Miejsce akcji: samochód jadący ze szkoły do domu. Występujące osoby: Kacper 8-latek Jego mama– czyli ja Patryk– kolega szkolny Kacpra Kuba -kolega szkolny Kacpra
obaj chłopcy zaproszeni zostali do Kacpra po szkole. Rozmowa toczy się mniej więcej w taki sposób: Ja: Jak tam było w szkole, chłopcy?
Kacper: nudno.
Patryk: OK.
Kuba: może być. Co robiliście? Dostaliście jakieś stopnie?
Kacper: nie pamiętam.
Patryk: chyba nie.
Kuba: no nie wiem. Jacyś mało rozmowni dziś jesteście?
Kacper: hmm
Patryk: no
Kuba: (patrzy zamyślony przez okno). A wiecie, że przyjechał dziś dziadek Kacpra, ze swoim psem Kapslem?
(Następuje widoczne ożywienie towarzystwa)
Kacper: Super będziemy bawić się w 4 pancernych i psa!
Patryk: Ciocia, ciocia! A czy to dziadek od TEJ BABCI?!!!
Kuba: No właśnie czy TA BABCIA też przyjechała? Powiedz, że przyjechała! Powiedz, że przyjechała!!!! Chwileczkę, spokojnie. Co znaczy „TA” babcia?
Patryk: NO TA BABCIA….. OD PIEROŻKÓW!!!
Kuba: Ale super!! Ja zamawiam pierwszą porcję!
Patryk: Ja zamawiam dokładkę!
Kacper: No nie, to MOJA BABCIA! Ja mam pierwszeństwo!
Kuba: A wcale, że nie bo gościom trzeba ustępować!
Patryk: Starsi mają pierwszeństwo! Ja jestem najstarszy, ja będę pierwszy!!!! Ale chłopcy…
Patryk: No dobra ciociu wiem, że Ty jesteś najstarsza, ale Ty możesz poczekać.
Kuba: Ja nie chcę czekać, ciociu podzielisz się ze mną???
Kacper: Co Ty Kuba, ze mną się podzieli, to moja mama!!! CHŁOPCY!!!!!…. Ale babcia nie przyjechała.
(……….Długa, bardzo długa cisza, zdecydowanie wskazująca na rozczarowanie).
W końcu odzywa się Patryk:
Ciooooociaaaa, a umiesz robić pierożki? Takie jak babcia Kacpra?- Nie umiem.
Kuba: No to klops. A ja miałem być pierwszy. Co za pech!
Patryk: No, tragedia! Ciocia, no jak możesz nam to robić?!
Kacper: Dobrze, że chociaż pies przyjechał.
Kuba: No, chociaż tyle dobrego. Znowu dłuższa chwila ciszy, którą rezolutnie przerywa Kacper.
Mamo a właściwie to dlaczego Ty nie umiesz robić pierożków???
No właśnie-Dlaczego ja nie umiem robić pierożków!?
Dojechałam do domu, chłopcy witali się z dziadkiem i psem a ja od razu poszłam do kuchni, wykręciłam numer telefonu i zadałam pytanie które powinnam zadać już wieki temu: ” Mamo, jak się robi PIEROŻKI?”.
Leniwe pierogi pieszczotliwie nazywane w naszym domu PIEROŻKAMI towarzyszą mi odkąd sięgam pamięcią. Zawsze były domeną mojej babci (o babci więcej tutaj). Jadłam je całe dzieciństwo na przemian z naleśnikami których mistrzem był z kolei dziadek. Właściwie to trudno nazwać PIEROŻKI leniwymi pierogami (choć tak o nich mówiła czasami babcia). Leniwe pierogi klasycznie robi się z twarogu i mąki, tak jak kopytka robi się z ziemniaków i mąki (oraz oczywiście jajek, których ja nie używam), PIEROŻKI za to robi się z ziemniaków, twarogu i odrobiny mąki- jak więc je nazwać? Leniwe Kopytka???
Nazywajcie jak chcecie u nas i tak zostaną PIEROŻKAMI. W naszej rodzinie PIEROŻKI = BABCIA. Babcia jest od rozpieszczania, pocieszania, przytulania, zwierzania, opowiadania bajek, szalonej zabawy i od PIEROŻKÓW. W wieku 19 lat wyjechałam z rodzinnego domu i już nigdy nie wróciłam tam na stałe. W tym czasie objechałam pół świata i spróbowałam tylu nowych dań, że zupełnie zapomniałam o pierożkach. Przypomniałam sobie ich smak od nowa kiedy moja mama w nowej roli babci zaczęła je gotować mojemu synkowi. Nam nie gotowała ich nigdy- bo po co? Na pierożki szło się przecież do babci. Tylko, że my do naszej babci miałyśmy blisko- dokładnie 19 schodków z drugiego na pierwsze piętro w starej kamienicy. Mój synek ma do swojej babci niestety ponad 400km. I choć babcia jest wspaniała i przyjeżdża kiedy tylko się da a jak jest to robi te pierożki na okrągło i jeszcze w dzień wyjazdu robi ich całą górę, którą upycha do zamrażalnika- to i tak nadchodzi taki dzień, kiedy zamrażalnik świeci pustką a w domu jest 3 rozczarowanych wielbicieli pierożków i… żadnej babci. Zawsze myślałam, że zacznę robić PIEROŻKI dopiero wtedy kiedy sama zostanę babcią. (Mam nadzieję, ze choć po części tak wspaniałą jaką ja miałam i jaką jest moja wspaniała mama dla mojego synka). Jednak współczesne czasy zmusiły mnie do zmiany stanowiska w tej sprawie. Przeszłam więc szybki telefoniczny kurs robienia pierożków a przez 3 wielbicieli pierożków zostałam oceniona -” nie takie dobre jak babci ale mogą być”. Na całe szczęście mam jeszcze dużo czasu, żeby trenować i zanim zostanę babcią moje pierożki będą perfekcyjne- OBIECUJĘ. Trenujecie ze mną?
