Witam serdecznie w upalny piękny dzień. Mam dziś dla Was przepis na tartę rabarbarową. Proste niepretensjonalne ciasto, idealne do serwowania z lodami w upalne letnie wieczory. Ciasto pokornie oczekiwało od prawie roku w mojej blogowej poczekalni na kolejny sezon rabarbarowy i możliwość zagoszczenia w Waszych kuchniach. Tarta miało znaleźć się na blogu już tydzień temu ale życie jakoś strasznie szybko zaczęło się ostatnio wokół mnie kręcić. Nie zauważyłam nawet kiedy przekwitły bzy i kiedy dojrzały truskawki w moim ogrodzie. Nie wiem w co ręce włożyć i najchętniej rozciągnęłabym dobę do 32 godzin. Niestety jak bardzo bym nie próbowała i jak wiele wysiłku w to nie wkładała- jeszcze nie udała mi się ta sztuka. Na dodatek z wielkim smutkiem stwierdzam, że choć codziennie wykreślam wiele pozycji z mojej listy rzeczy do załatwienia jakoś nie jest to w stanie zbilansować rzeczy które do tej listy dopisuję. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że lista zamiast się kurczyć rozrasta się z dnia na dzień do niebotycznych rozmiarów a ja zaczynam warczeć na wszystkich dookoła i próbuję ogarnąć wszystko na raz -choć to po prostu niemożliwe. Tydzień, który właśnie się kończy był bardzo intensywny. Zaczął się gotowaniem w zeszły weekend wegetariańskiego przyjęcia na 120 osób, składającego się z parunastu dań. Na całe szczęście gotował mój mąż a ja mu tylko asystowałam. Potem od poniedziałku nowi kursanci fotograficzni (w tym tygodniu było ich u mnie aż pięciu), duża sesja komercyjna, końcówka bardzo ważnego i prestiżowego projektu w firmie. Następny tydzień zapowiada się jeszcze pracowiciej- znowu kursy (które uwielbiam), mniejsza sesja komercyjna, papierkowa robota przy projekcie w firmie (której nienawidzę) i coroczna wielka impreza urodzinowa mojego syna (postaram Wam się o tym napisać kiedyś na blogu!). Potem przyjeżdża do Polski jeden z moich ulubionych nauczycieli wisznuickich i mam nadzieję czerpać garściami z jego wiedzy na licznych zaplanowanych dla niego wykładach i spotkaniach.
Dlatego będzie mnie dla Was mniej na blogu przez następne 2 tygodnie. Bardzo Was przepraszam i mam nadzieję, że mi wybaczycie. Postaram się Wam to wynagrodzić kiedy wrócę. GreenMorning pod koniec czerwca kończy rok. Intensywnie myślę jakby to uczcić. Macie jakieś propozycje???
na farsz: 600g rabarbaru
2-3 łyżki cukru
otarta skórka z 1 cytryny
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej.
100g białej czekolady (opcjonalnie) cukier puder do posypania
1. Obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, kardamon i wanilię wsyp do miski. Dodaj otartą skórkę z cytryny i pokrojone w kawałki twarde masło.
2. Lekko wetrzyj masło w mąkę tak aby powstało coś w rodzaju kruszonki z dużymi kawałkami. Odsyp 1/3 mieszanki i wstaw do lodówki. Do reszty dodaj 1-2 łyżki śmietany tyle ile potrzeba aby zagnieść zwarte ciasto. Jeśli potrzeba podsyp więcej mąki. Wstaw ciasto do lodówki na co najmniej 2 godziny, jeszcze lepiej na noc.
3. Wyjmij ciasto z lodówki, ogrzej trochę zagniatając w dłoniach i rozwałkuj na podsypanej mąką stolnicy na okrągły placek. Wyłóż nim formę do tarty (ja użyłam 28cm średnicy). Ponakłuwaj widelcem i wstaw do piekarnika rozgrzanego do 200’C i zapiecz przez 10 minut.
4. W międzyczasie umyj, osusz i pokrój rabarbar na parocentymetrowe kawałki. (Nie musisz obierać). Wymieszaj z cukrem, mąką ziemniaczaną, skórką z cytryny i połamaną na kostki czekoladą.
5. Wysyp rabarbar na podpieczony spód tarty, posyp kruszonką, którą odsypałeś na etapie zagniatania ciasta.
6. Wstaw z powrotem do piekarnika, zmniejsz temperaturę do 180’C i piecz przez następne 20-30 minut, aż kruszonka z wierzchu stanie się złota.
7. Jeśli brzegi tarty zaczną się za bardzo przypiekać, zakryj je kawałkami foli aluminiowej.
8. Upieczone ciasto posyp obficie cukrem pudrem. Podawaj na ciepło z lodami lub na zimno z bitą śmietaną lub tym jogurtowym deserem.
W lecie możesz upiec tą tartę dodając do rabarbaru malin (2/3 rabarbaru + 1/3 malin). Będzie jeszcze pyszniej!
O pewnej wspaniałej i dzielnej kobiecie- mojej Mamie
Lata 60-te dwudziestego wieku w pewnym malutkim miasteczku na ziemiach odzyskanych. Paręnaście lat temu, przesiedliła się tutaj rodzina Godlewskich wraz z trójką dzieci. Najmłodsze z nich jest teraz piękną dziewczyną liczącą sobie lat naście. Ma najzgrabniejsze nogi w miasteczku, na imię Czesia (kto tak pięknej dziewczynie dał takie imię?!!),chodzi do technikum łączności oraz na liczne potańcówki- gdzie rozrywana jest przez wszystkich chłopców. Nie ma się co dziwić, co jak co ale tańczyć Czesia uwielbia i potrafi jak mało kto.
Na jednaj z potańcówek spotyka chłopca niewiele starszego od siebie- równie pięknego i równie rewelacyjnego tancerza. Od tej pory Janusz (bo tak chłopcu na imię) nie odstępuje Czesi na krok. Walczy o jej względy bardzo długo posuwając się do różnych metod (z próbą samobójczą i pojedynkami na pięści z rywalami łącznie). W końcu się udaje. Czesia i Janusz stają się parą. Koniecznie chciałoby się dodać „parą na dobre i na złe”, jednak życie dość szybko zweryfikuje to stwierdzenie.
W wieku osiemnastu lat Czesia zachodzi w ciążę. (W tej rodzinie gen płodności u kobiet jest bardzo silny- historia pokaże to jeszcze nie raz). Póki może ukrywa to przed rodzicami, przecież to dopiero koniec lat sześćdziesiątych w pruderyjnym małym miasteczku na końcu świata. Póki brzucha nie widać Janusz z miłą chęcią spotyka się z Czesią i snuje plany na przyszłość. Jednak kiedy ciąża staje się bardziej widoczna- dezerteruje i zostawia dziewczynę. Zdecydowanie nie potrafi stanąć na wysokości zadania.
Czesia zostaje z kłopotem zupełnie sama. Na początku rozpacza nad swoją sytuacją i niewdzięcznością chłopaka jednak szybko bierze się w garść i postanawia stawić czoła problemowi. Czy właśnie dziewczyna zmieniła się w kobietę? Czy to już? Trudno powiedzieć, jednego możemy być zdecydowanie pewni- Czesia właśnie odkryła sposób na swoje niełatwe życie- Być silną, nie poddawać się i z dumą przyjmować przeciwności losu- to odtąd staje się jej życiową dewizą.
Zawiadamia o ciąży rodziców, wyjaśnia im sytuację. Nie obywa się bez łez i dyskusji do białego rana oraz przekonywania rodziców, że to przecież nie wypada, że panna z dzieckiem, że taki wstyd, że może Janusz pójdzie po rozum do głowy. Czesia nie chce o tym słyszeć. Już postanowiła- skończy szkołę (z brzuchem czy bez, co za różnica), pojedzie na studia i wychowa dziecko sama. Jak sobie da radę? Jakoś sobie da!
14 czerwca 1970 roku przychodzi na świat piękna dziewczynka. Czesia daje jej na imię Agnieszka i odkrywa, ze nie ma na świecie piękniejszego uczucia niż być matką. Wszystko zaczyna się powoli normować (jeśli w jej sytuacji o „normie” można w ogóle mówić) i wtedy zupełnie niespodziewanie Janusz „przychodzi po rozum do głowy”. Zaczyna odwiedzać Czesię, choć ta zdecydowanie sobie tego nie życzy i odprawia go z kwitkiem nawet wtedy kiedy jej się oświadcza.Co to za ukochany, który zawiódł w czasie największej próby!
