Prosta zupa z fasoli mung

       W lesie nad brzegiem Gangesu mieszał jogin-asceta.  Żył bardzo prosto w szałasie skleconym z gałęzi. Żywił się korzonkami lub tym co od czasu do czasu przynosili mu pobożni ludzie. Wstawał co rano o wschodzie słońca, brał kąpiel w rzece i siadał do medytacji na której spędzał większą część dnia. Wiódł proste i szczęśliwe życie, nie niepokojny przez nikogo na jego pustkowiu. Jogin nie posiadał nic… Wróć!… Jogin posiadał jedną, jedyną rzecz. Był to stary kawałek materiału, który służył mu jako przepaska biodrowa. Dzięki niej nie gorszył tych nielicznych ludzi, którzy zapuszczali się czasami na jego pustkowie. Każdego wieczoru, prał kawałek materiału w świętych wodach Gangesu i wieszał w swoim szałasie aby wysechł przez noc. Ponieważ robił tak od wielu, wielu lat materiał był stary, wypłowiały i mocno sfatygowany. Jogin nie przejmował się tym zbytnio, po prostu codziennie o wschodzie słońca, brał kąpiel zakładał przepaskę i rozpoczynał dzień poranną modlitwą.

fasola mung

       Aż tu któregoś ranka  zauważył, że jego kawałek materiału został z jednej strony obgryziony przez jakieś zwierzę. Tego dnia nie mógł skupić się za bardzo na swojej medytacji a kiedy wieczorem wywiesił przepaskę aby wyschła zamiast pójść spać, postanowił czuwać i odkryć cóż za istota porywa się na jego jedyną własność. Po północy zobaczył małą mysz. Wpinała się na gałązki szałasu i malutkimi ząbkami obgryzała rąbek materiału. Jogin przepędził mysz i poszedł spać. Niestety, kiedy obudził się rano zobaczył, że mysz wróciła gdyż szmatka była leciutko obgryziona w następnym rożku.  Tego dnia zamiast medytować o Bogu jogin medytował o myszy oraz sposobach jej przegonienia. Przeżył jeszcze 3 dni i noce pełne myśli o myszy aż wreszcie postanowił udać się do najbliższej wioski po… kota. Jakież było zdumienie wśród mieszkańców, kiedy po raz pierwszy od ponad 20 lat zobaczono ascetę gdzie indziej niż w jego pustelni.

       Ponieważ w Indiach bardzo szanuje się świętych mężów i ofiarowuje jałmużnę o którą proszą, jedna z wioskowych rodzin podarowała joginowi swojego kota.  Jogin więc cały szczęśliwy wrócił do pustelni z kotem jako rozwiązaniem „problemu myszowego”. Kot jednak nie potrafił złapać sprytnej myszy, choć dzielnie próbował przez kolejne 3 noce, które okazały się przez to zupełnie bezsenne dla jogina. Przez nocne harce coraz trudniej było wstać o wschodzie słońca oraz medytować do wieczora.  Szczególnie, że kot przeszkadzał również w dzień dopominając się o jedzenie. Jakoś korzonki spożywane przez ascetę nie przypadły mu do gustu.