na ciasto: 1,2 kg. ziemniaków ważonych po obraniu (przed obraniem około 2kg) 1 łyżka soli (do gotowania ziemniaków) 1 łyżka masła 5 łyżek mleka 6 łyżek mąki (czubatych) 3 łyżki mąki ziemniaczanej (czubate) 400g twarogu (ja używam takiego, może być kupny ale żaden w wiaderkach czy mielony, klasyczny w kostce tylko mięciutki) 1/2 łyżeczki soli 1/3 łyżeczki pieprzu dodatkowo: 2 szkl. bułki tartej masło do smażenia cukier do posypania(najlepiej brązowy)
1. Obrane i pokrojone na mniejsze kawałki ziemniaki zalewasz zimną wodą dodajesz 1 łyżkę soli i gotujesz do miękkości.
2. Odcedzasz, dodajesz 1 łyżkę masła, 5 łyżek mleka i ubijasz ziemniaki na puree. Odstawiasz do CAŁKOWITEGO ostygnięcia.
3. Do zimnego puree dodajesz pozostałe składniki na ciasto i dokładnie wyrabiasz.
4. Na stolnicy posypanej mąką rolujesz kawałki ciasta tak aby powstały długie walce o średnicy 2-3cm (mój syn mówi na nie „pierożkowe węże”). Spłaszczasz je lekko uklepując ręką po wierzchu (dzięki temu będziesz miał większą powierzchnię chrupiącej skórki po usmażeniu). Kroisz ukośnie żeby powstały romby.
5. W dużym garnku zagotowujesz wodę, dodajesz 1 łyżeczkę soli i partiami gotujesz w niej pierożki czyli…
6. Wrzucasz pierożki na wrzątek i od czasu kiedy wypłyną na powierzchnię gotujesz jeszcze 2 minuty.
7. Wyjmujesz delikatnie łyżką cedzakową i układasz na talerzach do lekkiego ostygnięcia.
8. Teraz możesz już pierożki kłaść na patelni z roztopionym masłem i rumienić z obu stron.
9. Możesz też jeszcze ciepłe ugotowane pierożki obtoczyć w bułce tartej i dopiero wtedy smażyć na maśle na rumiano (takie są smaczniejsze- szczególnie dla dzieci).
10. Pierożki można podawać same, polane tylko odrobiną masła. Dzieci jednak uwielbiają je posypane cukrem. Wyśmienicie pasuje do nich również szklanka chłodnej maślanki. Dobrze smakują także z sosem grzybowym (wtedy mogą być nawet tylko z wody).
Pierożki idealnie nadają się do mrożenia. Trzeba zrobić to już po ugotowaniu i obtoczeniu w bułce tartej. Układamy pierożki na tacach i tak wstawiamy do zamrażalnika na parę godzin. Kiedy pierożki zupełnie stwardnieją, można je przełożyć do foliowych woreczków, żeby zajmowały mniej miejsca. Rozmrażamy pierożki podczas smażenia na patelni. Wkładamy zamrożone na roztopione na patelni masło przykrywamy patelnię pokrywką i na małym ogniu smażymy w taki sposób aż do zarumienienia się spodu, przewracamy i teraz już bez pokrywki rumienimy z drugiej strony.
Wydaje się, że legendę tego ” Jabłkowego Pioniera”- zna każde amerykańskie dziecko. I choć dla wielu Johny Appleseed pozostaje tylko bohaterem tej disneyowskiej kreskówki -człowiek taki istniał naprawdę i był bardzo interesującą postacią.
Nazywał się Jony Chapman i żył 200 lat temu na terenie Stanów Zjednoczonych. Legenda głosi, że był wędrowcem, którego współcześni mu postrzegali jak „niespełna rozumu”, podczas gdy on wędrował po całych Stanach i wszędzie gdzie tylko mógł sadził jabłonie. Używał do tego pestek jabłek, pieczołowicie przechowywanych w małej torbie na ramię- jedynym bagażu i majątku jaki posiadał.
W rzeczywistości Chapman działał nieco inaczej. Na terenach jeszcze nie zaludnionych przez osadników- wykupywał nieduże działki, które ogradzał, uprzątał i zakładał na nich szkółki sadownicze. Kiedy jeden teren został zagospodarowany, Johny przenosił się do następnego miejsca i robił to samo. Po paru latach, był już właścicielem wielu szkółek, które odwiedzał regularnie, dbając o drzewa i sprzedając sadzonki okolicznym osadnikom. Zbierał nasiona z jednego sadu aby posadzić je w innym miejscu, podróżował wszędzie pieszo i żył na łonie natury. O ile sposób sadzenia drzew i organizacji biznesu w rzeczywistości różnił się od legendy o tyle wiele innych informacji o Johnym Appelseed znajdują potwierdzenie w faktach.
Johny Chapman żył ponad 70 lat i większość tego czasu spędził podróżując. Jak na swoje czasy był osobą bardzo ekstrawagancką (żeby nie powiedzieć dziwaczną). Po pierwsze jego wygląd- większość świadków zgadzała się co do tego, że Chapman prawie zawsze (nawet zimą) chodził boso, za swoje jedyne ubranie mając często worek po kawie przepasany sznurkiem. Za jedyny bagaż w licznych dalekich podróżach Chapman miał skórzaną mała torbę, zawsze pełną nasion, rondel (który najczęściej nosił na głowie zamiast kapelusza) i … Biblię.
Był wspaniałym mówcą (kimś nawet w rodzaju kaznodziei), kochały go dzieci i osadnicy z wielką chęcią przyjmowali pod swój dach. On jednak wolał nocleg w lesie pod gołym niebem, gdzie spał zawsze przy malutkim ognisku. Był niesamowicie wrażliwy na los zwierząt i wszystko na to wskazuje, ze był wegetarianinem. Zachowały się relacje, o tym jak Chapman gasił ogniska w miejscach gdzie mogły one spowodować śmierć owadów lecących do ognia. Podobno odmawiał jedzenia mięsa jak i np. jeżdżenia konno- gdyż uważał, że koniom jak i innym zwierzętom należy się wolność. Parę razy wykupił stare „bezużyteczne” konie, ratując zwierzętom tym życie i płacąc właścicielom za ich dalsze utrzymanie.