Do akcji wkracza wtedy ojciec Czesi, dziewczyna kocha go nad życie. Ojciec błaga i przekonuje aby dała chłopakowi szansę. Kiedy trafia na mur oporu- używa argumentu ostatecznego- obraża się i przestaje się do córki odzywać. Tego Czesia nie jest w stanie długo znieść, za bardzo kocha ojca. Poddaje się po długim miesiącu cichych dni i w końcu bierze ślub z Januszem.
Czy to już koniec? Czy można napisać „żyli długo i szczęśliwie”? Czy Janusz w końcu stanie na wysokości zadania?….. Niestety nie.
Jak przewidywała Czesia a czego nie byli w stanie lub nie chcieli zobaczyć jej rodzice- życie z Januszem nie będzie łatwe. Chłopak nie może znaleźć pracy, znika na całe dnie z domu, nie pomaga przy dziecku. Kiedy w końcu udaje mu się jakąś pracę znaleźć całe wypłaty zaczyna przegrywać w karty bo… okazuje się, że jest nałogowym hazardzistą. Dochodzi do tego problem alkoholowy i szybko Janusz zaczyna znikać z życia Czesi lądując coraz częściej w areszcie. Gdzieś pomiędzy jednym pobytem w więzieniu a drugim, półtorej roku po pierwszym (1 stycznia 1972roku)- przychodzi na świat druga córka Czesi i Janusza. Ma ogniście marchewkowe kręcone włosy i od początku jest niesfornym dzieckiem, na imię dostaje Kinga 🙂 .
Czesia zaczyna sobie zdawać powoli sprawę, że życie to nie jest bajka. Dorasta i weryfikuje swoje plany. Jest dla niej oczywiste, że na Janusza nie ma co liczyć, że trzeba się z życiem brać samemu za bary. Z dwójką małych dzieci nie będzie to łatwe ale nikt nie obiecywał, że łatwo będzie. Wychowując dwoje małych dzieci oraz walcząc z mężem alkoholikiem i hazardzistą udaje jej się skończyć wieczorowo szkołę i zdobyć pierwszą pracę.
Rodzice pomagają w opiece nad malutkimi córeczkami, kiedy Czesia jest w pracy. W czasie wolnym jednak Czesia zajmuje się dziećmi sama- bardzo je kocha i chce aby tej miłości starczyło za dwoje: za wspaniałą matkę i za nieciekawego ojca, którego w życiu tych dzieci coraz mniej. Może nawet to i lepiej bo kiedy się w końcu pojawia najczęściej jest pijany. Im większe stają się dzieci i więcej zaczynają rozumieć tym większa staje się determinacja Czesi aby zapewnić im stabilny, bezpieczny i pełen miłości dom. Odkrywa w sobie siłę o którą siebie nie podejrzewała. (siła, wiara, nadzieja, miłość- zastanawialiście się kiedyś dlaczego te wyrazy są rodzaju żeńskiego?).
Wbrew całemu światu, wbrew rodzinie, wbrew najbliższym, wbrew znajomym- mówi D O S Y Ć. Któregoś pięknego dnia pakuje wszystkie rzeczy swojego męża, wystawia je przed drzwi i więcej nie wpuszcza go ani do domu, ani do swojego życia. Nie jest to łatwe, ale im więcej awantur ją to kosztuje im więcej nieprzespanych nocy z dobijającym się do drzwi pijanym mężem tym bardziej zaczyna rozumieć, że oto podjęła w swoim życiu brzemienną w skutki lecz jedyną słuszną decyzję. Jeszcze tego nie wie ani ona ani tym bardziej jej 2 małe córki, że… właśnie nauczyły się (patrząc na przykład swojej Mamy) jednej z najważniejszych lekcji w życiu.
Po 40 prawie latach jedna z tych córek streściłaby Wam tą lekcje mniej więcej tak : nigdy nie pozwól sobie na bycie ofiarą, bądź silna i uwierz w siebie. Potrafisz zrobić absolutnie wszystko i nikt nie ma prawa decydować o Twoim życiu- tylko Ty sama. Walcz o siebie bo nikt nie zrobi tego za Ciebie. Kochaj tych, którzy Cię kochają- całym sercem, tym, którzy chcą Cię wykorzystać- powiedz zdecydowane NIE. Nie będzie łatwo, bo to niecodzienna postawa. Nie obędzie się bez wyrzeczeń i trudności ale w ostatecznym rozrachunku patrząc codziennie w lustro powiesz Sobie- DAŁAM RADĘ i pozostałam wierna sobie i swoim ideałom a to w życiu jest NAJWAŻNIEJSZE.
Takich fundamentalnych lekcji, które dostałam w życiu od mojej Mamy jest dużo więcej. O wielu z nich wiem od dawna, niektóre zrozumiałam dopiero wtedy kiedy sama mamą zostałam. Niektóre objawiają się dopiero teraz kiedy staje się dojrzałą kobietą. Im starsza jestem im więcej ludzi i ich życiowych problemów i skomplikowanych sytuacji poznaje, tym bardziej pojmuję, jak wielkie miałam szczęście- mając w życiu TAK WSPANIAŁĄ MAMĘ i ze to kim jestem w wielkiej mierze zawdzięczam jej i wspaniałemu domowi, który, pomimo wszystko, potrafiła nam stworzyć.
Jak choćby wtedy, kiedy 4-latka wróciła ze łzami w oczach ze swojego pierwszego dnia w przedszkolu. „Jestem ruda, piegowata i nie umiem mówić „R”. Wszystkie dzieci się ze mnie śmieją, nikt mnie nie lubi jestem do niczego”. Mama postawiła mnie wtedy przed lustrem i z wielką powagą powiedziała- Spójrz na siebie- Jesteś Piękna- miliony kobiet na całym świecie farbuje włosy na taki kolor. Nie słuchaj innych, nie mają prawa mówić Ci jaka jesteś, takie prawo masz tylko Ty sama i ci ,którzy Cię kochają. Ja cię kocham i mówię Ci- jesteś najpiękniejsza na świecie, najmądrzejsza i najfajniejsza! Powtarzała mi to tak często i taką niezliczoną ilość razy, że w końcu jej uwierzyłam, wbrew wszystkim, wbrew całemu światu. I stał się cud… bo kiedy w końcu rude dziecko pokochało i uwierzyło w siebie- nagle cały świat uwierzył razem z nim, przestał je pokazywać palcem i się z niego wyśmiewać a zaczął szanować. Kolejna ważna lekcja Mamy: uwierz w siebie, pokochaj siebie- wtedy świat też Cię pokocha.
Jak choćby wtedy, kiedy cała moja klasa w liceum coś przeskrobała (nie pamiętam co to było, pamiętam ,że prowodyrem był syn wielkiej szychy- ordynatora miejscowego szpitala) a mnie usiłowano uczynić kozłem ofiarnym. Niespodziewająca się niczego mama poszła na wywiadówkę i zupełnie inaczej niż zwykle zamiast „ochów i achów” usłyszała wielki wykład na temat jaką to ma beznadziejną córkę. Nauczycielkę poparli wszyscy rodzice bo oznaczało to, że za grzech całej klasy (a więc i ich dzieci) odpowie tylko jedna osoba. Moja Mama wstała wtedy w środku zebrania i powiedziała- „Przepraszam Państwa ale to chyba jakaś pomyłka! Zanim zaczniemy dyskutować dalej idę do domu zapytać mojej córki jak było naprawdę!” -odwróciła się na pięcie i po prostu wyszła w środku zebrania. Wróciła do domu -wysłuchała mojej wersji- i przyjęła ją za jedyną obowiązującą. Nazajutrz wróciła do szkoły i walczyła o mnie jak lwica. Na insynuacje nauczycielki, że „przecież córka może kłamać” odpowiedziała ” Proszę Pani to jest moja córka, ona nie kłamie, kto ma jej uwierzyć jeśli ja tego nie zrobię!”. Lekcja którą z tego wyniosła buntująca się nastolatka była następująca: „Jeśli zawsze mówisz prawdę bliskim (jakakolwiek by nie była) zawsze możesz na nich liczyć. W godzinie próby staną murem po Twojej stronie bo uwierzą i posłuchają Ciebie nikogo innego”.
Jak choćby wtedy kiedy w wieku lat 14-nastu postanowiłam przestać jeść mięso. Mama nie oponowała ani nie próbowała mi tego wybić z głowy. Dostałam za to w prezencie na urodziny książkę kucharska oraz regularne kieszonkowe na zakupy spożywcze. Od tej pory musiałam radzić sobie sama. Byłam wystarczająco duża aby podjąć decyzję stanowiącą o moim życiu?- muszę być wystarczająco dorosła aby przyjąć za nią odpowiedzialność. Nie było łatwo bo w wieku 14 lat nie umiałam gotować absolutnie nic. Miałam jednak wspaniała okazję zacząć się uczyć. Lekcja: masz prawo podejmować decyzje w życiu – jeśli to robisz masz obowiązek zając się konsekwencjami, które te decyzje niosą.
