Zupa z rzodkiewek i rzodkiewkowa sesja dla magazynu Moje Gotowanie

    Witam serdecznie i prezentuję dziś cudnie wiosenną sesję rzodkiewkową z jej główną bohaterką- zaskakująco dobrą zupą z rzodkiewek i szalotek. I nie to nie jest chłodnik lecz zupa na ciepło z prawdziwego zdarzenia.      Cała rzodkiewkowa sesją powstała na zlecenie magazynu Moje Gotowanie do kwietniowego wydania, które można już znaleźć w kioskach. Znajdziecie tam przepisy na ciekawe podanie rzodkiewek w temperowanym maśle- idealne na przyjęcia (no spójrzcie tylko na zdjęcie powyżej!), jest też receptura na kiszone rzodkiewki (jedliście kiedyś? – jeśli nie koniecznie spróbujcie!).     Zdradzam też sekrety mojego idealnego twarożku rzodkiewkowego, który wiosną zawsze podaję z młodymi ziemniaczkami, mniam! I na koniec moje odkrycie tegorocznego sezonu, prosta sałatka z rzodkiewką i koprem włoskim podawana na ricottie- to połączenie smaków mnie zaskoczyło i skradło moje serce. Szczególnie, że dzisiejsza sesja powstawała na Sycylii gdzie koper włoski jest najsmaczniejszy na świecie a i ricottę bardzo zacną mają 🙂       Przy całej sesji asystowała mi moja nieoceniona asystentka Anna Simon, dzielnie gotując i przygotowując wszystkie potrawy do tego materiału. Oj czegośmy nie przeżyły podczas powstawania tej i kolejnych 5 innych sesji, które pojechałyśmy robić na początku marca na Sycylię 🙂 To  był jeden z najbardziej „przygodowych” wyjazdów w mojej ponad 5 letniej praktyce zawodowej. Mam nadzieję opisać Wam to wkrótce na blogu.



Gazpacho po portugalsku

gazpacho-1a-horz

         Od ponad roku współpracuję z podróżniczym Magazynem Voyage. Uwielbiam te kulinarne „podróże”, które odbywam dzięki pracy dla Voyage. Często moje teksty muszą dotyczyć nie tylko konkretnego kraju ale bardziej specyficznie regionu lub miasta. Czasami mogę skonsultować menu z autorem tekstu podróżniczego (któremu mój materiał towarzyszy) częściej jednak muszę sama zgłębić i rozpracować tradycje kulinarne danego regionu.
To bardzo fascynujące zajęcie i z reguły wciąga mnie na cały dzień. Jeśli byłam w danym miejscu- sięgam do moich przepastnych „przepisowych zeszytów” i przenoszę się w „czasoprzestrzeni” na inny kontynent 5, 10, 15, 20 lat temu. Nagle z odchłani mojej pamięci wynurzają się miejsca, zapachy, smaki, kolory, aromaty i przede wszystkim ludzie, ludzie, ludzie. Ci, którzy potraw uczyli mnie gotować, ci którzy odkrywali przede mną nowe smaki i Ci, dla których dane mi było gdzieś na drugim końcu świata gotować. (więcej o tym piszę tutaj)

       Zdarza się jednak, również tak, że muszę napisać o tradycjach kulinarnych miejsca, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Wtedy buszując po Internecie  zgłębiam menu lokalnych restauracji, szukam małych producentów i wytwórców żywności, czytam o zwyczajach kuchennych regionu o jego historii i kulinarnej tradycji. Przepadam z zupełnym kretesem przeznaczając na to dużo więcej czasu niż powinnam takie to jest fascynujące i wciągające. Dowiaduję się o nowych potrawach, nowych sposobach przyrządzania starych receptur a czasami nawet o składnikach, o których istnieniu nie miałam do tej pory bladego pojęcia.

      Często tak mnie zaintryguje opisywane miejsce, że budzi się we mnie pragnienie aby tam pojechać tylko po to aby skosztować tych wszystkich specjałów. Oczywiście mogę sobie je sama ugotować (co oczywiście robię, wypróbowując przepisy dla Voyage) ale to przecież nie to samo- sami wiecie.