Wielkim szacunkiem darzył rdzennych mieszkańców Ameryki. Znał podobno wiele indiańskich dialektów na tyle dobrze by móc porozumiewać się z Indianami w paru Stanach- robił to często i z wielką przyjemnością. Pomagał finansowo ubogim. Rozdawał swoje sadzonki za darmo tam gdzie osoby potrzebujące nie miały czym zapłacić lub jako zapłatę przyjmował cokolwiek- jedzenie, ubrania, przedmioty codziennego użytku- którymi potem i tak dzielił się z ubogimi.
Bosy, w podartym ubraniu, za braci i siostry posiadający zwierzęta, wykluczonych i ubogich. Przez współczesnych sobie uważany za osobę niespełna rozumu. Z Biblią jako jedynym bagażem…. Czy on Wam KOGOŚ nie przypomina???
Miałam Wam dziś napisać o zupełnie innym aspekcie tej historii- jak wielu znałam tylko LEGENDĘ Johnego Appleseed (jakby to przetłumaczyć? Jaś Ziarenko?)- kiedy zaczęłam szukać głębiej poznałam prawdziwego, niesamowitego człowieka- no i się rozpisałam. A ten post miał być o czymś zupełnie innym- o tym, że warto sadzić drzewa- szczególnie owocowe. Są niezwykle pożyteczne i mogą być pięknym śladem, który pozostawimy po sobie dla potomnych. W Indiach sadzenie drzew jest zaliczane do kategorii dobrych uczynków na równi ze spełnianiem wielu rytuałów religijnych. Dlaczego? Bo błogosławić będą cię za to całe pokolenia ludzi nawet już po twojej śmierci. Ile razy w dzieciństwie wspinaliście się na drzewa owocowe? Do ilu sadów się zakradaliście, żeby posmakować zakazanych owoców? Ile było z tego frajdy i pyszności? Z ilu drzew w swoim życiu jedliście owoce?
Czy kiedykolwiek pomyśleliście o osobach, które te drzewa posadziły?
Ja robię to odkąd sięgam pamięcią.
Widok z okien mojego rodzinnego mieszkania wychodził na drzewo czereśniowe. Tak ogromne, że wielkością dorównujące 3 piętrowej kamienicy. Kiedy moi dziadkowie sprowadzili się tu po wojnie i wraz z innymi mieszkańcami osiedlili w tej wielkiej poniemieckiej kamienicy, podzielili ziemię wokoło na malutkie ogródeczki gdzie uprawiali swoje warzywa. Drzewo czereśniowe pyszniące się za domem było tak wielkie i piękne, że postanowiono aby „zostało wspólne”. Każdego sezonu, kiedy dojrzewały czereśnie, wszyscy „tatusiowie” wchodzili na drzewo i zrywali pełne torby owoców. Wysypywano to wszystko potem do skrzynek i dzielono po równo pomiędzy rodziny. Wszystkie „mamusie” przez następne parę dni robiły setki kompotów a wszystkie dzieci przez te parę dni bolał brzuch od „czereśniowego obżarstwa”- tak przynajmniej głosi podwórkowa legenda i opowieści starszego pokolenia sąsiadów. Za naszych czasów, była już tylko „wolna amerykanka” czyli wszystkie dzieciaki przez cały czerwiec i lipiec godzinami przesiadywały na tym drzewie. Tam zawiązywaliśmy wakacyjne przyjaźnie, tam dyskutowaliśmy do ciemnej nocy, tam całowaliśmy się po raz pierwszy. Na naszym podwórku przestawałeś być maluchem, nie wtedy kiedy nauczyłeś się palić zapałki czy robić inne zakazane rzeczy- lecz wtedy kiedy samodzielnie nauczyłeś wspinać się na CZEREŚNIĘ.
Całe swoje dzieciństwo budziłam się i zasypiałam z widokiem na to piękne drzewo i od kiedy dojrzałam do świadomości, że moi dziadkowie nie mieszkali w tym miejscu od zawsze lecz przesiedlili się tutaj z Kresów- od tej pory zaczęłam sobie wyobrażać ludzi, którzy to drzewo mogli zasadzić. Zostało mi tak do tej pory. Gdziekolwiek widzę opuszczony stary sad, lub owocowe drzewa rosnące na skraju wsi- przystaję i myślę o ludziach, którzy te drzewa posadzili. Kim byli? Dlaczego to zrobili? Czy mieli okazję doczekać czasu kiedy drzewa wydały owoce? Jakie przetwory z tych owoców na zimę robili? Czy ich dzieci budowały domki na tych drzewach?? Czy zasiadali do obiadu w cieniu tych drzew? Czy byli szczęśliwą rodziną? Jaki los ich stąd przegnał? Dlaczego nie pozostało po nich już nic- tylko te drzewa?
Historia bywa przewrotna i często okazuje się, że „zostają po nas tylko drzewa”. Dlatego sadźmy je, tak jak robił to Johny Appleseed, tak jak robili to nasi dziadkowie i rodzice. Nie sadźmy tylko modnych tui czy innych zaprojektowanych przez architektów krajobrazu krzewów. Sadźmy drzewa owocowe! Uprawiajmy warzywa zamiast trawników! Przekażmy tą wiedzę naszym dzieciom, niech rozumieją, że jabłka rosną na drzewie, nie w supermarkecie i że to wielka frajda takie drzewo zasadzić i własnoręcznie pielęgnować, że to projekt na lata, dekady, że to ślad który pozostawimy po sobie na ziemi.