Czy wtedy, kiedy w wieku 16 lat postanowiłam zmienić religię (i jak twierdziło i rozpaczało wielu „przystąpić do sekty”). Był to wielki cios w życiu mojej babci, która prawie przestała się do mnie odzywać. Moja Mama, o dziwo, przyjęła to z wielkim spokojem i w ramach rozsądku i mojego wieku pozwoliła na wiele. Kiedy po latach ją spytałam dlaczego nie protestowała, odpowiedziała. „Co by to córeczko dało? Byłaś tak zdeterminowana, że pewnie po prostu uciekłabyś z domu. A tak zostałaś w nim i zawsze wiedziałaś, że gdziekolwiek będziesz i cokolwiek się w Twoim życiu wydarzy złego czy dobrego zawsze możesz do domu wrócić”. Faktycznie tak było, objechałam cały świat, robiłam różne rzeczy w życiu, czasami mądre czasami bardzo nierozsądne zawsze jednak głęboko w sercu wiedziałam, że jest ktoś kto gdzieś tam w moim domu rodzinnym czeka na mnie z otwartymi ramionami- nieważne kim jestem, nieważne co zrobiłam i czy nie zrobiłam- zaakceptuje i pokocha mnie taką jaką jestem.
Kiedy byłam mała i przegrywałam w jakiś zawodach niezmiennie doprowadzało mnie to do łez, nienawidziłam przegrywać. Mama wtedy brała mnie za rękę patrzyła mi prosto w oczy i mówiła. Cokolwiek zrobisz zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi to lepiej od Ciebie, jakkolwiek nisko nie upadniesz zawsze znajdą się ludzie którzy będą jeszcze gorsi od Ciebie- nie porównuj się do nich i nie ścigaj się z nimi. Mnie nie interesują inni (czy są od ciebie lepsi czy gorsi) interesujesz mnie tylko Ty. Czy byłaś dziś lepsza od siebie wczoraj i czy jutro będziesz lepsza niż dzisiaj. To są Twoje zawody. A potem puszczając do mnie oko szeptała mi cicho na ucho: „I jeszcze pamiętaj o najważniejszym- bez względu na to czy te zawody wygrasz czy nie- ja będę Cię kochała najbardziej jak potrafię. A co ciekawsze, na całym Bożym świecie nie znajdzie się nikt, absolutnie nikt, kto będzie Cię kochał mocniej niż ja!”.
Mamuśku, dziękuję Ci bardzo za wszystkie wspaniałe lekcje i całą Twoją miłość. Miałaś zupełną rację- nie istnieje w tym świecie bardziej bezwarunkowa i piękna miłość niż miłość matczyna. Nie każdy miał okazję doświadczyć jej w życiu w tak piękny sposób. Mnie się udało, wielka szczęściara ze mnie- NAJWSPANIALSZA MATKA NA ŚWIECIE TRAFIŁA SIĘ MNIE 🙂 .
A teraz kilka słów o samym torcie, choć to nie on (jak zdążyliście się zorientować) jest dzisiejszym bohaterem. Tort jest intensywnie czekoladowy z lekką nutą pomarańczową i wyczuwalnym smakiem powideł śliwkowych. Smakuje trochę jak śliwki w czekoladzie, trufle czekoladowe i brownie połączone razem. Jeśli chcecie możecie powidła zastąpić konfiturą pomarańczową lub zrobić tort zamiast z pomarańczą to z grejpfrutem (wtedy do przełożenia warto użyć konfitury z czarnej porzeczki idealnie komponuje się z grejpfrutem). Jak zrobić dekoracje na wierzch tortu? Bardzo prosto- wystarczy roztopioną czekoladę rozsmarować na płaskiej powierzchni, poczekać aż wystygnie i używając szpachelki zwinąć ją w ruloniki. Tutaj film jak robić proste „cygara” czekoladowe a tutaj jak z czekolady robić „dzieła sztuki”.
Dlaczego tak „mroczny tort” na Green Morning w Dzień Matki?…. bo… to kwintesencja wszystkiego co lubi moja „Najwspanialsza Mama na Świecie”. Musi być intensywnie czekoladowo, nie za słodko i z lekką nutą owocową pasującą do czekolady. A dziś przecież Jej święto, Jej dzień… więc i tort dla NIEJ. Bardzo żałuję, że tylko taki wirtualny bo nie mamy szansy dziś się spotkać. Za to wiem, że na pewno zobaczy go tutaj. Moja Mama jest moją najwierniejszą i stałą czytelniczką- zna tego bloga lepiej niż ja sama. Jeśli też lubicie tu zaglądać i inspiruje Was to co piszę to czas podziękować za to mojej Mamie. Gdyby nie Ona- ta wspaniała i dzielna kobieta- nie byłoby mnie takiej jaka jestem i najprawdopodobniej nie byłoby tego miejsca.
A Wy? Czy bylibyście tym kim jesteście- gdyby nie Wasze Mamy? Jeśli nie- koniecznie im o tym opowiedzcie. Dziś idealny dzień do takich bilansów. Nawet jeśli Wasz związek nie jest idealny (mój i mojej mamy nie jest) to jest taki jeden dzień w roku kiedy o tym wszystkim zapominamy i pamiętamy tylko to co najlepsze i najwspanialsze. Dziś każda mama powinna się czuć jak NAJWSPANIALSZA MAMA NA ŚWIECIE.
Pozdrawiam Was wszystkich i idę czuć się wspaniale wysłuchując wierszyków i oglądając laurki od mojego synka. Wiecie co mu powiem dziś wieczorem kiedy będę całować go na dobranoc….. „Pamiętaj synku, na całym Bożym świecie, nie ma nikogo, absolutnie nikogo, kto kocha Cię tak mocno jak ja”… A wiecie co on odpowie…. ” No może jeszcze… BABCIA”. Ale to już historia na zupełnie inną opowieść.
TORT MOCNO CZEKOLADOWY
(z pomarańczową nutą i powidłami śliwkowymi)
Na ciasto: 4 tubki (po 150g) kakaowego skondensowanego mleka
200g masła roślinnego
otarta skórka i sok z 1 pomarańczy (około 1/2 szkl. soku)
olejek pomarańczowy do ciast
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
2 łyżki soku z cytryny
2 szkl. mąki
2 łyżki kaszy manny (do wysypania tortownicy) na krem:
400g mascarpone
2 tabliczki (po 100g) czekolady
otarta skórka z 2 pomarańczy
wyciśnięty sok z 2 pomarańczy (1/3 szkl do kremu, reszta do nasączenia ciasta)
olejek pomarańczowy
do przełożenia:
po 1/3 szkl powideł śliwkowych i konfitury z czarnej porzeczki (wymieszanych) do dekoracji:
1-2 tabliczki czekolady
lub polewa czekoladowa do ciast
2 łyżki śmietanki kremówki
rodzynki, wiśnie i śliwki w czekoladzie
1. Dwie małe tortownice wysmaruj masłem roślinnym i wysyp kaszą manną.
2. Pozostałe masło ubij mikserem razem z mlekiem skondensowanym na pulchną masę. Żeby się nie mordować z wyciskaniem mleka przez tubki- najlepiej rozciąć je u dołu nożyczkami.
3. Wyłącz mikser, dodaj do masy, otartą skórkę pomarańczową, olejek, proszek do pieczenia i sodę. Na sodę wylej sok z cytryny (soda w połączeniu z sokiem powinna się spienić). Zmiksuj wszystko ponownie.
4. Cały czas miksując dodaj 1 szklankę mąki a następnie drugą dosypując ją do masy stopniowo na przemian z sokiem z pomarańczy. Powinieneś otrzymać dość puszystą nielejącą się masę.
5. Podziel masę na dwie części i wyłóż do przygotowanych wcześniej tortownic.
6. Piecz obie tortownice na raz w piekarniku nagrzanym do 170’C do suchego patyczka czyli przez około 40-50 minut (w zależności od wielkości tortownicy).
7. Wyjmij tortownice z piekarnika, pozostaw na blacie aby chwilę ostygły. Otwórz obręcze, znowu pozostaw do ostygnięcia.
8. Kiedy ciasto będzie już nie gorące- może byc lekko ciepłe- wyjmij je delikatnie z tortownic i zapakuj do foliowej torby. Ponieważ ciasto zawiera w sobie dużo mleka jeśli zostawimy go odkryte na parę godzin bardzo szybko wyschnie i zrobi się twarde. W foliowej torbie pozostanie miękkie lecz jędrne- idealne na nasz tort. (Na tym etapie ciasto można zamrażać- ja zamrażam pokrojone już na warstwy i przełożone papierem do pieczenia blaty. Są idealne kiedy muszę zrobić szybki tort na niepodziewaną okazję).