       Teraz jogin zamiast o Bogu medytował o tym czym nakarmić kota. Próbował nawet łapać dla niego ryby w rzece. Ale przecież  był wegetarianinem i o łapaniu ryb nie miał pojęcia. Któregoś więc dnia po kolejnej nieprzespanej nocy założył swoja obgryziona przepaskę i udał się znów do wioski po…krowę aby dawała mleko dla kota. Traf chciał, że w wiosce  była wielka uroczystość. Najbogatszemu rolnikowi po długim czasie oczekiwania urodził się pierworodny syn. Każdy pobożny Hindus wie, ze najlepiej uczcić taki dzień rozdając jałmużnę i zadowalając świętych mężów. Skoro jogin pojawił się tego dnia w wiosce i poprosił o krowę – dostał krowę. Dostał też sznurek, który zawiązał wokół rogów krowy i poprowadził ją do swojej pustelni. Wydoił krowę i dał mleko kotu, który usatysfakcjonowany przespał całą noc w szałasie obok jogina. Jogin też spał spokojnie i pewnie po raz pierwszy od 20 lat przespał by wschód słońca, gdyby nie krowa która obudziła go swoim muczeniem. Jogin wstał pospiesznie zarzucił na siebie swój kawałek materiału nie zauważywszy nawet czy został on obgryziony tej nocy przez mysz. Zamiast udać się na poranne modlitwy i rytualna kąpiel do Gangesu jogin przystąpił do dojenia krowy. W dzień krowa też okazała się absorbująca, gdyż w lesie nie było zbytnio miejsc z soczystą trawą, którą mogłaby jeść. Trzeba było prowadzić krowę godzinę w jedną stronę na pastwisko i czekać aż krowa naje się do woli, potem godzinę w drugą. A najgorsze było to, że o krowie szybko zwiedziały się leśne tygrysy, które podchodziły w nocy pod sam szałas i próbowały zaatakować zwierzę. Jogin musiał więc palić ognisko całą noc aby odstraszyć drapieżniki.

       Coraz rzadziej wstawał o wschodzie słońca, coraz krócej się modlił. Teraz nie medytował prawie już wcale bo w czasie na to przeznaczonym układał plan … wybudowania obory dla krowy. Nie mogła przecież spać jak kot w jego szałasie, po prostu się tam nie mieściła. „Trzeba będzie zdobyć jakieś kamienie, glinę i nauczyć się chyba murować”- myślał jogin. Kolejne więc dnie zamiast na medytacji spędzał na poszukiwaniu odpowiednich kamieni i wykopywaniu gliny z oddalonego o 2 godziny drogi wyrobiska. Wracał tak zmęczony, że nie miał nawet siły wyprać i wywiesić swojej przepaski biodrowej a co tu dopiero mówić o wydojeniu krowy i nakarmieniu kota. Usiadł więc któregoś ranka i pomyślał sobie „chyba czas sprawić sobie kogoś, kto pomoże mi ogarnąć to wszystko”. Otrzepał przepaskę biodrową z gliny i poszedł  do wioski po… żonę. zupa z fasoli mung        Czy muszę pisać więcej? Czy już sami wiecie jak dalej rozwinie się ta historia.

       Czy jogin w końcu się opamiętał? Tak. Ale było już za późno. Miał wtedy kota, krowę, żonę, gromadkę dzieci, oborę, dom, pastwisko i pole do uprawy. Wszystko to wymagało od niego dużo uwagi, pracy, odpowiedzialności  i czasu ,którego nie starczało już ani na medytację ani na kontemplacje ani na modlitwę. Skończyło się spokojne życie a zaczęły problemy. Pewnego dnia jogin zatęsknił za swoim szałasem, jego spokojem  i wolnością nieprzywiązania do materialnych rzeczy. Zatęsknił za prostym życiem.  Zatęsknił nawet za myszą obgryzającą jego przepaskę. „Mysz była najmniejszym problemem jaki miałem w życiu”- pomyślał.fasola mung

       Czy odnaleźliście w sobie jogina z historii? Ja odnajduje go codziennie w swoim zaganianym życiu. A im dłużej wysilam mój komplikujący wszystko umysł tym bardziej dostrzegam, że Prostota (ta przez duże P) to nie tylko stan posiadania ale przede wszystkim stan umysłu. Prostota to niemarnowanie czasu na rzeczy mniej ważne, prostota to łatwość w podejmowaniu decyzji. Prostota to milczenie zamiast potoku słów, to zwykły uśmiech zamiast teatru gestów. Prostota to świadome bycie tu i teraz. Prostota to brak potrzeby udowadniania czegokolwiek (sobie i innym), to brak potrzeby udoskonalania na siłę całego świata. To odnalezienie zmiany i spokoju w sobie. Prostota to akceptacja, umiar  i samokontrola. Prostota to nietrzymanie urazy, to łatwość wybaczenia, to niechęć do sporów i jałowych dyskusji. Prostota to tolerancja, otwartość, szczerość i prostolinijność.  Prostota to zdolność powiedzenia sobie dość w odpowiednim momencie.