W ten właśnie sposób zapragnęłam pojechać do Alentejo południowego regionu Portugalii, gdzie serwują to oto gazpacho. Robią to tam po swojemu, inaczej niż w sąsiedniej Hiszpanii, dodają do zupy pokruszony czerstwy chleb. Czyni on portugalskie gazpacho daniem nie tylko ożywczym i dodającym ochłody w upalne lato ale jednocześnie bardzo sycącym. Spróbujcie koniecznie- jeśli możecie to w Alantejo -jeśli nie, to chociaż w swojej kuchni. Na nieodpuszczające tego pięknego lata upały przepis IDEALNY!

Przepis ukazał się w 2014 roku, we wrześniowym numerze magazynu Voyage.

IMG_9094-horz



Zupa z pora- czyli pora na zmiany

IMG_1761-horz

       Znacie to uczucie, kiedy czegoś bardzo, bardzo pragniecie i w końcu to Wam się przydarza? Na początku nie wierzycie, potem przez chwilę szczerze się cieszycie by po niedługim czasie zrealizować, że nowa sytuacja nie jest jednak tak wspaniała jak Wam się jawiła w marzeniach.

      Cóż, taki właśnie jest ten świat- nie ma w nim sytuacji idealnych. Filozofowie wschodu nauczają, że znalezienie trwałego zadowolenia w połączeniu z nietrwałą materią graniczy z cudem. Oczywiście nie powstrzymuje to żadnego z nas aby jednak wciąż próbować to robić.  Problem jednak w tym, że szukając szczęścia tam gdzie go nie ma  z góry skazujemy się na porażkę. Nawet jeśli przez moment (dłuższy czy krótszy) wydaje nam się, że odnaleźliśmy wielki skarb- to po  chwili (dłuższej lub krótszej) konstatujemy że kawałki pokruszonego szkła, które braliśmy za prawdziwe diamenty- niestety nimi nie są.

      Dochodzi do tego jeszcze problem dualności otaczającego nas świata. Wszystko tu jest nietrwałe, przychodzi i odchodzi, zmienia się jak w kalejdoskopie. Szczęście- nieszczęście, ciepło- zimno, młodość-starość, zdrowie-choroba, ból- euforia, zadowolenie-smutek, sukces-porażka. Wahadło cały czas się porusza.

     Od wieków jogini i mistycy (poprzez medytację i modlitwy) szukają sposobu aby znaleźć stan harmonii i pozostać niewzruszonym na dualność tego świata. Niewpadanie w euforię (lub depresję) za każdym razem kiedy wahadło odchyla się w jedną ze stron bardzo pomaga utrzymać stan równowagi i daje wewnętrzny spokój.  A spokój wbrew pozorom ma więcej wspólnego ze szczęściem niż zdobywanie celów i pogoń za pragnieniami.

IMG_1822-horz

       Hola! Hola!- zawołacie- Czy to nie Ty nas tutaj cały czas popychasz i inspirujesz żebyśmy się starali, gonili marzenia i nie poddawali, kiedy napotkamy przeszkody? Czy sama właśnie tego nie robisz- wyznaczasz sobie cele, starasz się je realizować, mieć aspiracje powyżej tego co daje Ci los???!

Otóż oczywiście- macie rację. Tak właśnie robię. Niestety coraz częściej, najpierw z wielkim smutkiem a potem z jeszcze większym zrozumienie konstatuje, że moje szczęście niestety nie zależy od realizacji marzeń (moich czy cudzych) oraz osiągania wyznaczonych celów. (No to wsadziłam kij w mrowisko!)

       Spójrzmy jednak na mnie choćby teraz. Jestem w sytuacji wydawałoby się „idealnej”. Spełniły się moje marzenia. Moje hobby i pasja stały się moim zawodem. Dostaję dużo ciekawych propozycji. Robię to o czym tysiące osób marzy i do czego dąży. Mój kalendarz pęka w szwach, grafik mam wypełniony już do końca czerwca. Realizuję plany, o których nie śmiałabym kiedyś nawet śnić.  Ale…

      Jeśli mnie szczerze zapytacie, czy jestem przez to BARDZIEJ szczęśliwa (niż byłam zanim to osiągnęłam) z głębokim przekonaniem odpowiem Wam- NIE, NIE JESTEM.