Wszystko to pisze Wam siedząc otulona kocem pod wielką i piękną jabłonią w moim ogrodzie. Odkąd się tu sprowadziłam błogosławię osobę, która to drzewo zasadziła. Wyobrażam sobie, ze była to Hrabina, której przed wojną mój dom służył jako domek letniskowy. Wiem o niej tylko tyle, że nazywała się Krystyna i podczas II wojny światowej ukrywała w naszej piwnicy rodziny żydowskie. Czy posadziła to drzewo własnoręcznie? Czy zleciła to swojemu ogrodnikowi? Nie wiem i pewnie już się nie dowiem. Jednak za każdym razem, kiedy jem pyszną szarlotkę lub mus jabłkowy z owoców tego drzewa myślę o Hrabinie-Krystynie bardzo ciepło. Może legenda o niej nie urośnie jak ta o Johnym Appleseed ale nasza rodzina zapamięta ją na pewno i błogosławić będzie każdej jesieni. Miejmy nadzieję, ze nas kiedyś również wspomną i pobłogosławią. Wszyscy Ci, jedzący owoce z jabłoni, wiśni, grusz i moreli które zasadziliśmy w naszym ogrodzie.
A Was? Będzie ktoś wspominał? Zostaną po Was jakieś drzewa??
NAJPROSTSZY MUS JABŁKOWY
(proporcja na 10 słoiczków 0,33l. lub 3 duże litrowe słoiki)
3 kg jabłek (ważonych już po obraniu i pokrojeniu- u mnie przed obraniem było to około 5-6kg) 1 łyżka cynamonu 3/4 szkl. cukru (lub więcej, lub mniej, lub w ogóle w zależności od słodkości jabłek)
1.Jabłka obierz i pokrój w dużą kostkę (fajnie jeśli jest nierównomierna). Najlepiej użyć jabłek dojrzałych, tych z gatunku rozpadających się podczas gotowania.Ja użyłam mocno dojrzałej antonówki- takiej która opadła już z drzewa.
2. U mnie wyszedł pełny 7 litrowy garnek- jabłek przed gotowaniem.
3. Wstaw garnek z jabłkami na kuchenkę i gotuj jabłka mieszając często, żeby się nie przypaliły.
4. Po około 20 minutach objętość jabłek zmniejszy się o połowę. Otrzymasz masę z częściowo rozpadniętymi a częściowo jeszcze całymi kawałkami jabłek.
5. Teraz dodaj cukier i cynamon- pogotuj jeszcze 2-3 minuty i zestaw z ognia.
6. Masz gotowy idealny przecier na szarlotkę, jeśli tak będziesz go używać to teraz zapakuj go do litrowych słoików i postępuj dalej od punktu 11 lub 12.
7. Jeśli chcesz mieć gładziutki pyszny mus jak ten ze słoiczków dla dzieci, postępuj następująco:
8. Odczekaj chwilę aż masą przestanie być wrząca (5-10 minut wystarczy) dolej do niej 1 litr wrzątku, wymieszaj. Tearaz masę dokładnie rozdrobnij ręcznym blenderem (czyli takim mikserem z końcówką z nożami której używasz np. do miksowania zup na kremy). Rób to dłuższą chwilę, tak aby wszystko dokładnie się zmiksowało i powstał gładziutki mus. Lepiej miksować za długo niż za krótko. Może ty musisz dodać mniej wody. Moje jabłka były mało soczyste, właściwie nie puściły soku. Można dolewać wrzątku stopniowo aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
9. Zagotuj mus jeszcze raz.
10. Przelej mus do małych dokładnie umytych i suchych słoiczków. (Najlepiej słoiki umyć w zmywarce- wtedy dokładnie się wyparzą i będziemy mieli gwarancję, że nie pojawią się w nich żadne bakterie, które chciałyby przed nami zjeść nasz przecier).
11.Zakręć słoiki najmocniej jak potrafisz. Jeśli planujesz je zjeść w ciągu najbliższego miesiąca odwróć je dnem do góry i postaw na zakrętkach. Pozostaw tak do ostygnięcia.
12. Jeśli planujesz by słoiczki przetrwały do zimy (choć moim zdaniem to nierealne- te 10 słoiczków wyjesz na pewno w ciągu tego miesiąca) najlepiej jest je zapasteryzować.
13. Ja robię to w piekarniku. Blaszkę wykładam ręcznikiem i ustawiam na niej słoiki, tak aby się nie dotykały. Wstawiam do piekarnika i podgrzewam przez 20-30 minut w temperaturze 110’C. Zimne słoiki wstawiam do zimnego piekarnika i nagrzewają się one powoli razem z nim, gorące do gorącego.
14.Można też wstawić słoiki do dużych garnków wyłożonych ściereczką lub ręcznikiem, zalać słoiki wodą do ich 3/4 wysokości. I tu ta sama zasada. Zimne słoiki zalewamy zimną a gorące gorącą wodą. Wstawić garnki na gaz i gotować pod przykryciem przez 20 minut.
15. Przecier jabłkowy jak wszystkie inne przetwory najlepiej przechowywać w miejscu suchym, ciemnym i chłodnym. Można też przechowywać go niezamkniętego w słoiki w lodówce, do 2 tygodni w szczelnym pojemniku.
Ja tylko część jabłek przerabiam na przecier szarlotkowy. Większość kończy jako mus- bo jest naprawdę przepyszny. Smakuje bardzo podobnie jak jedzenie dla niemowlaków ze słoiczków, np. firmy Gerber. I tak też może być dziecku podawane (wtedy lepiej użyć słodszych jabłek i nie dodawać cukru). Ponieważ ja całe dzieciństwo mojego dziecka podjadałam mu te jabłkowe słoiczki, frustrując się, że są one takie małe- teraz robię sobie „swoje” przeciery „dorosłych” rozmiarów. Takie słoiczki 0.33l są idealne, żeby posłużyły jako śniadanie lub żeby zabrać je na lunch do pracy czy jako przekąska w podróży.
Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i
ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal
Nie żałuję letnich dzionków, róż, poziomek i skowronków
Lecz jednego, jedynego jest mi żal
Addio pomidory, Addio ulubione
Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół
Nadchodzą znów wieczory sałatki niejedzonej
Tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół
To cóż że jeść ja będę zupy i tomaty
Gdy pomnę wciąż wasz świeży miąższ …
w te witaminy przebogaty…
Addio pomidory, addio utracone
Przez długie, złe miesiące wasz zapach będę czuł!
Tak oto Jeremi Przybora ustami Wiesława Michnikowskiego żegnał pomidory jesienią.
Mnie chyba również dopadła jesienna melancholia, bo kiedy słucham tego nieśmiertelnego wykonania -myślę sobie- „Och! Nie ma już takich poetów, nie ma już takich interpretorów, nie ma już takich kabaretów i nie ma już… takich pomidorów.” Na pewno nie ma już ich w sklepach. Jeśli chcesz mieć pomidory do których będziesz wzdychał całą zimę to musisz je sobie samemu wyhodować. Na działce, w ogrodzie czy nawet na balkonie. Małe, duże, karbowane, pręgowane, nakrapiane, czerwone, zielone, pomarańczowe, żółte, czarne, białe- uprawiałam już wszystkie. Co rok odkrywam nowe odmiany i dokładam je do mojej pomidorowej tęczy.
W tym roku niestety żegnam się z moimi pomidorami dość szybko. I do mnie jak do Jeremiego Przybory przyszła „dziewczyna co oplotła pajęczyną” wszystkie moje krzaki. I jak w piosence Dziewczyna ta (czytaj zaraza ziemniaczana) ” zabrała pomidory te ostatnie com schowane przed nią miał”. Uratowałam co się dało, resztę chorych krzaków palę w ognisku, żeby w przyszłym roku choroba się nie rozprzestrzeniała. Z tego uratowanego kosza pomidorowej tęczy postanowiłam zrobić pyszną sałatkę godną zakończenia lata.
Na kołderce z liści świeżego szpinaku i liści jarmużu (taką zieleninę miałam w ogrodzie) ułożyłam słodziutkie pomidory z czarnymi oliwkami i pysznymi rozpływającymi się w ustach kotlecikami. Kotleciki to mieszanka domowego-jogurtowego sera (labneh) z przyprawami, kawałkami liści szpinaku, plasterkami oliwek i pomidorów. Wszystko to w panierce z mielonych płatków owsianych, usmażone na malutkiej ilości klarowanego masła. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie w środku, jeszcze ciepłe kotleciki wspaniale skomponowały się ze słodziutkimi pomidorami, soczystym szpinakiem i sosem który wyczarowałam z resztki jogurtowego sera, oliwy, ziół i soku z cytryny.
POLECAM BARDZO, BARDZO, BARDZO!
ADDIO!
Do zobaczenia- z Wami za tydzień- z pomidorami z ogródka dopiero za rok.
SAŁATKA POMIDOROWA TĘCZA
(z pysznymi kotlecikami z jogurtowego sera)
na kotleciki (10 szt):
2-3 szkl. jogurtu (najlepiej domowej roboty, jak najtłustszego, jeśli kupny to grecki)
1/2 łyżeczki soli (może być czarnej jeśli ktoś posiada)
1 łyżeczka mąki
pieprz, asafetyda lub inne przyprawy (do smaku)
garść posiekanych liści szpinaku
15 czarnych oliwek
3 koktajlowe pomidorki
8 łyżek płatków owsianych (górskich)
klarowane masło lub olej do smażenia
na sałatkę: Po dwie garście małych liści szpinaki i podartych liści jarmużu (lub innych zielonych sałat) DUŻO POMIDORÓW (najlepiej różnorodnych) garść czarnych oliwek
na sos: to co zostanie na dnie miski po robieniu kotlecików 3 łyżki oliwy z oliwek 1 łyżka sosu z cytryny parę listków świeżej bazylii i oregano (lub po 2 szczypty suszonego) 2 szczypty cukru (najlepiej brązowego) świeżo mielony pieprz
1. Jogurt przelej na sitko wyłożone pieluszką tetrową lub podwójnie złożona gazą, zawieś sitko na garnku i zostaw pod przykrycie na 2 dni poza lodówką lub na dłużej (do tygodnia) w lodówce. Po tym czasie otrzymasz na sitku, ser o kremowej konsystencji i dość kwaśnym specyficznym smaku (smak będzie się wyostrzał z każdym dodatkowym dniem). Ilość otrzymanego sera zależy od gęstości użytego jogurtu- proporcja na kotleciki podana jest na 1 szklankę sera.
2.Do dużej miski włóż ser, dodaj mąkę, sól i przyprawy, posiekane liście szpinaku oraz oliwki pokrojone w plasterki i pomidorki w malutkie kawałki (najpierw odsącz z nich nadmiar soku). Wszystkie składniki dodawane do kotletów muszą być jak najbardziej suche. Warto je osuszyć papierowymi ręcznikami.
3. Płatki owsiane zmiel w młynku, melakserze lub ubij w moździerzu- lecz nie na proszek tylko na mniejsze kawałki- posłużą do panierowania kotletów.
4.1 łyżkę mielonych płatków wsyp do miski z serem i wszystko dokładnie wymieszaj.
5.Mokrymi rękami (inaczej ser będzie się kleił do rąk) lep z sera kulki i obtaczaj w dużej ilości pokruszonych płatków. W czasie obtaczania spłaszczaj lekko kulki tak aby otrzymać kotleciki o średnicy około 5 cm. Dokładnie obtaczaj też boki kotlecików. Powinno wyjść 9-10 sztuk. Pozostaw w misce trochę sera (na około 1 kotlecik)- posłuży do zrobienia sosu.