       Dostrzegam wielką siłę płynącą z Prostoty oraz mądrość tych, którzy życie w niej świadomie wybierają. Podziwiam ich, bo sama tak jeszcze nie potrafię. Wiem jednak, że dążenie do Prostoty to tysiące małych decyzji podejmowanych każdego dnia. Zaczynam więc od tych codziennych, najprostszy i nagle okazuje się że…

       Nie potrzeba mi 5 kremów: na dzień, na noc, pod oczy, do ust i na dekolt- jeden prosty krem Nivea wystarczy. Nie potrzeba mi co rok nowego telefonu- ten który mam od 5 lat daje radę. Nie potrzebuje drogich robotów kuchennych ani specjalnych garnków czy wymyślnych patelni- zestaw, który używam od 15 lat sprawdza się doskonale. Nie potrzebuję nowych ubrań z markową metką, nie potrzebuję specjalnej kurtki do jeżdżenia na nartach ani specjalnego stroju do biegania, nie potrzebuję specjalnych kijków aby pójść na spacer, czy specjalnej maty aby ćwiczyć jogę. Nie potrzebuje nowego modniejszego koloru na ścianach ani płaskiego większego telewizora, którego i tak nie oglądam. Nie potrzebuje kolejnej szafy (raczej potrzebuje opróżnić tą którą mam). Nie potrzebuję nowego szybszego komputera, ani nowego lepszego aparatu fotograficznego (mój stary Canon z jednym naprawianym już 3 razy obiektywem świetnie sobie radzi). Nie potrzebuję wydawać 3 pensji aby pojechać na wakacje. Nie potrzebuje być najlepsza, nie potrzebuje aby wszyscy mnie lubili i podziwiali. Nie potrzebuje mieć zawsze racji. Nie potrzebuje wiedzieć wszystkiego i „być na czasie”.  Nie potrzebuje powierzchownych związków ani udawanych uczuć.  Czego za to potrzebuję?… Czasu!!!  Czasu i niczym niezmąconego spokoju abym mogła skupić się i zrozumieć co dla mnie w życiu jest najważniejsze. Coraz mocniej realizuję, że im „mniej mam” tym „bardziej jestem” a im ” prościej żyję” tym „wznioślej myślę”.  Czy Wy też tak macie???

zupa z fasoli mung

       Dzisiejszy przepis na „najprostszą zupę świata” poznałam wieki temu. Zupę gotowała moja serdeczna przyjaciółka Acintya serwując ją w towarzystwie kaszy gryczanej i prostej surówki na nasze aśramowe śniadania. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie modyfikacje ten przepis przeszedł przez wszystkie te lata w mojej kuchni. W zupie wylądowało mnóstwo egzotycznych przypraw, bukiet wielorakich warzyw, śmietana, zioła, kostki sera panir i wiele innych „urozmaiceń”. Czy zupa była przez to lepsza? Pewnie tak. Ale czy to oznacza, że w swojej prostej oryginalnej formie nie była wystarczająco dobra? Czy dobre nie może pozostać PO PROSTU DOBRE bez komplikowania i udoskonalania na siłę?… Zapewniam Was, że może. Ta zupa jest tego NAJPROSTSZYM przykładem.



Mocno majerankowa zupa fasolowa

IMG_3058-horz       Przegapiłam w tym roku czas zbiorów fasolki szparagowej w swoim ogródku. Najpierw poświęciłam tak wiele czasu, żeby tą fasolkę posiać, doglądać, podlewać, pielić a kiedy przyszedł czas cieszyć się plonami tak zajęta byłam innymi „ważnymi sprawami” , że zwyczajnie zapomniałam. Jakież to znamienne dla dzisiejszych czasów. Najpierw coś tworzymy poświęcając temu wiele energii i naszego cennego czasu, dbamy o to, pielęgnujemy.  A na koniec kiedy nadchodzi czas plonów nie zbieramy ich… bo… jesteśmy zajęci „tworzeniem i pielęgnowaniem” następnej rzeczy.  Gonimy za czymś wiecznie, spiesząc się nie wiadomo po co a w międzyczasie … życie upływa nam na niedokończonych sprawach, niezebranych plonach, niewypowiedzianych słowach i niezamkniętych historiach. Przychodzi starość a my jakoś nie potrafimy pomóc naszemu życiu zatoczyć koła. Zostajemy tacy otwarci, niedokończeni, porozwalani, z tysiącami pragnień i niestarzejącym się hasłem ” I can’t get no satisfaction”.  Żyliśmy tak długo a pozostajemy jak dzieci, nie rozumiemy najprostszej lekcji, że… Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas a każda rzecz  w tym świecie ma swój początek, środek i koniec. Nasze życie również.