    Wcale nie oznacza to, że to co robię teraz, nie daje mi satysfakcji i że się pomyliłam wybierając zajęcie, w którym się nie spełniam czy nie realizuję. Uwielbiam robić to co robię teraz (tak samo jak lubiłam moją poprzednią pracę). Coraz częściej jednak są takie chwile w moim obecnym życiu kiedy po prostu brakuje mi czasu na fundamentalne potrzeby- refleksje i pomyślenia nad swoimi uczuciami. Przez ostatnie 2-3 miesiące tyle wyzwań przede mną i takie duże oczekiwania, tyle ludzi coś ode mnie chce, tak dużo mam do zrobienia, że czasami mam ochotę powiedzieć  „A dajcie mi wszyscy święty SPOKÓJ”. I właśnie zaczęłam rozumieć, że spokój jest tym co zgubiłam po drodze do sukcesu. Wsiadłam na jakiegoś szalonego konia, co prawda niesie mnie niby w kierunku który sama obrałam, jednak w swoim galopie jakoś wcale nie zważa na to, że poobijał mi kości i porobił odciski i że jazda na nim wcale nie przynosi już tak wiele przyjemności.

       Nagle zabrakło mi czasu dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół. Nawet zabrakło mi czasu na bloga (za co Was serdecznie przepraszam). Zgubiłam gdzieś po drodze to co najcenniejsze moją wewnętrzną harmonię i czas dla siebie.

       Zrealizowałam to niedawno kiedy jechałam z synem do szkoły pewnego pięknego słonecznego ranka. „Super dziś pogoda, piękne światło. Pewnie będziesz fotografować?” spytał synek (mądre dziecko fotografa, które potrafi rozpoznać dobre do robienia zdjęć światło). A ja szybko robiąc bilans swoich obowiązków na ten dzień zrozumiałam, że mam tyle spraw do załatwienie, tyle maili na które muszę odpowiedzieć, tyle prezentacji do przygotowania i kontraktów do negocjacji i tyle innych „ważnych i niecierpiących zwłoki spraw” że czasu na fotografię mi już po prostu nie starczy. A nawet jeśli się tak stanie to będzie to robiony w pośpiechu kolejny projekt dla klienta. Że nagle zabrakło mi czasu aby się  nad czymś uważnie pochylić, zachwycić tym i uwiecznić tego piękno na fotografii.

 „Ot kapryśna księżniczka się znalazła” – powiecie. Dostała dar od losu i nie potrafi go docenić a tylko wybrzydza. Bycie człowiekiem sukcesu (nie mówię, że nim jestem) to takie poprawne w dzisiejszych czasach. Musisz odnosić sukces na tak wielu polach i do tego powinieneś być zadowolony, szczęśliwy, spełniony. Inna opcja nie wchodzi w grę.

       Nie zastanawiało Was nigdy dlaczego większość tych słynnych ludzi sukcesu tylko w kolorowych magazynach wydaje się być szczęśliwa a jak spojrzeć na ich życie to jest ono pełne nałogów, uzależnień, problemów ze sobą i bliskimi? Czyż nie powinni być wdzięczni losowi, że mają tak wiele, tak wielki osiągnęli sukces i my malutcy patrzymy na nich i marzymy, żeby znaleźć się na ich miejscu. Dlaczego nie są szczęśliwi? My na ich miejscu z pewnością bylibyśmy.

IMG_1877-horz

      Może po prostu dlatego, że sukces i szczęście najczęściej nie idą w parze. A co więcej – w żaden sposób od siebie nie zależą.  Że zrobienie czegoś wspaniałego, osiągnięcie wielkiego celu, bycie podziwianym przez innych czy nawet miliony fanów na FB nie są żadnym gwarantem szczęścia. Szczęście jest schowane gdzie indziej i sztuką jest je odnaleźć i pielęgnować. Szczęście to stan naszego umysłu a nawet bardziej naszego serca i mniej zależy od osiągniętego sukcesu a dużo bardziej od naszego wewnętrznego spokoju. A spokój to nic innego – według filozofów- jak nie poddawanie się dualizmom tego świata.

       Czy tego chcemy czy nie, ten świat a wraz z nim nasza sytuacja będą zmieniać się nieustannie (jak pory dnia czy roku). Dziś odniesiemy sukces- jutro porażkę, dziś nas będą kochać- jutro nienawidzić, dziś jesteśmy wyrocznią- jutro wszystkim wydamy się głupcem. Uzależnianie swojego stanu od tak zmiennego czynnika (na który na dodatek nie mamy zbyt wielkiego wpływu) jest po prostu nierozsądne. Tak twierdzą filozofowie wschodu i mają niezaprzeczalną rację. Łatwo to jednak tu napisać, dużo trudniej zrozumieć a jeszcze trudniej zrealizować i zastosować w swoim życiu. Wydawać by się mogło, że mnie, która zna tą mądrość od co najmniej 20 lat i której Guru i inne święte osoby cały czas o tym przypominają powinno być łatwiej. A tu proszę nic z tego. Po raz kolejny i kolejny konstatuje, że szukam szczęścia tam gdzie go znaleźć nie mogę bo go tam po prostu nie ma.