9. Kiedy ciasto się studzi, wykonaj krem. 2 tabliczki czekolady połam na kostki i rozpuść. Ja nie robię tego w kąpieli wodnej lecz w malutkim garnuszku, który ustawiam na maciupeńki gaz i cały czas mieszam czekoladę do całkowitego rozpuszczenia. Garnek i łyżka muszą być idealnie suche. Pozostaw czekoladę do ostygnięcia. Pilnuj jednak aby ponownie nie stwardniała.
10. Mascarpone przełóż do miski i lekko zmiksuj ręcznym mikserem (bardzo krótko- dosłownie 3-4 sekundy- mascarpone łatwo przebić a ty będziesz je jeszcze miksował parę razy). Włącz mikser na najniższe obroty i wlewaj stopniowo do mascarpone chłodną czekoladę, na koniec dodaj skórkę i olejek z pomarańczy oraz łyżka po łyżce 1/3 szkl. soku z pomarańczy. Cała sztuka wykonania tego kremu polega na tym aby zrobić to jak najszybciej. Mascarpone musi być mieszane jak najkrócej inaczej się zważy. (Zważony krem też jest smaczny tylko nie prezentuje się już tak dobrze).
11. Każde ciasto przekrój na pół, otrzymasz 4 blaty. Każdy nasącz sokiem z pomarańczy. Przekładaj tort na przemian: powidłami i kremem. Resztą kremu wysmaruj brzegi i wierzch tortu.
12. Teraz czas udekorować tort. Możesz zrobić to w wersji minimalistycznej. Rozpuścić tabliczkę czekolady a kiedy będzie płynna wmieszać do niej 2 łyżki śmietanki kremówki . Taką masą kiedy ostygnie wysmarować wierzch tortu. Możesz też polać tort po prostu gotową kupna polewą do ciast i udekorować bakaliami w czekoladzie. Możesz też zastosować opcję delux i zrobić dekoracje z czekolady na wierch tortu (więcej o tym jak to zrobić w tekście powyżej).
13. Tort przechowuj w lodówce- jednak wyjmuj go z niej co najmniej 30 minut przed podaniem. Najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej.
Do kremu i dekoracji możesz użyć zarówno gorzkiej jak i mlecznej czekolady. Jeśli tort będą jadły dzieci warto użyć czekolady mlecznej, jeśli koneserzy i wielbiciele czekolady gorzkiej to można pokusić się o samą gorzką czekoladę w kremie i do dekoracji. Ja z reguły wybieram kompromis i używam mieszanki obu czekolad. Proporcja zależy od tego co znajdę w domowej szafce ze słodyczami.
W Indiach, w zachodnim Bengalu, a dokładniej w stanie Orissa, nad samym brzegiem oceanu leży miasto Puri. Jest ono (wraz z Bhadrinath, Dwaraką i Rameśvaram) zaliczane do Char Dham- 4 świętych miejsc pielgrzymek , które każdy pobożny Hindus powinien odwiedzić przynajmniej raz w życiu. Puri znane jest również jako Jaganatha Puri od imienia Bóstwa (Jaganath- Pan Wszechświata) rezydującego w lokalnej, starej świątyni. Bóstwo to jest bardzo nietypowe , jak na indyjskie standardy. Większość Murti (posągów Bóstw) w hinduistycznych świątyniach (ponieważ czczona jest przez pokolenia, wieki a nawet tysiąclecia) wykonana jest z trwałych materiałów takich jak marmur, kamień, brąz czy srebro. Jaganath (oraz 2 inne postacie: jego siostry i brata) wykonany jest z prosto ociosanego wielkiego kawałka drewna i pomalowany w bajecznie kolorowych barwach (zobacz tutaj ). Bóstwo czczone jest w przepięknej świątyni. Miejsce to odwiedza ponad milion pielgrzymów rocznie. Religijne pisma datują świątynię i kult Jaganatha na II w. przed Chrystusem a pierwsze zachowane historyczne wzmianki pojawiły się w IX w. i związane są z osobą Sankaracaryi- wielkiego reformatora hinduizmu, który odwiedził Puri podczas swoich podróży po kraju.
Dlaczego o tym wszystkim Wam piszę???? Dlatego, że dzisiejsze chrusty to tak naprawdę nie chrusty lecz słodycze pochodzące właśnie z Puri i nazywane tam „językami Pana Jaganatha” lub khaja.
Khaja są przepyszne i wpisują się w kanon smażonych i oblewanych syropem słodyczy serwowanych na każdej, jak Indie długie i szerokie, ulicy. „Języki Pana Jaganatha” moim zdaniem są jednak wyjątkowe i zdecydowanie zasługują na międzynarodową karierę . Dlatego postanowiłam Wam je dziś zaprezentować. Pierwsze swoje khaja jadłam jakieś 20 lat temu podczas mojej wizyty w Puri. Były wyjątkowe nie tylko za sprawą smaku ale również dlatego, że pochodziły ze świątynnej kuchni. (Jest to podobno największa kuchnia w całych Indiach).
W świątyni odprawianych jest codziennie wiele ceremonii i obrzędów związanych z rezydującym tam Bóstwem. Miedzy innymi dzień w dzień Jaganathowi ofiarowuje się ogromne ilości pożywienia (co najmniej 56 potraw w dni normalne i 108 w święta). Jedzenie to po wykonanej ceremonii, uważane jest za święte i nazywane prasadam (łaską). Wywożone jest wielkimi wozami ze świątynnej kuchni i na specjalnym placu miasta- rozdawane licznej rzeszy pielgrzymów oraz potrzebującym z całego Puri.
W świątynnej kuchni gotuje się wg. najwyższych standardów czystości, na żywym ogniu (rozpalanym podczas specjalnego rytuału, codziennie o wschodzie słońca), w jednorazowych glinianych garnkach, pożywienie tylko wegetariańskie (bez mięsa, ryb i jaj oraz paru innych produktów uznawanych w hinduizmie za nieakceptowalne w standardach świątynnych, np. cebula i czosnek) . Kucharzami są członkowie najznamienitszych lokalnych rodów. A receptury i sposoby gotowania przekazywane w nich z pokolenia na pokolenie od setek lat.
Więcej o tej niesamowitej kuchni oraz o przepięknej historii świątyni i samego Bóstwa (oraz o tym dlaczego wygląda ono tak jak wygląda) przeczytacie tutaj , na oficjalnej stronnie świątyni. A tutaj macie zdjęcie straganu sprzed świątyni gdzie sprzedawane są najpyszniejsze i najpiękniejsze khaja na świecie.
Jeśli prezentowane dziś zdjęcia zachęciły Was do wykonania tych słodyczy (i nie jesteś weganami- dla nich wersja z olejem) to polecam smażenie khaja na klarowanym maśle. Jest to czysty tłuszcz mleczny czyli masło które poprzez długie gotowanie pozbawiono całej serwatki i wody oraz innych zanieczyszczeń stałych.
Klarowane masło (powszechnie używane w kuchni indyjskiej pod nazwą ghee) zachowuje w sobie cudowny orzechowy aromat smażonego masła ale ma od niego dużo wyższą temperaturę dymienia (nawet dużo wyższą niż większość olejów). Dzięki temu może być używane do smażenie w głęboki tłuszczu ( ma także tysiące innych zastosowań zarówno kulinarnych jak i leczniczych- ale o tym może innym razem). Klarowane masło od paru lat można kupić w wielu polskich sklepach (np. w Almie, Auchan czy Biedronce- patrz na półkach obok masła- sprzedawane jest w plastikowych wiaderkach). Takie masło używane było również szeroko w kuchni staropolskiej (np. dodawane do gotowanych bulionów czy ciasta na pierogi oraz używane właśnie do smażenia słodkich ciastek).
Khaja w wersji wegańskiej smażone na oleju będą się nieznacznie różnic od tych z klarowanego masła (patrz pierwszy dyptyk w tym poście- po lewej stronie wersja wegańska, po prawej z klarowanym masłem). Płatki będą leciutko grubsze i pokryte większą ilością pęcherzyków ale nadal będą FENOMENALNIE pyszne.
Daje Wam też do wyboru dwie wersje wykończenia khaja- te posypane cukrem pudrem i te klasyczne- oblane słodkim syropem. Ja sama nie mogę się zdecydować, którą wersję wolę bardziej. Jeszcze do przedwczoraj wydawało mi się, że tą z cukrem pudrem bo smakuje jak faworki (tylko o niebo lepiej).
Po długiej przerwie, aby zaprezentować Wam przepis, zrobiłam klasyczne khaja w syropie i… zakochałam się w nich od nowa- smakują jak najlepsza baklawa- a kiedy jeszcze posypie się je uprażonymi pistacjami po prostu nie można się od nich oderwać. W sam raz na nadchodzący tłusty czwartek.