6.Umyj warzywa i osusz na papierowych ręcznikach. Pomidory pokrój na połówki lub w ćwiartki, oliwki na pół.
7.Do miski z pozostałościami sera dodaj wszystkie składniki na sos (zioła porwij na drobne kawałeczki)- wymieszaj dokładnie aż do rozpuszczenia cukru. Wrzuć do miski warzywa na sałatkę i ostrożnie wymieszaj.
10.Na patelni rozgrzej klarowane masło lub olej- tylko tyle żeby pokrywało cieniutką warstwą całą patelnie.
11.Smaż kotleciki na średnim ogniu z obu stron na złoto (uwaga szybko się rumienią). Bądź bardzo ostrożny przy przewracaniu.
12. Układaj gorące kotleciki na sałatce z pomidorów i podawaj natychmiast. Kotleciki są najsmaczniejsze kiedy są ciepłe.
Ser, który otrzymasz z jogurty nazywany jest LABNEH. Ja zawsze robię go z domowego jogurtu, ten zaś powstaje z tłustego mleka prosto od krowy. Jeśli będziesz używać jogurtu kupnego- postaraj się znaleźć jak najgęstszy i najtłustszy. Ser można przechowywać w lodówce do tygodnia ( moje kotleciki najlepsze były właśnie z takie starego tygodniowego sera- który cały czas trzymałam na sitku, żeby zgęstniał).Tygodniowy ser, można zakonserwować zalewając jego kulki oliwą z oliwek. Najlepiej zrobić to w płaskim szklanym naczyniu z pokrywką, do oliwy dodać przyprawy i zioła a do sera odrobinę soli. W taki sposób można labneh przechowywać w lodówce do 2 miesięcy (podobno! u mnie nigdy tyle nie dotrwał- wyjedliśmy go zawsze dużo wcześniej).
Uwielbiam zbierać grzyby. Jest w tym coś instynktownie atawistycznego. Kiedy jestem w lesie czuję się trochę jak kobieta pierwotna, której zadaniem jest znaleźć, zebrać i przynieść do jaskini jak najwięcej jadalnych roślin. Okazuje się, że pomimo całej otaczającej mnie cywilizacji instynkt zbieractwa ma się w moich genach bardzo dobrze. Buszując z lesie a potem wracając do domu z pełnym koszykiem czuję się pożytecznie spełniona. Odkąd przeprowadziliśmy się na wieś i mieszkamy właściwie w lesie, grzybów mamy zawsze pod dostatkiem. W sezonie grzybowym- wystarczy wyjść rano do ogrodu, pochodzić pomiędzy starymi dębami z przodu i tyłu domu aby wrócić z dwoma garściami podgrzybków lub zajączków. Każdego dnia ktoś z rodziny robi obchód ogrodu i wraca z 10, 20, 30 grzybami. Zbieramy je kiedy są jeszcze nie za duże (wtedy nie są robaczywe i najsmaczniejsze). Jeśli znajdziemy zupełnie malutkie grzybki- nie wyrywamy ich tylko oznaczamy to miejsce. Chodzimy potem codziennie do takiego „grzybowego przedszkola” i sprawdzamy jak mają się nasze „maluchy”. Większość grzybowych zbiorów po prostu suszę. Suszone grzyby uwielbiam. Zawsze mam ich w kuchni całe puszki, dodaje ich obficie do zup(niekoniecznie tylko grzybowych), sosów, robię z nich nadzienie do pierogów czy farsz do najwspanialszej wigilijnej potrawy świata „smażonych uszek drożdżowo- grzybowych” (obiecuję podać przepis w grudniu). O ile suszone grzyby uwielbiam i znajduję dla nich liczne zastosowania w kuchni o tyle nie przepadam zbytnio za świeżymi grzybami leśnymi. Nie odpowiada mi ich „obślizgła” forma. Czasami ugotuję sos ze śmietaną, który mój mąż uwielbiaj jeść potem w każdej postaci: na plackach ziemniaczanych, z pajdami świeżego chleba z masłem czy z kaszą gryczaną. Od jakiegoś czasu robię też te oto zapiekanki i bardzo przypadły nam one do gustu. Przepis idealny do wykorzystania codziennej niedużej porcji malutkich grzybków leśnych. Wiem, że są nie za zdrowe i ciężko strawne. Ale co z tego kiedy są PRZEPYSZNE! Sezon grzybowy nie trwa przecież cały rok. Nadrobimy innymi zdrowymi potrawami kiedy się skończy.
ZAPIEKANKI Z LEŚNYMI GRZYBAMI
(10 małych- 'jak z bagietki’- kromek)
2 średnie cebule 2 szkl. pokrojonych w cieniutkie plasterki małych podgrzybków 2 gałązki świeżego rozmarynu 1 czubata łyżeczka masła 1/2 łyżeczki soli 20 szt. pomidorków koktajlowych 50g sera typu oscypek (lub innego-koniecznie wędzonego) parę gałązek świeżego tymianku, oliwa z oliwek sól, świeżo mielony kolorowy pieprz 10 kromek bagietki korzennej (lub innego pieczywa)
1. Cebulę pokrój w cieniutki piórka (czyli na pół a potem w plasterki)
2. Grzyby sparz wrzątkiem, odcedź i osusz, choć trochę, na papierowym ręczniku.
3. Na patelni, zeszklij cebulę z solą na maśle.
4. Dodaj gałązki rozmarynu i grzyby. Duś pod przykryciem aż grzyby będą miękkie a cała woda odparuje.
5. Dosól i dopieprz do smaku, pozostaw do ostygnięcia.
6. Pomidorki przekrój na połówki, ser zetrzyj na tarce, tymianek porwij na mniejsze gałązki.
7. Na każdą kromkę nakładaj DUŻO farszu grzybowego (usuń z niego wcześniej gałązki rozmarynu).
8. Na farsz kładź pomidorki (po 4 połówki na kromkę) rozcięciem do góry.
9. Posyp wszystko utartym serem, skrop oliwą z oliwek, udekoruj tymiankiem, dosól i dopieprz.
10. Piecz w piekarniku nagrzanym do 220’C (najlepiej z opcją grilla- jeśli masz) do czasu aż ser się stopi.
Zapiekanki idealnie pasują jako dodatek do klasycznej zupy grzybowej. Możesz dodać do nich więcej dodatków, np. czarne oliwki lub ostrą paprykę. Jeśli nie masz świeżych ziół zastąp je suszonym oregano( nie dodawaj go do farszu grzybowego tylko posyp zapiekanki po wierzchu, przed upieczeniem).