      Dlatego coraz częściej zadaje sobie również pytanie- ile jeszcze razy będę musiała kaleczyć się kawałkami pokruszonego szkła, żeby w końcu przestać ulegać ich nieprawdziwej wartości?  Kiedy w końcu uda mi się zrozumieć nauki mędrców i wyruszyć na poszukiwanie prawdziwych diamentów? A co ważniejsze jak i gdzie tych diamentów szukać?

     Drogowskaz, który (wg. mnie) wskazuje w jedynym autentycznym kierunek tej drogi (przynajmniej tak mnie się coraz częściej wydaje) od wieków używany był przez rzesze świętych, mistyków i filozofów. Według nich diamenty znaleźć można li i jedynie w głębokim filozoficznym zrozumieniu że nie jesteśmy tym materialnym ciałem. Jesteśmy DUSZĄ, która z dualną materią nie ma za wiele wspólnego i dlatego nie potrafi znaleźć tu szczęścia. Odnajduje je dopiero kiedy wraca na swoją naturalną pozycję, którą jest  …  obcowanie z Bogiem.

IMG_1784-horz

       Z takim odważnym i mało popularnym w dzisiejszych czasach stwierdzeniem zostawiam Was w ten deszczowy Wielkanocny poranek. Czy jest jakiś lepszy dzień w roku do rozmyślań nad tym problemem?

      Zmierzcie się z nim sami bo ja idę właśnie po raz kolejny prostować drogi swojego życia. Tak żeby choć trochę zmierzały w … stronę kopalni diamentów.  Wybaczcie więc jeśli mnie tu znowu dłuższą chwilę nie będzie.  Kiedy tylko okiełznam i spowolnię narowistego konia, wyleczę pogruchotane kości i usunę odciski- wrócę. Obiecuję.

      Zostawiam was z przepisem na zupę porową- jest pyszna. A czy ma coś wspólnego z dzisiejszymi przemyśleniami ? Może tylko to, że w całym moim ostatnim zabieganiu czekała aż 5 miesięcy żeby w końcu tu się dla Was pojawić. Zdecydowanie jej się należało.



Zupa z pieczonych marchewek

IMG_1009-tilebb      Ostatnio jedna z moich czytelniczek zadała mi w mailu dość dziwne pytanie- „Co sądzisz o fioletowych marchewkach?”. Otóż jeśli jest jeszcze ktoś kogo interesuje co sądzę o fioletowych marchewkach to ogłaszam wszem i wobec, że… „sądzę, że są PYSZNE”. Tak samo jak pomarańczowe, żółte i białe, ni mniej ni więcej- tak samo. IMG_1028-tileb       Co roku uprawiam w moim ogrodzie parę odmian i kolorów jednego szczególnego warzywa specjalnie do fotografii. (Taki jestem świr fotograficzny, a co! ). W zeszłym roku były to pomidory (popatrzcie tutaj) w tym roku była marchewka. Cała marchewkowa tęcza! (Stąd moja świeża i klarowna opinia na temat każdego koloru marchewki.)  Co prawda, przez całe lato nie mogłam się zebrać, żebym wam tą marchew zfotografować i pokazać. Dopiero niedawno, kiedy wyrywałam ostatnie małe sztuki z ogrodu skonstatowałam, że przecież jeszcze w tym roku nie uwieczniłam na zdjęciach kolorowej marchewki, którą to przecież w tym celu właśnie posadziłam (taki ze mnie pokracznie zakręcony świr fotograficzny!) !  Zabrałam się wiec do dzieła a przy okazji wypróbowałam pomysł na przepis, który chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu. IMG_1043-tile       Zupy z pieczonych warzyw goszczą dość często na naszym stole. Uwielbiamy tą z pieczonej dyni i z pieczonej papryki. Moja najlepsza pomidorowa to ta przyrządzana z pieczonych pomidorów. Uważam, że uprzednie pieczenie warzyw pomaga osiągnąć zupie lepszy, głębszy, pełniejszy smak. Tym razem postanowiłam spróbować z marchewkową i też się nie zawiodłam. Dodatek imbiru, dużej ilości soku z cytryny, pieczonego czosnku i mojego ulubionego ostatnio tymianku cytrynowego bardzo pomaga.