Teraz nie pozostaje mi już nic innego jak życzyć Wam smacznego oraz uprzejmie poinformować, że:
Wszystkie skargi, zażalenia i reklamacje na niedopinające się w piątkowy poranek: dżinsy, spódniczki czy bluzeczki będą z wielkim żalem ale jednak …..rozpatrywane ODMOWNIE.
PS. Szybciutko dopisuje, bo na śmierć zapomniałam. Przepisem na khaja parę lat temu podzieliła się ze mną moja internetowa koleżanka Alaksya z tego bloga. Przepis przeszedł moje modyfikacje ale zaczynałam od jej wersji, bo okazała się jedną z lepszych które próbowałam poza Puri.
na ciasto: 1 szkl. mąki 2 łyżki masła klarowanego (lub oleju w wersji wegańskiej) 1/2 szkl. ciepłej wody szczypta soli do posmarowania: 2 łyżki masła klarowanego (lub oleju w wersji wegańskiej) 2 łyżki mąki ziemniaczanej (lub skrobi kukurydzianej) do smażenia: masło klarowane lub olej na syrop: 3/4 szkl. cukru 1/3 szkl. wody 1 łyżka soku z cytryny lub zamiast syropu: cukier puder do posypania
1.Roztopione masło klarowane lub olej dodaj do mąki i wetrzyj w nią tak aby równomiernie połączyć oba składniki.
2.Dolej wodę, dodaj sól i zagnieć dość gęste ale sprężyste ciasto (jeśli potrzeba dodaj więcej mąki).
3.Zagniataj ciasto intensywnie na blacie przez co najmniej 5 minut ( to dużo dłużej niż Ci się wydaje, więc patrz na zegarek).
4.Przykryj miską i pozostaw na 15 minut.
5.Podziel ciasto na 2 części, jedną pozostaw pod przykryciem (zrobisz z nią to samo co z drugą ale dopiero po usmażeniu pierwszej partii). Drugą część ciasta rozwałkuj jak najcieniej potrafisz na prostokąt (mi wyszło około 30/15cm).
6.Prostokąt posmaruj jedną łyżką roztopionego masła klarowanego (lub oleju). Posyp równomiernie 1 łyżką mąki ziemniaczanej i zwiń ciasto w ciasny rulonik (zaczynając od krótszego boku aby rulonik wyszedł grubszy- patrz instrukcja obrazkowa pod ramką z przepisem).
7.Pokrój rulonik na 1,5cm kawałki. Każdy spłaszcz lekko palcem i delikatnie rozwałkuj (nie za mocno, inaczej khaja nie otworzą się podczas smażenia).
8.Khaja smaży się w głębokim tłuszczu nie za bardzo nagrzanym (około 170-180’C). Najlepiej robić to w woku.
9.Smażenie wymaga pewnej wprawy ale szybko się tego nauczysz, jest trochę pracochłonne ale za to JAKI efekt! Do nagrzanego oleju wrzucasz pojedynczo khaja, najpierw opadną na dno a potem będą chciały wypłynąć na wierz ale Ty im na to nie pozwolisz delikatnie raz po raz przyciskaj je i zanurzaj z powrotem w oleju (tak z 3-4 razy- one wypływają na powierzchnię, a ty je siup, znów do oleju, na same dno garnka, przytrzymujesz 2 sekundy i puszczasz, one znowu wypływają ale ty im nie pozwalasz). Spowoduje to, że pod wpływem powstałego ciśnienia khają zaczną się lekko rozwarstwiać.
10.Teraz odkładasz łyżkę cedzakową i bierzesz 2 widelce, jednym przytrzymujesz khaja, żeby nie odpływało w oleju, drugi wkładasz w lekko rozwarstwiony placuszek i zaczynasz potrząsać tak aby otworzył się bardziej. Kiedy jesteś zadowolony z rezultatu wrzucasz następny placuszek i powtarzasz czynności z łyżką cedzakową i widelcami.
11.Smaż khaja do złoto-brązowego koloru na małym ogniu. Jeśli temperatura tłuszczu będzie za wysoka to khaja na samym początku spieką się tak, że już nie da się ich otworzyć. Uważaj więc oraz studź lekko tłuszcz pomiędzy smażonymi partiami (ściągając z ognia i wrzucając do środka kawałek ziemniaka).
11.Odsączaj khaja na papierowych ręcznika ustawiając tak aby tłuszcz miał możliwość wylecieć przez szczelinki.
12. W międzyczasie, wymieszaj wszystkie składniki na syrop i zagotuj w malutkim garnuszku. Gotuj do czasu aż syrop zacznie się pienić a ostatnia kropla spadająca z łyżki będzie się lekko ciągnęła (dla osób wtajemniczonych syrop PRAWIE do nitki). Potrwa to niedługo- około 5 minut na intensywnym ogniu.
13. Ostudź syrop (jeśli po ostudzeniu jest za gęsty to dodaj odrobinę wody i podgrzej intensywnie mieszając) i delikatnie zanurzaj w nim usmażone khaja.
14.Pozwól odcieknąć nadmiarowy syropu nad garnkiem i układaj khaja na kratce w odstępach (inaczej się do siebie przykleją) do lekkiego ostygnięcia.
15.Możesz też pominąć syrop i posypać khaja obficie cukrem pudrem.
Khaja bardzo długo zachowują świeżość, tak naprawdę najlepsze są na drugi czy trzeci dzień- ale zapewniam nie doczekają tego czasu, chyba, że od razu zrobisz podwójna porcję. Jeśli chcesz przechowywać je jeszcze dłużej to lepiej trzymać khaja i syrop osobno a polewać w razie potrzeby przed podaniem.
Stopniał Wam już cały śnieg za oknem? Zróbcie sobie swój własny. Cieplutki, pachnący i słodki.
Właśnie wygrzewam się w prześwitującym przez brudne okna słońcu. Leżę i czytam, czytam i leżę. A wszystko to przy akompaniamencie spływającego z dachu roztopionego śniegu. Kap, kap, kap. Chlup, chlup, chlup. Chrup, chrup, chrup -to już nie śnieg lecz upieczone przed chwilą ciasteczka. O błoga weekendowa bezczynności!
Czy to już naprawdę wiosna? W połowie lutego? Ptaki śpiewają jak oszalałe, koty wieczorami „się marcują”, słońce pięknie przyświeca. Tylko we mnie jakoś tej wiosny nie czuć. Spędzałabym całe dnie przy kominku, wylegując się jak nasz kot. Nie przeszkadzają mi ani brudne okna, ani pajęczyny u sufitu, ani nawet wielka sterta ubrań do prasowania. Wiem, ze powinnam coś zrobić ale mi się nie chce. Powinnam napisać Wam tu piękną i elokwentną historię ale słowa i myśli nie idą dziś w parze. I jedne i drugie dryfują tylko w sobie znanym kierunku a ja nie mam siły ich dziś gonić, łapać i nawlekać na sznurek opowieści. Zamykam oczy, włączam wspomnienia i przenoszę się w inny czas i inne miejsce. Też jest nieśpieszna sobota opatulona zapachem pieczonych kruchych ciasteczek. Sobota jak każda w domu moich dziadków.
W sobotę Babcia robi wielkie porządki w kuchni. Wyrzuca wtedy z niej wszystkie krzesła, wszystkie dzieci (czyli mnie i siostrę) i swojego męża (czyli naszego dziadka). Myje, szoruje, pastuje, układa, porządkuje a przy okazji gotuje obiad i zagniata wielką górę kruchego ciasta. Wałkuje je potem na kuchennym stole, wykrawa szklanką krągłe ciasteczka, nakłuwa widelcem, układała na blachach i piecze, piecze i piecze. Na koniec każdą partię obtacza starannie w cukrze pudrze i wrzuca do wielkiej emaliowanej miski. Miska stoi zawsze na taborecie pod stołem. Idealna wysokość. Dlaczego? Zaraz przekonacie się sami.
Kiedy babcia uwija się w kuchni dziadek, moja siostra i ja ustawiamy w przedpokoju pociąg z wyrzuconych z kuchni krzeseł. My (wnuczki) wsiadamy każda do swojego wagonu a maszynista (dziadek) zabiera nas w świat.
„Gdzie moje szanowne Panie, życzą sobie dziś jechać?”.
„Może do Berlina?”
„Nie, ja poproszę do Rzymu!”.
„Oj do Rzymu to bardzo daleko- będę sprawdzał bilety chyba z 5 razy”.
„A na Syberię?”
„Oj jeszcze dalej!”
„Jak daleko?”
” Z dziesięć kontroli biletowych”.