No ale to zupełnie nie o tym miało dzisiaj być! A może i o tym?

zioła, fasolka       Kiedy  poszłam wreszcie po rozum do głowy, żeby zebrać fasolkę okazała się stara, łykowata i gdzieniegdzie nawet pożółkła. Pierwsza myśl człowieka wychowanego w czasach konsumpcjonizmu- „Wyrwać, wyrzucić na śmietnik, pójść do sklepu, kupić nową”. Druga myśl człowieka który choć trochę ze swoim konsumpcjonizmem stara się walczyć „zrobić z tego jakiś użytek, odzyskać włożoną w to działanie energię, nie marnować”.  Skończyło się: zebraniem wszystkich strąków, wyniesieniem krzaków na kompostownik i wieczornym łuskaniem fasoli (oraz pyszną zupą na drugi dzień).

       No i jak w takiej scenerii  i z takimi  przemyśleniami nie wrócić po raz kolejny do lektury „Traktatu o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego?  Czytaliście tą książkę? Ja chyba z tysiąc razy. Znajduje się w moim Top 20 najlepszych książek. Cała jest popodkreślana i pełna notatek na marginesie. Można powiedzieć, że ją nie tylko przeczytałam ale i przestudiowałam. W 2007 roku Wiesław Myśliwski dostał za nią  NIKE- moim zdaniem całkiem zasłużenie.

traktat o łuskaniu fasoli       O czym jest „Traktat o łuskaniu fasoli” ? Ba! Żeby to sprecyzować trzeba by talentu literackiego Myśliwskiego. Specjalnie przeczytałam większość recenzji tej książki dostępnych w Internecie, żeby zobaczyć czy ktoś trafił w sedno. Nikt! Więc i ja się nie porywam. Bo co Wam napiszę, że ” to monolog rzeka, który wygłasza główny bohater do swojego nieoczekiwanego gościa podczas wspólnego łuskania fasoli”, że to „metafizyczne poszukiwanie sensu ludzkiego życia”, że „autor zadał w tej książce wszystkie najważniejsze pytania, które powinien sobie człowiek w życiu zadać”,  że ” to studium ludzkiego losu i zaduma nad tym czy rządzi nim przypadek czy przeznaczenie”? Oczywiście to wszystko jest prawdą ale jakże wybiórczą. Kunszt tej książki, jak i całej twórczości Myśliwskiego polega na opisywaniu rzeczy zwykłych, prozaicznych w filozoficzny sposób lub na odwrót może- opisywaniu głęboko filozoficznych tematów w zwykłych i prostych słowach??  Tylko Myśliwski potrafi napisać 20 stron książki „o przymierzaniu 1 kapelusza”, cały rozdział „o chrapaniu i jego ontologii”, epopeję o „schodach wiodących na półpiętro”, poemat o ” grze na saksofonie” czy  traktat o „łuskaniu fasoli”. Z pozoru proste i prozaiczne wręcz rzeczy czy sytuacje są przez niego drążone i przedstawiane w bardzo głęboki, przenikliwy, wręcz metafizyczny sposób. Jego bohaterzy to prości ludzie, którzy w prozie życia znaleźli odpowiedzi na pytania od wieków zadawane przez filozofów.