       Tak naprawdę to same pieczone marchewki są już wystarczająco pyszne i w takiej pieczonej formie można je pałaszować. Ja tak właśnie robię a  tylko z niewielkiej ich części robię sobie bardzo gęstą zupę, która służy mi  jako dip marchewkowy do…  marchewek.

 Jak marchewkowo- to na całego!  A co! W końcu świrom można wszystko 😉

IMG_0893-(1)-tilevv



Chłodnik z Avokado

Chłodnik z Avokado       Dziś zupełnie na RÓŻOWO bo o 3 ulubionych przeze mnie różowych rzeczach. O chłodniku z dodatkiem soku z buraków, o czarnej soli (która robi się różowa dopiero kiedy się ją zmieli ) i o jaskrach azjatycki- moich ukochanych kwiatach- które już niebawem zaczną kwitnąć.  Od czego zacząć? Może od chłodnika.Avokado i Kala Namak       Kiedy w sklepach pojawia się pierwsza botwinka a za oknem pierwsze gorące dni- na naszym stole pojawia się ten oto chłodnik. Jestem wielbicielką fermentowanych produktów mlecznych w każdej postaci. Połączenie ich wszystkich w jednej zupie jest dla mnie sytuacją idealna. Czy jest coś lepszego na upał niż szklanka zimnej maślanki lub jogurtu? Jeśli dodamy do niej świeżych warzyw i ziół oraz kremowe i pożywne awokado- okazuje się, że otrzymamy danie idealne. Nie tylko, żeby zaspokoić nasze pragnienie ale i nasz apetyt, który często przecież podczas upałów jest niewielki. Jeśli sama zupa nam nie wystarcza, podajmy ją z młodymi ziemniaczkami. Mogą być gotowane lub jeszcze lepiej pieczone w piekarniku na odrobinie oliwy z oliwek ze świeżymi ziołami (moja ulubiona mieszanka do ziemniaków to: rozmaryn, tymianek i oregano).

      Lubię i cenię chłodniki nie tylko za ich zdolność obniżania temperatury ludzkiego ciała ale również za walory smakowe oraz kremową konsystencję. Dodatek awokado wydaje się tą jedwabistą konsystencję chłodnika jeszcze podkreślać.  Z tego samego powodu nie kroję lecz ścieram na tarce warzywa dodawane do zupy- w takiej formie bardziej pasują mi do ulubionej konsystencji. Jestem z tych, którym słońce zabiera energię, kiedy jest gorąco, nic mi się nie chce, ograniczam moje czynności do minimum. Kiedy mogę zjeść wtedy coś co nie wymaga zbytniego ruszania żuchwą- jestem szczęśliwa.  Jeśli jednak Wy należycie do tych którzy lubią chrupać , pokrójcie wasze rzodkiewki i ogórki w plasterki zamiast je ścierać.

      Dodatek soku z buraków jest moim ukłonem w stronę wyglądu zupy. Sami powiedzcie- Czyż to nie piękny kolor? A jak przy tym jest zdrowo! W ogóle jakby zliczyć te wszystkie witaminy, mikroelementy i całą korzystną florę bakteryjną w produktach mlecznych to okazuje się, że to super zdrowa zupa. Na dodatek ma jeszcze jeden bardzo zdrowy składnik- czarną sól.