Bilety a właściwie ich kontrole to kluczowy element zabawy. Mały problem przedstawia tylko ich zdobycie. Niestety, jedyne bilety jakie respektuje nasz konduktor znajdują się w kuchni w wielkiej misce pod stołem. Przyjemnie parzą w ręce, pięknie pachną wanilią i smakowicie brudzą palce cukrem pudrem (tak, że trzeba je potem pracowicie jeden po drugim oblizywać).
Wiadomo wszem i wobec, że JAKIEKOLWIEK jedzenie ciasteczek jest ABSOLUTNIE zabronione przed obiadem! Zarówno nam dzieciom- jak i naszemu konduktorowi- łasuchowi. No ale kto by się tam tym przejmował. Trzeba tylko cichutko zakraść się do kuchni, kiedy babcia jest czymś bardzo zajęta, wsunąć się pod stół i porwać garść ciasteczek z wielkiej miski. Jest ich tam tak dużo, że ubytek tych paru które mieszczą się w małej 5 letniej rączce nie zostanie zauważony. Musisz tylko uważać, żeby nie zostawiać za sobą śladów w postaci rozsypanego po podłodze cukru pudru- to babcia zauważy na pewno- w końcu od rana nie robi nic innego tylko szoruje i pastuje tą podłogę. Upycha się ciasteczka do kieszeni sobotniej sukieneczki lub jeśli się tam nie mieszczą pod sukieneczkę i wybiega cichutko z kuchni. Wsiada do wagonu, wyładowuje bilety i z wielkim wysiłkiem używając wszystkich palców liczy na jak długą podróż wystarczą. Czasami trzeba pobiec do kuchni jeszcze raz- ale to już naprawdę wielkie ryzyko. Dziś się udało, w dwie małe rączki zmieściło się akurat tyle biletów, żeby dotrzeć na daleką Syberię. „Proszę wsiadać! Drzwi zamykać! Odjazd! Fiu, Fiuuuuuu!”- naśladuje lokomotywę dziadek. ” Pociąg osobowy do Władywostoku, przez Wilno, Moskwę, Irkuc odjeżdża z peronu pierwszego na stacji przedpokój”. „Ale, dlaczego nie przez Rzym? Ja chcę do Rzymu!”- krzyczy moja siostra.
„Poproszę Pani bilet do kontroli „- dziadek wyciąga rękę w stronę siostry a ta wręcza mu kruche ciasteczko. Dziadek ogląda je z każdej strony, przełamuje na pół, połówkę wkłada do buzi. Zjada ze smakiem i odpowiada: „Ale to był bilet do Władywostoku, zdecydowanie smakuje jak do Władywostoku”. Oddaje siostrze drugą połówkę- „Niech Pani sama spróbuje”. Druga połowa ciasteczka ląduje w rozchichotanej buzi siostry.
„No moje Panie, uwaga, zbliżamy się do pierwszej stacji. Wilno to przepiękne miasto, jest tam dużo kościołów, jest rzeka Wilia a nawet dzielnica, która nazywa się Wilcza Łapa.”- ” Dlaczego tak się nazywa dziadku?”. „Zaraz Wam wszystko opowiem ale najpierw muszę sprawdzić bilety. Pani jeszcze nie pokazywała biletu.” Wyciągam więc lekko sfatygowane ciasteczko z kieszonki i podaje konduktorowi a ten jednym kęsem zjada jego połowę, drugą oddając mnie. „Zachować do kontroli?”- pytam. „Nie trzeba” łaskawie odpowiada konduktor. Ładuję więc swój bilet do buzi i podczas gdy słodka rozkosz rozpływa się w moich ustach, w uszach wybrzmiewa wspaniała opowieść dziadka o mieście które odwiedził podczas swojej młodości. Za sprawą następnych słodkich biletów przekroczymy Ural i usłyszymy historię o Wołdze, Moskwie, Irkucku i kolei transsyberyjskiej. A raczej o losie Polaków ją budujących. Przeniesiemy się w inny czas i inne miejsca a wszystko to za cenę paru kruchych ciasteczek. I właśnie w kulminacyjnym punkcie zabawy- kiedy nasz krzesłowy pociąg dojeżdża akurat do Władywostoku- naszą podróż w czasoprzestrzeni przerywa wychylająca się z kuchni babcia:
„Myjcie ręce – czas na obiad”- mówi a jej wzrok pada na usypaną cukrem-pudrem podłogę.
„Co tutaj tak biało?”- pyta podejrzliwie.
A dziadek, odruchowo zamiatając nogą cukier pod szafę odpowiada:
„Oj tam, oj tam, zaraz biało. Na Syberii byliśmy”.
Babcia była kucharzem bardzo spontanicznym. Nigdy nie gotowała wg. proporcji lub wagi. Nie miała też swojego zeszytu z magicznymi przepisami. Wszystkie kulinarne sekrety mieściły się w jej głowie, pieczołowicie poukładane pewnie w szufladkach obok tych z licznymi patriotycznymi wierszami i całymi rozdziałami Pana Tadeusza, które potrafiła cytować z pamięci.
Bardzo późno zrozumiałam, że Babcia nie będzie żyć wiecznie i trzeba jej przepisy jak i historię jej życia ocalić od zapomnienia. Pojechałam kiedyś do domu rodzinnego specjalnie po to uzbrojona w dyktafon i wielki zeszyt. Pytałam i notowałam, nagrywałam i pomagałam jak mogłam otworzyć odpowiednie szuflady w tak niegdyś uporządkowanej głowie Babci. Na niektóre opowieści było już jednak za późno, szufladki zatrzasnęły się na amen i nie chciały otworzyć z powrotem. Inne za to otwierały się z zadziwiająca łatwością. Tak usłyszałam wiele zupełnie nie znanych mi rodzinnych historii oraz uratowałam od zapomnienia wiele receptur na popisowe dania mojej babci.
Przepis na kruche ciasteczka niestety do nich nie należał. Sama, metodą prób i błędów, musiałam odnaleźć sposób na ten zapamiętany z dzieciństwa smak. Trochę to trwało bo okazało się, że wbrew wszelkim regułom babcia robiła kruche ciasto z miękkiego zamiast twardego masła i chyba dzięki temu jej ciasteczka smakowały tak niepowtarzalnie.
Oto moja całkiem udana próba odtworzenia smaku „słodkich biletów”. Upieczcie koniecznie i podajcie na podwieczorek. Broń Boże wcześniej! Jedzenie tych ciasteczek przed obiadem jest ABSOLUTNIE zabronione- Babcia by się na Was, jak nic, pogniewała.
100g miękkiego masła
1 czubata łyżka kwaśnej śmietany (lub jogurtu naturalnego)
2 łyżki cukru
cukier waniliowy
szczypta soli
szczypta proszku do pieczenia
ulubiony aromat do ciast (opcjonalnie)
1 i 1/4 szkl. mąki + do podsypywania
cukier puder – około 1 szklanki
1. Masło z wszystkimi pozostałymi składnikami przepisu (oprócz mąki i cukru pudru) rozetrzyj (najlepiej drewnianą łyżką) na jednolitą lekko puszystą masę.
2. Dosyp mąki i zagnieć dość miękkie lecz nieklejące się do rąk ciasto (jeśli się klei podsyp więcej mąki).
3. Zawiń ciasto w folię i włóż do lodówki na 1 godzinę.
4. Wyjmij, odrywaj kawałki, ocieplaj zagniatając parę razy ciepłymi rękami.
5. Wałkuj na lekko oprószonej mąką stolnicy na grubość około 1/2 cm.
6. Wykrawaj ciasteczka o dowolnych kształtach i układaj bezpośrednio na blachach do pieczenia.
7. Piecz w temperaturze 180’C do złotego koloru.(w zależności od wielkości od 10 do 20 minut).
8. Cukier puder wsyp do miseczki i wkładaj do niego jedno po drugim jeszcze ciepłe ciasteczka tak aby cukier dokładnie je obtoczył z każdej strony (jeśli lubisz więcej cukru pudru na ciasteczkach możesz czynność po 5 minutach powtórzyć).
9. Możesz również do cukru dodać cynamonu, wanilii lub kardamonu lub utartej skórki cytrynowej lub nie dodawać nic, ciasteczka i tak będą pyszne.
Nieupieczone ciasto możesz przechowywać w lodówce nawet do tygodnia i piec ciasteczka partiami w zależności od potrzeby. Zdecydowanie najlepiej smakują kiedy są jeszcze ciepłe i podawane ze szklanką zimnego mleka.
