednak moje wielkie zdziwienie kiedy wyczytałam, że większość ulubionych blogerek fotografuje sama, nie w studiach fotograficznych lecz w swoich kuchniach. Teraz zainteresowało mnie to jeszcze bardziej, zaczęłam spędzać w sieci więcej czasu uważnie czytać blogi i wnikliwiej przyglądać się zdjęciom. Odkryłam Flickr (światowy portal dla fotografów-również kulinarnych) potem Pinterest (choć wtedy dopiero raczkował) potrafiłam tam spędzać całe dnie (i noce) wzdychając do oglądanych fotografii.
Ja też bym chciała umieć tak fotografować- MARZYŁAM.
Nadszedł wreszcie ten dzień kiedy sama postanowiłam spróbować. Upiekłam piękne ciasto. Postawiłam na stole w kuchni. Wzięłam aparat do ręki. Zrobiłam PSTRYK i … sami dobrze wiecie co się stało. (Przechodziliście przez to samo- prawda?). Zdjęcie wyszło OKROPNE! W niczym nie przypominało tych pięknych oglądanych setkami w Internecie. ” No cóż- pomyślałam- pewnie po prostu nie potrafię tego zrobić, brak mi talentu, nie mam odpowiedniego aparatu, nie chodziłam nigdy do żadnej szkoły ani nawet na kurs fotograficzny, to za skomplikowane i za trudne. Pamiętasz tych wszystkich profesjonalnych fotografów, którzy przyjeżdżali fotografować twoje przepisy do prasy? Ich sprzęt ledwo mieścił się w samochodzie osobowym a Ty tu masz tylko ten zwykły mały aparat z którym jeździsz na wakacje. Kobieto z czym do ludzi?!”. Spróbowałam jeszcze 2-3 razy bez żadnego rezultatu. Stwierdziłam, że ewidentnie nie potrafię, przeszłam więc nad tym do porządku dziennego, powoli przestałam marzyć choć dalej wzdychałam do zdjęć oglądanych w Internecie.
Jednak coś nie dawało mi spokoju. Nie należę do osób, które łatwo się poddają. Nauczono mnie, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych, że jeśli czegoś bardzo chcesz- udaje Ci się (piszę o tym więcej tutaj) a jeśli wykażesz się determinacją to osiągniesz cel. Umysł oczywiście podszeptywał mi natychmiast- „hej, stąpasz po bardzo niepewnym gruncie- nie wiesz nic na temat fotografii, to strasznie skomplikowane, trudne, ludzie studiują to latami na Uniwersytetach, używają sprzętu za dziesiątki tysięcy złotych, Ciebie na to nie stać, ty tego nie potrafisz, nie dasz rady się nauczyć, jesteś tylko prostą dziewczyną, która umie upiec dobre ciasto ale nie zrobi dobrego zdjęcia”.
Wszystkie te argumenty były oczywiście bardzo logiczne i w sposób natychmiastowy i skuteczny podcinały skrzydła. Ja jednak miałam do nich dystans. To sztuka której uczyłam się latami. W takich sytuacjach staram się nie słuchać umysłu, choć to bardzo trudne- omijam go i po radę udaje się prosto do serca. Nie jest to łatwe, bo głos serca przy głosie rozumu wydaje się mniej racjonalny a czasami nawet zupełnie nierealny. Serce jednak- jak najlepszy przyjaciel- powie ci zawsze: uwierz w siebie i POZWÓL SOBIE NA MARZENIA , uwierz, że potrafisz i PODĄŻAJ ZA NIMI.
Jestem głęboko przekonana, że proces realizacji jakichkolwiek celów w życiu rozpoczyna się właśnie od tego wewnętrznego dialogu, że dopóki nie przekonamy samych siebie aby posłuchać swojego serca (zamiast umysłu, rozumu czy rozsądku- nieważne jak to nazwiemy) dopóty nigdy nie ruszymy w drogę ku naszym marzeniom. Danie sobie prawa do podążania za marzeniami jest jak postawienie pierwszego najtrudniejszego kroku. Ale to przecież od niego zaczyna się każda, nawet ta najtrudniejsza i najdłuższa podróż.
Kiedy ten krok wreszcie zrobimy- wtedy zmienia się cała nasza perspektywa. Przestajemy zadawać sobie pytania „CZY potrafię, CZY mogę, CZY powinnam to zrobić ” zaczynamy pytać „JAK mam to zrobić, KTO może mi w tym pomóc, CO jest do zrobienia”. Właśnie wyruszyliśmy w podróż do naszych marzeń.
Jeśli nie damy się z niej zawrócić i z uporem będziemy brnąć do przodu- nagle okaże się, że spotkamy w niej ludzi, którzy chcą i potrafią nam pomóc. Jeśli z pomocy potrafimy skorzystać nasza droga staje mniej kręta i rzadziej na niej błądzimy. Wtedy nadchodzi czas na prostą, mozolną, samotną wędrówkę: krok po kroku, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, każdy w swoim tempie, jedni wolniej drudzy szybciej, nieważne jak- ważne żeby wykazać się DETERMINACJĄ- ona jest gwarantem, że pewnego dnia, nawet nie wiedząc dokładnie kiedy, rozglądniemy się dookoła i zrealizujemy, ze stąpamy nie po krętej malutkiej ścieżce lecz po prostej, jasnej i szerokiej DRODZE DO SPEŁNIENIA SWOICH MARZEŃ, DRODZE DO SUKCESU.
Wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy jest się na początku drogi, kiedy nie widzi się nawet tego co czeka za najbliższym zakrętem. Dajmy sobie jednak szansę, miejmy wiarę: w siebie, we własne marzenia, w innych (że nam pomogą). Miejmy determinacje, żeby iść do przodu. To co spotkamy po drodze może nas bardzo miło zaskoczyć a czasami przejść nawet nasze najśmielsze oczekiwania. Dokładnie tak było ze mną.
Zapewniam Was wszystkich, którzy właśnie zaczynacie fotografować i patrzycie na moje zdjęcia, mówiąc sobie- ja nigdy takich nie zrobię. Kiedy zaczynałam byłam dokładnie tam gdzie Wy a może jeszcze dalej. (Kiedyś pokażę Wam moje pierwsze zdjęcia kulinarne- zapewniam Was będą takie same jak Wasze). Jednak nie poddałam się, wybrałam drogę do marzeń i oto gdzie mnie zaprowadziła.
Oto jestem- ta sama osoba, która 3 lata temu posłuchała głosu swojego serca i pozwoliła sobie na marzenia. To co dostała w zamian przerosło zupełnie jej oczekiwania. Oto na swoim blogu kulinarnym- który czyta tysiące osób- prezentuje Wam rezultat komercyjnej sesji fotograficznej, wykonanej dla światowej marki. W niecały rok od otwarcie bloga i pokazania swoich zdjęć światu zaczęła dostawać propozycje od których lekko kręci jej się w głowie (z 80% nie korzysta bo wierna swoim wartościom nie fotografuję mięsa i dań które zawierają). Ale te pozostałe 20% pozwoliłoby jej już utrzymać się z fotografii. Zgłaszają się do niej producenci żywności, agencje reklamowe (nawet zagraniczne), restauracje, prasa kulinarna. Niedawno dostała list od wykładowczyni na jakimś Amerykańskim Uniwersytecie z zapytaniem czy mogłaby użyć jednego ze zdjęć, miałoby ono posłużyć jako ilustracja do wykładu ” idealna stylizacja i design w fotografii produktowej” (!!!).
Czasami łapię się za głowę i myślę sobie „Czy to na pewno do mnie przychodzą te wszystkie listy i zapytania? Czy Ci ludzie mnie z kimś nie pomylili?” Tłumaczę im, że nie jestem profesjonalistką, że nie mam odpowiedniego sprzętu, że fotografuję dopiero od 3 lat. Wiecie co? Wcale im to nie przeszkadza(!)
Czy przypuszczałam, że tak będzie:
kiedy pisałam swoje pierwsze listy do zagranicznych blogerek z prośba o rady dla początkującej fotografki- NIE
kiedy czytałam ich odpowiedzi z wypiekami na twarzy bo dowiadywałam się, że zaczynały dokładnie tak samo jak ja?-NIE
kiedy zamiast wzdychać do kolejnych zdjęć zaczęłam szukać materiałów o podstawach fotografii, kompozycji i stylizacji jedzenia?- NIE
kiedy wychodziłam z 3 kursu fotograficznego na który się zapisałam, bo szkoda mi było czasu na wykładane tam dyrdymały- NIE
kiedy mój mąż widząc moją determinację postanowił mi kupić aparat fotograficzny na urodziny a ja nie mogłam się zdecydować o jaki powinnam poprosić aż w końcu mnie olśniło i kupiłam sobie dokładnie taki sam jak moja ukochana i podziwiana blogerka. Kiedy rozpakowywałam pudełko powiedziałam sobie” od dziś nie masz już prawa mieć wymówki, że „ona potrafi robić tak piękne zdjęcia bo ma lepszy aparat niż ty”- teraz już tylko twoja ciężka praca i zdobyta wiedza dzielą cię od sukcesu”- NIE
kiedy wstawałam o 5 rano, bo wtedy wschodziło słońce a ja właśnie się dowiedziałam, ze najlepsze światło do fotografii jest w pierwszej godzinie po wschodzie słońca i koniecznie musiałam to wypróbować- NIE
kiedy po raz kolejny fotografowałam to samo danie w nadziei, że może teraz się uda i znowu się nie udawało ale zawsze było choć trochę lepiej niż poprzednio-NIE
Kiedy nie rozstawałam się z moim aparatem i fotografowałam kiedy i co się dało, żeby ćwiczyć- NIE
kiedy w końcu zaczęłam być choć trochę zadowolona z moich zdjęć- NIE
kiedy moje zdjęcia zaczęły zdobywać pierwsze pozytywne komentarze w Internecie- NIE
kiedy udało mi się w końcu szkolić u kogoś kogo zdjęcia podziwiam i kto miał pojęcie o fotografii kulinarnej -NIE (choć wtedy moja droga stała się prostsza i łatwiejsza)