Chłodnik z Avokado        Czarna sól wywodzi się z kuchni indyjskiej gdzie nazywana jest Kala Namak (warto ją pod taką nazwą szukać w Internecie). Jest to bogata w mikroelementy sól kamienna pochodzenia wulkanicznego (stąd tak dużo w niej związków siarki odpowiedzialnych za różową barwę oraz za jej specyficzny „jajeczny” aromat).  Można ją kupić w naturalnych sporych czarno szarych bryłkach lub w postaci zmielonej- wtedy jest to różowy proszek (polecam formę sproszkowaną, chyba, ze lubicie wielogodzinne tłuczenie soli w moździerzu).  Kala namak mieści się w pierwszej dziesiątce najczęściej używanych przeze mnie przypraw. Jej specyficzny aromat idealnie komponuje się z nabiałem oraz bardzo dobrze sprawdza się jako „nuta jajeczna” w  bezjajecznych majonezach i innych sosach. Do tego sól ta ma walory chłodzące organizm- super więc nadaje się do chłodników.  Kala namak uwalnia swój aromat dopiero w solance czyli wtedy kiedy zmiesza się ją z jakimś płynem. Nie bądźcie więc rozczarowani, kiedy sól kupicie powąchacie i nic nie poczujecie. Wsypcie łyżeczkę soli do wody zamieszajcie i wtedy powąchajcie- mnie od tego zapachu od razu przychodzi wspomnienie uzdrowiska i wód solankowych typu Zuber. Chłodnik bez czarnej soli też będzie dobry- trzeba ją zastąpić solą zwykła- jednak mniejszą ilością. Sól czarna tak samo jak himalajska jest trochę mniej słona niż nasza zwykła sól spożywcza. Według mojego doświadczenia 1 łyżeczka czarnej soli= 3/4 łyżeczki soli zwykłej.  Więcej o kala-namak możecie przeczytać tutaj. Zachęcam do nabycia małego opakowania mielonej czarnej soli, użyjecie jej ze mną jeszcze nie raz- obiecuję. Chłodnik  i czarna sól       A na koniec o moich ulubionych różowych kwiatach. Na świecie jest ponad 400 gatunków dziko rosnących jaskrów (w tym parę w Polskich Tatrach) jednak tylko jeden – jaskier azjatycki (rununculus asiaticus)- jest uprawiany w szklarniach na kwiaty cięte oraz doniczkowe. Naturalnie rośnie w Iraku, Turcji, Syrii oraz Afryce Północnej. Nie potrzebuje wysokich temperatur wiec całkiem dobrze radzi sobie również w naszych ogrodach. Wyrasta z bulw, które można kupić w dobrych sklepach ogrodniczych. W ogrodzie kwitnie od czerwca do sierpnia, w doniczkach na balkonie może dużo wcześniej. Jaskry występują w różnych kolorach: białych, żółtych, kremowych, czerwonych i najbardziej przez mnie ukochanych- różowych. Więcej o uprawie jaskrów możecie przeczytać tutaj. Sezon kwitnienia jaskrów zbiega się zawsze w moim ogrodzie z sezonem jedzenia chłodników. Różowe jaskry tak idealnie pasują kolorem do mojego chłodnika, że gdybym mogła oberwałabym im wszystkie płatki i podawała razem z zupą. Nie mogę jednak, jaskry akurat w przeciwieństwie do wielu kwiatów, są zupełnie niejadalne. Nie przeszkadzało mi to jednak aby je dla Was sfotografować i pokazać razem z chłodnikiem. Czyż  nie pasują do siebie idealnie? Chłodnik z Avokado Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam samych upalnych dni na nadchodzący długi majowy weekend. Takich w sam raz aby naszła Was ochota na wypróbowanie przepisu na ten pyszny chłodnik. Smacznego!



Barszcz, który zwiedził świat

IMG_4225-horzbbb

       Przez wiele lat podróżowałam w międzynarodowej grupie artystycznej, która była istnym tyglem narodowości. Mieliśmy wśród nas paru Hindusów, paru Nowozelandczyków, kilku: Amerykanów, Francuzów, Anglików,  2 tancerki: jedną z Rosji drugą z RPA, czarnego saksofonistę  z Liverpoolu, jednego prawdziwego Szkota, jedną Włoszkę, sporo Polaków oraz strasznie wybrednego i niemiłosiernie narzekającego Australijczyka. Wszyscy jak jeden mąż wegetarianie.