        Oto parę podkreślonych przeze mnie w książce cytatów:traktat o łuskaniu fasoli O WOLNOŚCI:

„Wolność , już w samym słowie, można powiedzieć ,kryje się jej zaprzeczenie. Podobnie jak w najpiękniejszym złudzeniu tli się rozpacz. Bo jeśli rozumieć to jako wolność od wszystkich przymusów to również od siebie. Przecież człowiek sam dla siebie jest najbardziej dokuczliwym przymusem. Często trudnym do zniesienia (…) Gdy tak nieraz się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że wolność to tylko słowo, jak wiele takich słów. Nie znaczą, co chciałyby znaczyć, bo to niemożliwe. Za wysoko mierzą i dosięgły złudzeń. I nie ma się co dziwić, skoro całe nasze życie to jedno pasmo złudzeń. Kierują nami złudzenia, powodują nami złudzenia. Złudzenia nas pchają, wstrzymują, wyznaczają nam cele. Rodzimy się ze złudzeń i śmierć też jest tylko przejściem z jednego złudzenia w inne.” (Ci wszyscy z Was, którym nieobca jest filozofia wschodu-powiedzcie: Czyż nie jest to kwintesencja opisu MAYI (iluzji otaczającego nas świata) ?)

O SŁOWACH:

„I żeby przez te wszystkie lata jeden do drugiego powiedział: -Masz tu gazetę.- Może nawet wystarczyłoby to jedno zdanie. Bo kto wie, czy w tym jednym zdaniu nie powiedzieliby sobie tego, czego nie powiedzieli przez te wszystkie lata. O w jednym zdaniu może się dużo zmieścić. Zdanie jest wymiarem świata, powiedział filozof. Tak, on. Czasem sobie myślę, czy nie dlatego tyle słów musimy przez życie powiedzieć, aby się mogło z nich wytopić to jedno zdanie. Jakie? Każdemu jego własne. Które mógłby człowiek w przypływie rozpaczy powiedzieć i nie skłamałby. Przynajmniej wobec siebie.”

” Milczenie też głos. I także słowa. Tylko, żeby tak powiedzieć, słowa, które straciły wiarę w siebie.”

O HISTORI:

„Nie pamiętam już , na której budowie pracował taki jeden w planowaniu. (…) Nie miał głowy do wódki , upił się i zaczął wygadywać, że go historia oszukała. Wyobraża Pan sobie, historia go oszukała. Jakby historia mogła kogokolwiek oszukać. To my oszukujemy wciąż historię , w zależności czego od niej chcemy. Zresztą według mnie każdy żyje za siebie i każde życie jest osobną historią. Że próbujemy to wlać w jedno naczynie, w jeden bezmiar, z tego nie wynika jeszcze prawda o człowieku.(…) Nic nie istnieje przecież w ogólności , a tym bardziej człowiek. Nie wiem skąd Pan na ten świat patrzy. Ja patrzę, tak jak Panu opowiadam z tej czy innej budowy. Byli to zawsze pojedynczy ludzie, jeden do drugiego niepodobny. Mówiło się załoga, tak jak mówi się historia, ale to tylko na zebraniach.”

O DZIECIŃSTWIE:

W tym wieku może się i wielu rzeczy nie rozumie, za to czuje się głębiej niżby się rozumiało. Nie mówiąc, że widzi się wszystko, widzi na przestrzał. Życia nie da się przed nikim zasłonić, a tym bardziej przed dzieckiem. Nie ma takiej kurtyny, żeby można zasłonić. Dziecko nawet przez kurtynę widzi. Czasem sobie myślę: czy to nie dzieci są naszym sumieniem. Potem coraz mniej się widzi. Świat już nie chce się tak w oczach odbijać. A dziecko nie musi nawet patrzeć . Świat mu się sam pod powieki wciska. Świat jest jeszcze wtedy przezroczysty. Niestety wyrasta się z tego. Dzisiaj trudno mi uwierzyć, że byłem kiedyś i ja dzieckiem. Pasłem krowy ale jakiż to dowód.”

O PAMIĘCI:

„Zresztą czymże jest pamięć, jeśli nie udawaniem, że pamięta się.. A to przecież jedyny nasz świadek, że byliśmy. Zależymy od pamięci jak las od drzew, a rzeka od brzegów. Powiem więcej, według mnie stworzeni jesteśmy przez pamięć. Nie tylko my, świat w ogóle. Toteż tak długo powinniśmy żyć na ile pamięć nam pozwala. (…) A zna Pan inną miarę życia?”