Przydarzyła mi się dziś dość dziwna sytuacja. Jechałam właśnie rowerem na jedną z moich zwyczajowych przejażdżek fotograficznych…
Zawsze wygląda to tak samo. Późnym popołudniem, kiedy światło jest najwspanialsze, pakuję swój aparat do torby, torbę do koszyka na kierownicy, siebie na rower i udaję się w nieznane. Jadę tak długo aż zauważę coś szczególnie pięknego- wtedy gwałtownie skręcam z drogi. Najczęściej kończę gdzieś na przydrożnej łące, w starym sadzie, na polu w łanach zboża, w czyimś ogródku czy na leśnej polanie. Nie ważne gdzie to jest , dla mnie zawsze jest to miejsce magiczne. Kiedy zaczynam patrzeć przez obiektyw aparatu, świat wokoło pięknieje a ja przenoszę się do krainy magii.
Otóż dzisiaj, kiedy po raz kolejny miałam przenieść się do świata magii i właśnie gwałtownie skręcałam rowerem z drogi, usłyszałam za plecami komentarz… ” No i poszła SRAĆ!”… (przepraszam za dosłowny i wulgarny cytat). Odwróciłam się, mając nadzieję zobaczyć jakiegoś pijaczynę i ujrzałam niestety „normalnego” Pana lat około 25 jadącego markowym rowerem. Komentarz na temat moich czynności fizjologicznych był skierowany do towarzyszącej mu kobiety (markowe ciuchy, tipsy, makijaż i fryzura jak na bal). Pocmokali, pokiwali głowami i z obrzydzeniem pojechali dalej.
Niezrażona komentarzami i w żaden sposób nie zamierzająca się tłumaczyć po prostu wyciągnęłam aparat i zaczęłam fotografować przepięknie uschnięte kwiaty, które przyciągnęły moją uwagę. Po drodze były jeszcze, krzaki dzikiej róży, jabłka w opuszczonym sadzie, przydrożne kamienie, stare zardzewiałe pręty, przewrócone drzewo w lesie, chwasty rosnące pomiędzy kostką brukową, stary płot, chmiel na tym płocie, mrowisko, pożółkłe i zwiastujące jesień liście. Każda z tych rzeczy zachwycająca, domagająca się mojej uwagi, krzycząca „spójrz na mnie -jestem interesująca-JESTEM PIĘKNA”.
DOSTRZEGAĆ PIĘKNO TAM GDZIE GO WCZEŚNIEJ NIE WIDZIAŁAM- to jedna z najwspanialszych rzeczy której nauczyła mnie fotografia. Zaryzykuje stwierdzenie, że to jak na razie największa wartość płynąca z tego hobby. Przedmioty na pierwszy rzut oka banalne widziane przez obiektyw aparatu nabierają dla mnie nowego wymiaru. Piękne są ich tekstury, kształty, kolory, ornamenty. Wszystko to pomalowane jeszcze odpowiednim światłem na zdjęciach wychodzi magicznie.
Zasada która za tym stoi jest prosta- każda z rzeczy w tym świecie zwyczajnie JEST PIĘKNA. Patrząc na to filozoficznie to wszystkie ONE przecież są dziełem genialnym genialnej siły wyższej. Jakkolwiek jej nie nazwiemy: Naturą, Bogiem, Kosmosem czy Ewolucją.
Jakby na to nie spojrzeć ( filozoficznie czy nie) obiektyw okazał się być zaczarowanym kalejdoskopem, który pozwala mi oglądać świat z zupełnie innej perspektywy. A co najważniejsze, zaczarował mnie tak, że nie muszę mieć go już przed sobą żeby piękno zobaczyć. Patrzę na rzeczy codzienne, banalne, stare, zniszczone, nieatrakcyjne i widzę ukryte w nich piękno. Schylam się po zardzewiałą puszkę, uschnięty listek czy polny kwiatek. Patrzę na nie tak długo aż dostrzegam ukryty w nich potencjał- niekoniecznie tylko fotograficzny. Coraz częściej staje na poboczu drogi, jedynie po to by pozachwycać się pięknym światłem czy unikalnym widokiem. Dzięki fotografii żyje bardziej ” tu i teraz” ,nauczyłam się dostrzegać piękno chwili oraz przedmiotów wokoło mnie.
Pomyślcie, co się stanie kiedy nauczę się stosować tą zasadę wobec napotkanych w życiu nie tylko przedmiotów ale również LUDZI?! Poważnie zastanawiam się nad fotografią portretową. Pewnie bardzo by pomogła. Na przykład dostrzec potencjał w dzisiaj spotkanym człowieku- autorze wulgarnego komentarza. Tak, sprawa jest koniecznie do rozważenia. A tymczasem…
Pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie a w szczególności Pana na markowym rowerze. Nawet nie mam mu za złe dzisiejszego komentarza tylko ogromnie mi go szkoda. Dlaczego? -bo jedyna czynność, którą przychodzi mu do głowy robić w tych wszystkich pięknych miejscach- jest tak przeraźliwie „fizjologiczna”. No cóż może kiedyś kupi sobie markowy aparat fotograficzny, popatrzy przez obiektyw i… odkryje piękno wokół siebie. BARDZO mu tego życzę!