        Sporą część roku spędzaliśmy w Polsce organizując imprezy plenerowe prezentujące kulturę Indii nad Polskim Bałtykiem. Był to początek lat dziewięćdziesiątych. Kto pamięta te lata wie jak trudno było wtedy w Polsce być wegetarianinem. W sklepach poza sezonem właściwie nie można było kupić warzyw innych niż kapusta, buraki, marchew, pietruszka i ziemniaki. Dostanie dobrego ryżu graniczyło z cudem, rynek przypraw właściwie nie istniał nie mówiąc już o jakichkolwiek egzotycznych fasolach, ziołach, owocach czy ziarnach. Nawet zakup pełnoziarnistej mąki wymagał specjalnych aranżacji. Avokado? A co to?- pytali w sklepach. Kiełki? Jogurt naturalny?- to były produkty z serii „zrób to sam”. Nawet klasyczny poczciwy przecier pomidorowy był wielkim rarytasem bo wszędzie zastępowano go puszkowanym koncentratem- niemiłosiernie napakowanym benzoesanem sodu. Na większości produktów nie wypisywano składu więc nie miałeś pojęcia, czy połowa rzeczy którą miałbyś ochotę kupić tak naprawdę nadaje się dla wegetarian- więc je omijałeś. Restauracje?- zapomnij. Nikt z całej grupy nie odważyłby się stołować tam po wegetariańsku. Jedyną alternatywą, która pozostawała było … gotować sobie samemu.

       I tak oto właśnie któregoś deszczowego i szarego października, na zapomnianej polskiej prowincji, gdzieś w okolicach Wałbrzycha ( gdzie cała nasza artystyczna grupa odbywała swoje próby)- wylądowałam w starej hotelowej kuchni. Kuchnia była okropna, nie miała ani jednego piekarnika , małą  kuchnię z 4 niedużymi palnikami oraz obleśną elektryczną patelnię do smażenia kotletów z tak dużą ilością spalonego smalcu, że przyprawiała mnie ona o odruch wymiotny za każdym razem kiedy tylko pomyślałam o jej umyciu (w końcu 2 Nowozelandczyków na moją prośbę wyniosło ją do piwnicy). Nie było w tej kuchni nic atrakcyjnego ani inspirującego do gotowania oprócz jednej jedynej rzeczy… akustyki miejsca. Dostrzegła to od razu Angielka, występująca jako back-vocal w naszym zespole. Umilała mi potem gotowanie śpiewając przeboje Whitney Huston oraz Phila Colinsa. I wierzcie mi, gdyby nie ona i jej przepiękny głos, nie wiem jak przeżyłabym tą pamiętną jesień.

barszcz        Bo zdecydowanie gotowanie tej jesieni do łatwych nie należało. Hindusi już pierwszego dnia oprotestowali brak świeżego zielonego chili do każdego posiłku, Włoszka orzekła, że polski makaron nadaje się do wszystkiego tylko nie do jedzenia, Anglicy zażądali świeżego pomarańczowego soku na każde śniadanie a rosyjska tancerka przestrzegania jej specjalnej diety. Saksofonista tak naprawdę „nie miał nic do mojego gotowania” tylko przyszedł spytać „czy w tym kraju istnieją jeszcze jakieś inne warzywa niż ziemniaki?”. Wszystkich udało mi się jakoś ułagodzić i wytłumaczyć sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Wszystkich oprócz… Australijczyka. Australijczyk bojkotował moje gotowanie codziennie i zawsze miał do niego jakieś ALE. „Kapusta jest dla krów”, „kukurydza dla koni”, „kasza gryczana dla kur”, a „ogórki kiszone to świństwo więc nadają się tylko dla świń”. „Gdzie jest jedzenie dla cywilizowanych ludzi. Czy w tym dziwnym kraju jecie coś NORMALNEGO”? „Pierogi są obleśne”, „kopytka to świństwo”, barszcz to „różowe pomyje”a „bigos- to niejadalna breja”.

       Mówię Wam, ten człowiek miał MOC. Po miesiącu wysłuchiwania jego codziennej krytyki- w końcu mu uwierzyłam. „Polska kuchnia w moim wykonaniu nie może smakować obcokrajowcom”- do takich wniosków mnie doprowadził. Konkluzja ta dziwnie spleciona w moim umyśle z przebojami Whitney Huston pozostała tam przez następne 20 lat. I przez te wszystkie lata kiedy gotowałam w tak wielu krajach i dla ludzi tak wielu narodowości gdzieś z tyłu umysłu miałam zawsze ” nie popełnij błędu z hotelowej kuchni, nie serwuj polskich specjałów zagranicznym gościom”. Stałam się więc ekspertem w wegetariańskich daniach kuchni włoskiej, indyjskiej, francuskiej czy amerykańskiej i takie dania serwowałam tym dla których gotowałam.  Polską kuchnię zostawiłam dla Polaków.
barszcz