kiedy dostałam pierwsze zapytanie od włoskiej agencji reklamowej, która chciała wykorzystać moje zdjęcia do reklamy słynnej marki oliwy Monini- NIE (choć wtedy pierwszy raz pomyślałam- NAPRAWDĘ warto mieć marzenia)
kiedy wygrałam pierwszy konkurs fotograficzny dla amatorów- NIE
kiedy zakładałam bloga, bo pomyślałam- oto jestem gotowa aby pokazać światu nad czym pracuję od ponad 2 lat- NIE
kiedy zgłosiła się do mnie moja pierwsza kursantka i wyjechała z mojego kursu o fotografii kulinarnej zadowolona- NIE (ale pomyślałam sobie- kocham to robić)
kiedy przyjechał do mnie na kurs pierwszy zawodowy fotograf (choć najpierw musiał mnie 3 razy przekonać, że jest pewny, że wie co robi?)-NIE
kiedy dostałam propozycję stałej współpracy z magazynem Voyage- NIE
kiedy zaczęłam dostawać listy o takiej samej treści, które ja wysyłałam na początku mojej fotograficznej drogi do innych blogerek i z wielką przyjemnością oraz dużą determinacją zaczęłam na nie odpisywać bo wiedziałam jak dużo znaczą dla osób, które je otrzymują- NIE (choć wiedziałam już, że maja droga do marzeń prowadzi we właściwym kierunku)
kiedy przyszła propozycja od DUKI na współpracę przy tworzeniu zdjęć do ich materiałów reklamowych- WTEDY POMYŚLAŁAM SOBIE: „Matko Boska! Nie dam rady!”- to oczywiście krzyczał umysł ale jego już prawie nie słuchałam, wsłuchiwałam się w mocno bijące serce a ono spokojnie lecz pewnie szeptało: dasz radę, miej wiarę, uda Ci się. Zobacz- odważyłaś się kiedyś powiedzieć „I have a DREAM” a oto rezultat który dostałaś 3 lata później. Ciężko na to pracowałaś. Oto owoc twojej pracy- ciesz się bo w pełni na to zasłużyłaś.
Cieszę się więc jak mogę z każdej komercyjnej i niekomercyjnej propozycji, z tej małej i tej dużej, z tych które przyjmuje i tych które odrzucam. A wiecie z czego cieszę się najbardziej? Z tych wszystkich spotkań z osobami, które przyjeżdżają do mnie uczyć się fotografii kulinarnej. Oto ja, która kiedyś wzdychałam do zdjęć innych (i cały czas wzdycham- bo wiem, że jeszcze długa droga przede mną, że wiele jeszcze nie umiem, że moim zdjęciom daleko do perfekcji)- teraz sama jestem obiektem westchnień. Przyjeżdżają do mnie osoby z całej Polski (a nawet z zagranicy) aby na moich kursach dowiedzieć się jak fotografuję.
Uwielbiam moich kursantów i życzę im jak najlepiej. Wiem, że to te spośród tysięcy innych osób, które posłuchały głosu swojego serca i odważyły się podążać za marzeniami. W ich oczach widzę siebie sprzed 3 lat – widzę tą wielką chęć zdobywania wiedzy i chęć jej ciągłego praktykowania, chęć doskonalenia się i wielką radość kiedy w końcu się coś uda. Widzę jak dzień po dniu, krok po kroku, posuwają się na drodze do swoich marzeń. Zamiast stać w miejscu i podziwiać piękno mieniące się gdzieś daleko na horyzoncie, idą we właściwym kierunku, patrząc uważnie pod nogi, pokonując przeszkodę za przeszkodą. Widząc ich determinację zastanawiam się gdzie będą za 3 lata? Aż strach pomyśleć! Życzę im aby zaszli dalej ode mnie, żeby mieli się z czego cieszyć i mogli sobie powiedzieć -BYŁO WARTO!
A tym z Was, którzy do tej pory cały czas się wahają i słuchają wszystkich dookoła (zamiast głosu własnego serca)- z pełną mocą mówię- Przestańcie! Uwierzcie w siebie. Uwierzcie, że WARTO MIEĆ MARZENIA , że każdy ma prawo aby je realizować. Nie obiecuje, że będzie łatwo ale zapewniam, że jeśli wykażecie się wielką determinacją i nie poddacie się kiedy przyjdą pierwsze wątpliwości lecz będziecie brnąć dalej -w końcu dogonicie swoje marzenia. Kto wie może nawet uda się Wam je przegonić? Życie lubi nas zaskakiwać. Życzę Wam samych sukcesów i spełnienia najbardziej szalonych marzeń (nie tylko tych fotograficznych). Życzę Wam byście potrafili po te marzenia sięgać i nie obawiali się słuchać swojego serca. I jeszcze, życzę Wam samych wspaniałych ludzi dookoła. Takich- którzy najpierw uwierzą w te marzenia razem z Wami a potem będą cieszyli się z Waszego sukcesu. W ostatecznym rozrachunku to przecież najważniejsze. Co to za szczęście, którego nie można dzielić z innymi?