O MUZYCE:

„Bóg jest muzyką, a dopiero potem wszechmocą”

” Najpierw nabijał mi głowę, że saksofon to nie tylko narzędzie do grania. Złością gniewem czy obrazą nic u niego nie wskórasz. Cierpliwością i pracą. Pracą i sumiennością. Jeśli będziesz chciał, żeby saksofon się z tobą zbratał niczym dusza z ciałem, musisz się i ty otworzyć przed nim. Nie będziesz przed nim nic ukrywał to i on nie będzie przed tobą. A na każdy twój fałsz zatnie się i nie popuści. Ani wyżej ani niżej choćbyś płuca wydmuchał. Nie wystarczy zresztą płucami. Będzie grał, a będzie martwy. Musisz całym sobą grać, także swoim bólem, swoim płaczem, swoim śmiechem, nadziejami, snami, wszystkim co jest w Tobie, całym twoim życiem. Bo to wszystko muzyka. Ty jesteś muzyką, nie saksofon.”

O MIŁOŚCI:

” No i niech Pan mi powie, czy to była miłość? Według mnie miłość to niedosyt istnienia. A my byliśmy obolali istnieniem. Ona, co prawda, była  kilka lat ode mnie młodsza, ale upłynęło już sporo odkąd przestała być młoda. (…) Nie podejrzewała zapewne, że gdy patrzyłem na nią , jak się rozbierała, czułem coś takiego, jakbym stawał się bogatszy o wszystkie jej obolałości, o jej cierpienia, o jej przemijanie. (…) Nie, nie o to chodzi, że współcierpiałem z nią. Czy zresztą miłość potrzebuje współcierpienia? Chodzi mi o to, że odczuwałem jej istnienie jako moje istnienie. Pyta Pan co to znaczy? To, że jakby Pan całe brzemię czyjegoś istnienia chciałby wziąć na siebie. (…) Na sama taką , choćby wyobrażoną, możliwość, czułem, że chce mi się znowu żyć. Mówi Pan, ze to niemożliwe. (…) Tylko wobec tego co powinno być miara miłości? Jeśli pod tym nic nie znaczącym słowem pan i ja to samo byśmy rozumieli? Według czego mielibyśmy ją odczuwać? Według pożądania ciała. Ciało ma swój kres…”

majeranek, fasolka       Jeśli są wśród Was Ci którzy czytali już „Traktat…” (lub może znajdą się tacy, którzy po książkę sięgną po przeczytaniu tego tekstu) proszę spróbujcie odpowiedzieć mi na pytanie:  Czy tak jak ja uważacie, że „przypadkowy gość, który przyszedł kupić fasoli” i któremu bohater opowiada całe swoje życie to po prostu… jego śmierć? Żaden z krytyków literackich nie pisze o tym wprost (może im nie wypada, może to za banalne). Mnie się jednak tak wydaje, szczególnie po tym cytacie:

       „Źle Pana zrozumiałem?   To widocznie nie o tym samym mówimy.   O tym samym?   W takim razie dlaczego dopiero teraz Pan się zjawia? Dlaczego nie wtedy? Były i inne okazje. Nie musiałbym aż dotąd udawać. To prawda, że całe życie musimy udawać, aby żyć. Nie ma chwili, żebyśmy nie udawali. I nawet sami przed sobą udajemy. W końcu jednak przychodzi taka chwila, że nie chce nam się dłużej udawać. Stajemy się sami sobą zmęczeni. Nie światem, nie ludźmi, sami sobą. Tylko nie sądziłem, że to już.”

majeranek, fasola łuskana
No i jeszcze na koniec może będziecie tak uprzejmi i podpowiecie mi jak to teraz zgrabnie spuentować ?  Jak po takiej dawce mądrości nawiązać do przepisu na zupę fasolową? (przepyszną!) Że, co? Że nie da rady? Że, trzeba by mieć talent Myśliwskiego? Macie zupełna rację. Ja takiego talentu nie mam  więc się nie porywam. Życzę Wam tylko ciekawej lektury i smacznego.