Po raz pierwszy jadłam ten sernik jakieś 10 lat temu w belgijskiej wegetariańskiej restauracji usytuowanej w… pałacu. Miejsce nazywa się Radhadesh i jest wyjątkowe. Oto w XIX wiecznym pięknie odrestaurowanym pałacu (lub zamku-nie jestem pewna jak to nazwać) mieści się … hinduistyczna świątynia Kryszny. Wokół zamku mieszka duża społeczność wyznawców, która jest duszą tego miejsca. Jest tam wisznuicki Collage (autoryzowany przez Uniwersytet Oxfordzki), jest największa chyba w Belgii biblioteka i księgarnia z wisznuickimi książkami, jest hotel i centrum konferencyjne, są sale wystawowe gdzie prezentuje się sztukę hinduską. Jest Goshala, jedna z niewielu w Europie.
Miejsce rocznie odwiedza tysiące turystów. Pełni rolę lokalnego muzeum i jest jedną z największych atrakcji turystycznych w regionie. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Brukseli lub Liege to wybierzcie się również do Radhadesh (tylko godzina drogi samochodem), naprawdę warto choćby z powodów kulinarnych. Można spróbować tam pysznego chleba w lokalnej piekarni (z 30 letnią tradycją) lub zjeść rewelacyjny obiad w przyzamkowej restauracji wegetariańskiej. Dla koneserów podróży kulinarnych w miasteczku obok (20km dalej) jest również mała wytwórnia belgijskiej czekolady do obejrzenia. Kilka razy dziennie zamek można zwiedzić z przewodnikami. Mówią chyba we wszystkich języka europejskich (również po polsku!).
Kiedy już tam będziecie, pełni ciekawych historii i niezwykłych wrażeń oraz przepysznego obiadu serwowanego za śmieszne pieniądze w lokalnej restauracji, koniecznie rozglądnijcie się za tym sernikiem. Serwują go tam w innej, lekko podpieczonej wersji, z wiśniami i migdałami zamiast borówek i cytryny. Jest przepyszny.
Kiedy 10 lat temu spróbowałam go podczas mojego pobytu w Radhadesh (byłam tam na jakiejś konferencji) od razu pobiegłam do restauracyjnej kuchni. Odnalazłam wspaniałą starszą kobietę, która na stałe mieszkała jako mniszka w świątyni a przy okazji piekła „cukiernicze dzieła sztuki” do restauracji. Chętnie podzieliła się ze mną przepisem, który okazał się nie jej autorstwa ale pochodził z tej książki, słynnego australijskiego wegetariańskiego szefa kuchni-Kurmy Dasa. O nim jednak napisze Wam już innym razem. Zdecydowanie zasługuje na osobną blogową historię. Przez 10 lat życia w mojej kuchni, oryginalny przepis Kurmy ewoluował i zamienił się w „najprostszy popisowy sernik na zimno”. W mojej wersji jego wykonanie jest banalnie proste a efekt zupełnie niewspółmierny do włożonego w przygotowanie sernika wysiłku. Wyjdzie każdemu i to popisowo a w dodatku zawiera składniki do kupienia w każdym osiedlowym sklepie. Do dzieła więc, Moi Drodzy!
SERNIK NA ZIMNO Z BORÓWKAMI
(bez żelatyny, bez jajek,najlepszy!)
200g sklepowych herbatników (2 klasyczne małe paczki) lub kruchych ciasteczek własnego wypieku 60g miękkiego masła (3 czybate łyżki) olejek cytrynowy (wg. uznania i intensywności od paru kropel do 1/2 łyżeczki) 500g mascarpone (zimnego z lodówki) 350g skondensowanego słodkiego mleka z puszki (tj. około 3/4 klasycznej puszki) 1/2 szkl. +3 łyżki soku z cytryny (świeżo wyciśniętego) otarta skórka z 1 dużej cytryny 500g borówek amerykańskich (lub innych owoców np. malin, truskawek, mango, winogron, jeżyn etc.) garść liści mięty do dekoracji
1.Ciastka połam, wrzuć do misy blendera i zmiksuj na proszek. Nie musi być idealny- nawet lepszy taki z drobnymi kawałkami ciasteczek.
2. Do ciastkowego proszku dodaj masło i olejek cytrynowy, wetrzyj masło w proszek tak żeby otrzymać coś w rodzaju mokrej kruszonki. Odsyp sporą garść na potem- posłuży do dekoracji.
3.Na dno dużej (28cm) tortownicy wysyp pozostała kruszonkę. Rozprowadź równomierną warstwą i uklep po wierzchu ręką. Wstaw do lodówki na pół godziny.
4. W międzyczasie w misce wymieszaj mikserem mascarpone z mlekiem z puszki i skórką cytryny na gładką masę(zajmie to około 1 min.). Cały czas miksując dodaj sok z cytryny i wmieszaj go w masę.
5.Powinnaś otrzymać dość gęstą pysznie słodką i orzeźwiająco cytrynową masę.
6.Wyjmij tortownice z lodówki, 3/4 borówek wsyp na ciasteczkowy spód (po pobycie w lodówce powinien stwardnieć i scalić się) .
7.Na borówki wyłóż masę sernikową. Parę razy postukaj tortownicą o blat, tak aby masa opadła i wniknęła pomiędzy owoce na spodzie.
8.Udekoruj wierzch pozostałymi owocami, listkami mięty i posyp odłożona kruszonką.
9.Wstaw do lodówki na 2-3 godziny do stężenia.
10.Zanim otworzysz obręcz tortownicy, obkrój brzegi sernika ostrym cienkim nożem. Inaczej część sernika zostanie na brzegach tortownicy.
11.Krój sernik na spore kawałki i podawaj gościom oraz domownikom. Na ich pochwały machaj ręką i odpowiadaj „OCH! To takie proste ciasto, znam je z GreenMorning.pl, chcecie link do przepisu?” 😉 .
Przechowuj sernik w lodówce, najlepszy jest w dniu zrobienia.