Po licznych próbach w końcu się udało. Oto sernik „jak wiedeński” bez użycia ani jednego jajka. Naprawdę udana wersja! Sernik jest pyszny, lekki, odrobinę piankowy. (To trudny do osiągnięcia efekt bez użycia jajek czy żelatyny. Tutaj się udało.) Do tego masa jest lekko kremowa (jak w serniku nnowojorskim) i zachowuje idealny balans pomiędzy kwaskowością a słodyczą. To jeden z tych serników od którego nie można się oderwać dopóki nie zniknie ostatni okruszek. Prezentowana dziś wersja jest opcją „delux”. Dwuwarstwowa masa cytrynowo- kajmakowa zapiekana na pistacjowym spodzie z dodatkiem białej czekolady. Na wierzchu posmarowana kajmakiem i ozdobiona prażonymi niesolonymi pistacjami.
To jedno z tych ciast, które piecze się tylko kilka razy do roku i zachwyca nimi gości. Wymaga trochę zachodu ale cała praca przy jego wykonaniu zwraca się z nawiązką i przekłada na efekt. Wbrew pozorom ciasto jest dość proste w przygotowaniu a kluczowe dla sukcesu są tu: dobór składników oraz czas i temperatura pieczenia. Dla uzyskania lekkiej konsystencji użyłam (zamiast twarogu) sera z odcedzonego jogurtu (tutaj więcej o odcedzaniu jogurtu). Jest idealnie gładki, odpowiednio kwaskowy i zawiera mało tłuszczu. Dlatego zmieszałam go dla równowagi z tłustym mascarpone, które nie obciąża masy tak jak zrobiłoby to masło a na dodatek przyczynia się do kremowego efektu ciasta (bez niego sernik byłby suchy jak wiór) . Jest jeszcze biała czekolada, która wiąże wszystko i odpowiada za solidność i spójność masy. Odrobina skrobi z mąki ziemniaczanej oraz kasza manna absorbują nadmiar płynów aby ciasto się od nich nie rozwarstwiało. Cała reszta składników to dodatki smakowe.
Sernik piecze się w 3 różnych temperaturach. Na początku podpiekamy sam spód sernika w 180’C (zapiecze się dość szybko bo nasze orzechy są wcześniej prażone) potem wlewamy masę i przez pierwsze 15 minut pieczemy w 170’C aby lekko ją ściąć oraz zapiec wierzch sernika (dzięki temu nie za dużo wilgoci ucieknie nam podczas dalszego pieczenia). Potem zmniejszamy temperaturę do 120’C i już tylko powoli dopiekamy sernik aby ustabilizować i utrwalić powstałą konsystencję.
Możemy piec ten sernik w kąpieli wodnej ale wg. mnie nie jest to konieczne. Pamiętajmy tylko żeby wszystkie składniki zawczasu wyjąć z lodówki tak by miały jednakową temperaturę ( najlepiej pokojową) w ten sposób uchronimy sernik przed popękaniem. Ważne jest też stopniowe studzenie sernika, najpierw w otwartym piekarniku, potem na blacie a na końcu przez parę godzin (lub przez noc) w lodówce.
Sernik możemy też wykonać w innej wersji, np. tylko cytrynowej, lub waniliowej lub czekoladowej lub cappuccino. Zamiast bardzo drogich (niesolonych i nieprażonych) pistacji na spód sernika możemy użyć płatków migdałowych lub zrobić spód z kruchego ciasta lub tłuczonych herbatników połączonych z masłem.
Za pierwszym razem procedura pieczenia może wydać się trudna (szczególnie osobie nieprzywykłej do pieczenie serników typu nowojorskiego). Ale uwierzcie mi- to tylko tak skomplikowanie brzmi- a w rzeczywistości jest bajecznie proste. Wiem co mówię, przez ostatnie 2 miesiące upiekłam to ciasto 5 razy aby wypróbować i sprawdzić różne jego warianty. Najtrudniejsze w pieczeniu sernika okazało się znalezienie „specjalnej okazji” z jakiej trzeba go upiec. I tak celebrowaliśmy z tym sernikiem: 1.okrągły miesiąc odkąd przybłąkał się i został z nami nasz nowy kot „Słodziak”, 2. ruszający się ząb mojego syna, 3. to, że dzięki spóźniającej się zimie po raz pierwszy udało nam się zgrabić i spalić wszystkie liście w naszym ogromnym ogrodzie zanim nastały śniegi, 4. odwiedziny dawno niewidzianych przyjaciół, 5. a na koniec to, że sernik udał się idealnie i mogę go Wam zaprezentować tutaj.
A co Wy zamierzacie celebrować z tym sernikiem? Bardzo jestem tego ciekawa!
Na spód: 1/3 szkl grubo mielonych pistacji 1/3 szkl mąki 70g białej czekolady (roztopionej) 2 łyżki miękkiego masła na masę serową: 700g sera jogurtowego (powstałego z 1,5 litra jogurtu naturalnego- instrukcja poniżej) *** 350g mascarpone 3/4 szkl. cukru 300g białej czekolady 2 duże cytryny 2 łyżki mąki ziemniaczanej (lub jeszcze lepiej proszku kisielu cytrynowego) 2 łyżki kaszy manny 1/2 puszki masy kajmakowej (kupnej lub przygotowanej samemu- instrukcja poniżej) ** do dekoracji: parę łyżek masy kajmakowej prażone na suchej patelni pistacje cukier puder (niekoniecznie)
*** 2-3 dni przed pieczeniem sernika, wylej 1,5 litra jogurtu naturalnego na sito wyłożone podwójną gazą lub tetrą lub lnianą ściereczką, zawieś sito na misce tak aby zbierała ściekającą serwatkę, przykryj i wstaw do lodówki. Pilnuj aby co jakiś czas odlewać z miski zbierająca się serwatkę. Ser jest gotowy kiedy jogurt zredukuje swoją objętość o nieco więcej niż połowę. Powinieneś otrzymać około 700-750g sera. (Więcej o odcedzaniu jogurtu tutaj.)
** puszkę skondensowanego słodzonego mleka (nieotwartą),ustaw w garnku, zalej woda tak aby zakrywała całą puszkę i gotuj pod przykryciem co najmniej 3,5 godziny. Uzupełniaj co jakiś czas wodę bo będzie parowała. Puszka musi być cały czas zakryta wodą. Puszkę otwieraj dopiero po całkowitym ostudzeniu(!!!).
1.Dno tortownicy o średnicy 22cm wyłóż papierem do pieczenia.
2.Pistacje (takie niesolone i nieprażone, sprzedawane bez łupinek) posiekaj z grubsza i upraż do złotego koloru na suchej patelni. Ostudź i zmiel w młynku (nie na proszek lecz tak aby zostały drobne kawałki).
3.Wymieszaj pistacje z resztą składników (tych na spód sernika) i tak powstałe ciasto uklep rękami na dnie tortownicy aby tworzyło cienką i równomierną warstwę. Wstaw do lodówki.
4.Odcedzony jogurt i mascarpone wraz z cukrem wymieszaj mikserem na jednolitą masę.
5.Czekoladę połam na kostki. Weź najmniejszy garnuszek o grubym dnie jak znajdziesz w kuchni (musi być idealnie suchy), postaw go na najmniejszym palniku twojej kuchenki a na tym palniku ustaw najmniejszy płomień jaki potrafisz. Wrzuć czekoladę do garnuszka i CAŁY czas mieszając rozpuść ją na gładką lejącą się masę. Ostudź lekko i powolnym strumieniem wmiksuj czekoladę do masy serowej.
6. Obetrzyj skórkę z cytryn, odłóż. Wyciśnij z cytryn sok, odmierz 1/4 szkl. i znowu lejąc go powolnym strumieniem wmiksuj w masę serową.
7.Dodaj mąkę ziemniaczaną, kaszę manną i dokładnie wymieszaj.
8. Podziel masę serową na 2 równe części. Do jednej dodaj kajmak, do drugiej otartą skórkę z cytryn i ewentualnie szczyptę kurkumy lub odrobinę żółtego barwnika spożywczego dla ładniejszego koloru.
9. Rozgrzej piekarnik do 180’C, wstaw do niego tortownicę z samym spodem ciasta i zapiekaj przez 10 minut.
10. Wyjmij tortownicę (zostaw piekarnik przez ten czas uchylony aby nieco spadła w nim temperatura), wyłóż 2 warstwy masy serowej, rozprowadzając je równomiernie. (lepiej będzie odwrotnie niż na zdjęciach- kajmakową masę jako cięższą wyłożyć u dołu a cytrynową u góry- wtedy powinny upiec się równomiernie).
11. Zmniejsz temperaturę do 170’C i piecz w niej sernik przez 15 minut. Potem zmniejsz temperaturę do 120’C i piecz sernik przez następną godzinę.
12. Po godzinie wyłącz piekarnik, uchyl drzwiczki i pozwól tak przestygnąć sernikowi. Po godzinie wystaw go na blat i pozostaw do całkowitego ostygnięcia. Delikatnie, obkrój brzegi sernika cienkim nożem, zdejmij obręcz i wstaw sernik do lodówki na parę godzin.