Zupa miętowo-groszkowa

zupa groszkowa       Zupa dla najprawdziwszej księżniczki na ziarnku grochu. Choć ma w sobie coś z pokornej prostoty to jednak jest kwintesencją świeżości i wytworności.  Subtelna a zarazem sycąca, idealna na letnie przyjęcia oraz nieśpieszny obiad jedzony na werandzie. Dla mnie : lato uosobione, pochwała prostoty w kuchni, jeden z tych przepisów gdzie „mniej znaczy więcej”.zupa z zielonego groszku       Dobra zarówno ze świeżego jak i mrożonego groszku. Jeśli użyjecie świeżego ważne, żeby był mięciutki, soczysty i słodki. Taki który z przyjemnością zjecie na surowo. Jeśli ziarenka są już twardawe a strąki nie mają soczyście zielonego koloru- to nie jest groszek do tego przepisu! Tu liczy się jakość i świeżość każdego składnika- ponieważ jest ich mało powinny być najlepsze. zielony groszek

       Jeśli przyszłoby Wam do głowy robienie tej zupy z groszku w puszce- to zdecydowanie odradzam. W ogóle odradzam groszek w puszce. Wydaje mi się, że konserwowanie i sprzedawanie groszku w tej formie wyrządziło mu wiele złego.  Większość ludzi która „nienawidzi zielonego groszku”- próbowała go właśnie TYLKO w tej puszkowej wersji.

zupa groszkowa z miętą

       To co świeże zawsze jest najlepsze -wiedzą o tym wszyscy, którzy uprawiają groszek w ogródku. Sezon na to warzywo trwa jednak zbyt krótko i właśnie się kończy. Poza sezonem jedynym dobrym rozwiązaniem jest groszek mrożony. Mrożone ziarenka zachowują swoją świeżość, są soczyste (nie mączne jak te z puszki), słodkie i obłędnie zielone. Swoją drogą, jak oni to robią? Gotowany, nawet najświeższy, groszek nie ma takiego intensywnego koloru. Czyżby go barwili?? (popatrzcie na  zdjęcie poniżej). Mam nadzieję, że nie!

       Mrożony groszek gotuje się tylko chwilę (po zalaniu wrzątkiem wystarczą 2-3 minuty) możecie używać go wszędzie tam gdzie do tej pory wykorzystywałyście groszek w puszce.  Np. wasza sałatka z majonezem nabierze zupełnie innego świeżego i lżejszego smaku – spróbujcie koniecznie.

zielony groszek

       Drugi ważny składnik tej zupy to liście mięty- one są nutą szlachetności w tym duecie. Powinny być delikatne, najlepsze te zrywane z samych czubków gałązek, jeszcze lepsze te uprawiane w domu w doniczkach (ich listki są zawsze delikatniejsze). Jeśli liście będą twarde zupa też będzie smaczna, jednak nie zmiksują się idealnie na krem i będziecie wyczuwać ich kawałeczki podczas jedzenia (a może nie warto się tym przejmować?, może przepuśćcie wszystkie moje uwagi na temat składników przez filtr informacji że pisze je chorobliwie perfekcyjna perfekcjonistka;-))  Mięty w przepisie ma być dużo, nie obawiajcie się jej.

zielony groszek zupa z miętą

       Przepis nie jest wegański ale można go łatwo zmodyfikować używając mleka lub śmietanki kokosowej zamiast kremówki a masło po prostu pominąć. Nigdy go nie robiłam w takiej wersji jednak wierzę, że zupa będzie OK. (robię np. szparagową zupę krem z mlekiem kokosowym i smakuje nieziemsko). Zupę można podawać z grzankami, prażonymi płatkami migdałów lub innymi dodatkami, np. z kwiatami rumianku jak na zdjęciach (są jadalne).
Teraz nie pozostaje mi już nic innego jak życzyć smacznego wszystkim księżniczkom i ich paziom;-)))