       Wiarę, że może być inaczej przywrócił mi prezentowany dzisiaj barszcz. A właściwie jego zupełnie niewinne zdjęcie (to po prawej w środkowym dyptyku).  Ta miska barszczu w towarzystwie platerowanej łyżki sfotografowana któregoś lata na starej drewnianej walizce- obiegła niemal cały internetowy świat. Zamieściłam fotografię w moim portfolio na jednym z międzynarodowych portali dla fotografów. Stamtąd bardzo szybko trafiła na Pinterest a potem do tysiąca różnych innych miejsc w Internecie. A ja dowiadywałam się o tym tylko dlatego, że co jakiś czas dostawałam listy z coraz to nowych zakątków świata z prośbą o przesłanie przepisu na „ten piękny barszcz”. Pamiętacie film „Amelia” i słynnego ogrodowego krasnala, który „wybrał się w podróż dookoła świata” i regularnie przysyłał z niej, ojcu Amelii zdjęcia? (Jeśli nie wiecie o czym mówię zachęcam do obejrzenia filmu- naprawdę warto). Moja mina i zaskoczenie po każdym liście na temat barszczu była bardzo podobna do tej prezentowanej przez ojca Amelii w filmie. I dopóki zachwyty w listach dotyczyły zdjęcia- choć były dla mnie onieśmielające to jednak do zaakceptowania o tyle kiedy zachwyty zaczęły dotyczyć barszczu ugotowanego wg. wysłanego przeze mnie przepisu – świat zaczynał stawać mi lekko na głowie. Bo oto okazało się, że przesympatyczna Yanse z Chin- odkryła „najpyszniejszą zupę na świecie” a pewien Japończyk zakochał się w ” your beatroot soup”, znalazła się też Niemka wielbicielka mojego barszczu oraz Francuzka mieszkająca na stałe w Wiedniu której podany przeze mnie przepis „otworzył oczy na to, ze buraki mogą być pyszne”. Przepis powędrował jeszcze do USA, Brazylii, na Węgry i na Kostarykę. Niedawno przyszedł kolejny list o takiej mniej więcej treści ” Zobaczyłam na Pintereście Twoje zdjęcie przedstawiające barszcz. Niestety linki doprowadziły mnie tylko do twojego portfolio ze zdjęciami ale nie znalazłam tam, żadnego przepisu. Czy prowadzisz może bloga, gdzie można by znaleźć przepis na tą zupę. Jadłam ją kiedyś w domu moich Polskich sąsiadów na Boże Narodzenie i była wspaniała. Nieszczęśliwie sąsiedzi wyjechali i  urwał mi się z nimi kontakt i od tamtej pory  poszukuję dobrego przepisu na barszcz. Dlatego zobaczywszy dziś twoje zdjęcie i dowiedziawszy się, że jesteś z Warszawy, postanowiłam napisać. Wiem, że najlepszy przepis musi być z Polski bo nigdzie podczas moich licznych podróży po świecie (nawet w Moskwie) nie jadłam tak dobrego barszczu. Bardzo proszę o link do przepisu- jeśli istnieje.” Podpisane… Susan z Melbourne, Australia(!!!).

       „Och! Susan”- pomyślałam, „nawet nie wiesz jak ważny jest dla mnie i polskiego barszczu twój list. Gdybym mogła wysłałabym Ci nie tylko przepis ale i wielki 30 litrowy garnek tego płynnego rubinowego eliksiru”. Przy okazji wysłałabym też całą moją „barszczową korespondencję” narzekającemu przed laty Australijczykowi (odezwał się ostatnio na FB) i miałabym wielka ochotę napisać mu „Popatrz BURAKU, nie miałeś racji!”… ale tego nie zrobię bo nie jestem świnią (choć uwielbiam ogórki kiszone). Przez te 20 lat, oprócz gotowania nauczyłam się też wielu innych rzeczy, np. tego, że bycie małostkowym nie ma zupełnie sensu.

       A jak nazwać by lekcję, której nauczył mnie mój „Barszcz Globtroter”? „Cudze chwalicie swojego nie znacie”?- Nie, to nie to. To chyba bardziej powinno brzmieć „Więcej wiary w siebie! Polko!”.

     Pozdrawiam serdecznie wszystkich miłośników pierogów, bigosu, żurku, łazanek, makowca i barszczu, zarówno tych w Polsce jak i tych na całym świecie. Teraz już wiem, że gdzieś tam, na wszystkich kontynentach, jesteście. Uśmiecham się dzisiaj do Was znad miski pysznego barszczu i … życzę smacznego!