13.Przed podaniem posmaruj sernik paroma łyżkami kajmaku i posyp uprażonymi posiekanymi pistacjami.
14.Krój sernik nożem zanurzanym uprzednio w gorącej wodzie (tak jak czasami robi się to z tortami).
Wiem, wiem to jeden z tych denerwujących przepisów po którym zostaje trochę tego i tamtego w otwartym opakowaniu. A na dodatek trzeba czekać parę długich godzin aby wreszcie spróbować ciasta. Mam rozwiązanie na oba te problemy. Zostało Ci: napoczęte opakowanie mascarpone, resztka kajmakowej masy w puszce, sok z cytryny. Wrzuć to wszystko razem do miseczki i miksuj mikserem przez pół minuty. Potem weź dobrą książkę, malutką łyżeczkę i rozbij obóz w pobliżu lodówki. Zajmująca lektura (polecam np. nową książkę Myśliwskiego „Ostatnie rozdanie”) oraz mieszanka wyjadana łyżeczką z miseczki bardzo umili Ci chwile oczekiwania na sernik. Obiecuje!
Dziś o moim wiecznie nieudanym cieście marchewkowym. Korzystając z paru świątecznych wolnych wieczorów postanowiłam spędzić je na pieczeniu perfekcyjnego ciasta marchewkowego. Ciasto to a raczej jego doskonała wersja staje się powoli moja obsesją kulinarną. Zważywszy na to ,że jest koniec grudnia a w moim ogródku cały czas rosną marchewki pomyślałam: „jeśli tej dziwnej zimy rosną marchewki to może wydarzy się cud i mnie w końcu uda się ciasto marchewkowe?”. Wyszukałam parę przepisów, zapytałam parę autorytetów, podyskutowałam na paru forach internetowych i zabrałam się do pracy.
Internet (wspaniałe narzędzie!) pozwala w obecnych czasach piec ciasta korzystając z porad tysięcy osób na całym świecie i to bardzo często udzielanych w czasie rzeczywistym. I tak wczorajszego wieczoru piekłam 3 bezjajeczne ciasta marchewkowe na raz korzystając z przepisów i porad na żywo udzielanych przez : Anglika pochodzenia włoskiego mieszkającego aktualnie na Kostaryce, rodowitej Amerykanki z Teksasu i hinduski z Durbanu w RPA. Taka mieszanka spotkała się tego dnia na jednym z forum kulinarnym.
Wszystkie 3 ciasta nie udały się. Po raz kolejny po prostu nie wyszły. „Co mogło pójść nie tak? ” zapytałam na forum i dostałam wiele hipotetycznych odpowiedzi o złej konsystencji, złej temperaturze lub czasie pieczenia. Mailowa dyskusja trwała jeszcze jakiś czas aż wreszcie podsumował ją Anglik. Znamy się wirtualnie od ponad 2 lat więc mógł pozwolić sobie na takie stwierdzenie: ” Może jednak te ciasta Ci wyszły? Może problem nie tkwi w ciastach tylko w Tobie? Może masz po prostu za wygórowane oczekiwania co do pokornego i prostego marchewkowego placka? Jego naturą jest bycie nie do końca doskonałym i przaśnym. Może po prostu Ty i twój perfekcjonizm nie pasujecie do ciasta marchewkowego?”
Na początku chciałam zareagować oburzeniem ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam: Może faktycznie tak jest? Może ja, chorobliwie perfekcyjna perfekcjonistka, przesadzam?
Życie perfekcjonisty nie jest łatwe, wg. mnie to w pewnym sensie choroba. W odróżnieniu od samodoskonalenia, które jest twórcze i prowadzi do samorozwoju, perfekcjonizm w swojej najgorszej wersji jest destrukcyjny i kończy się frustracją. Chorobliwy perfekcjonista jest wiecznie niezadowolony z rezultatów swojej pracy i obsesyjnie chciałby coś ulepszać, poprawiać. „Dobre” nie jest wystarczające. Satysfakcjonuje go tylko „najlepsze”. Perfekcjonista nie potrafi być „tu i teraz” czerpiąc radość z samego procesu twórczego bez względu na to jaki rezultat osiągnie. Co gorsza perfekcjonista musi być „najlepszy” we WSZYSTKIM co robi. A to przecież nierealne.
Dlatego perfekcjonista żyje z niekończącą się listą zadań do wykonania i wyników do poprawienia. Nieustannie znajduje dziurę w całym i jest ciągle z czegoś niezadowolony. Marnuje życie na czynienie każdej rzeczy perfekcyjną i wieczne gonienie za wyśnionym przez siebie ideałem. Wymaga od siebie za dużo a co gorsza oczekuje tego samego od innych. (Dlatego jest często koszmarnym rodzicem i bardzo trudnym partnerem.) Ma wygórowane oczekiwania, którym rzadko kto jest w stanie sprostać. Nie odpuszcza nigdy i roztrząsa błędy w nieskończoność. Nie daje sobie prawa do słabości. Nie widzi tego jak dużo osiągnął bo patrzy tylko na to co nie wyszło. Jedni widzą szklankę do połowy pełną, drudzy do połowy pustą. Perfekcjonista nie przejmuje się za bardzo ich sporem bo właśnie dostrzegł, że szklanka jest niedomyta. Dopóki nie umyje i nie wypoleruje szklanki nie będzie mógł myśleć o niczym innym.
„Chyba lekko przesadzasz z tym opisem perfekcjonistów?”- powiecie. Może macie rację? Może trochę przesadziłam? Ale naprawdę tylko trochę. Wierzcie mi, walczę z perfekcjonizmem od lat. Dawno, dawno temu podczas jednej z moich podróży po Indiach odwiedziłam z koleżanką słynnego w całym Bengalu chiromantę. Interes do chiromanty miała koleżanka, ja znana wszystkim istota mocno stąpająca po ziemi i nie wierząca w żadne „hokus-pokus i wróżenie z fusów” robiłam tylko za przyzwoitkę. W czasie pożegnalnego uścisku dłoni chiromanta odwrócił moja rękę, spojrzał w nią i aż się wzdrygnął.
– „Jeśli już nie masz, to z pewnością będziesz miała bardzo trudne życie. Wyglądasz na człowieka który zawsze chce być numerem jeden i do tego jeszcze musi być najlepszy we wszystkim co robi”.- powiedział obserwując linie na mojej dłoni.
-„Co w tym złego?”- odrzekłam poirytowana faktem, że ktoś po paru sekundach patrzenia na moją rękę rozgryzł mnie tak trafnie.
– „To, że to zupełnie nieosiągalne. Nr.1 jest już od dawna zajęty”.
-„Tak? A niby przez kogo?”- zapytałam.
-„Jak to przez kogo? Przez Boga!”
Dopiero po latach praktyki duchowej i studiowania filozofii wisznuickiej zaczynam rozumieć sens tej wydawać mogłoby się humorystycznej konwersacji. Trafia ona w sedno problemu i pokazuje go z innej, szerszej, filozoficznej perspektywy. W końcu do mnie dociera, że moje wielkie zakusy chorobliwej perfekcyjności są po prostu rozpaczliwą próbą imitacji Boga. Próbą oszukania samego siebie i nieprzyjmowania do świadomości, że jestem tylko małą żywą istotą, jedną z paru miliardów żyjących na tej planecie. Zostałam wyposażona w niedoskonałe ciało, niedoskonały umysł i niedoskonałe zmysły. Wszystko to właśnie po to żeby nauczyć mnie pokory i pomóc zrealizować że konstytucjonalną pozycją każdego z nas nie jest bycie Bogiem lecz…SŁUGĄ. Nigdy Bogiem nie byliśmy ani nie będziemy (wbrew wszelkim impersonalistycznym teoriom filozoficznym). Nie będziemy więc najlepsi, pierwsi, perfekcyjni. A im szybciej to zrozumiemy tym szybciej staniemy się szczęśliwi. Tędy właśnie wiedzie droga do doskonałości- przez szczęście a nie przez meandry perfekcjonizmu.
Psychologowie pewnie opisaliby to jako proces akceptacji siebie i swoich ograniczeń oraz słabości. Pokochania samego siebie i dawania sobie prawa do popełniania błędów. Dopiero z tej pozycji rodzi się człowiek szczęśliwy i zdolny do czynów wielkich. Człowiek który po skończonej pracy siada, patrzy na swoje dzieło i myśli „OK. Zrobiłem to jak potrafiłem najlepiej. Nauczyłem się nowych rzeczy jestem bogatszy o nowe doświadczenia. Następnym razem na pewno zrobię to jeszcze lepiej. Ale to będzie następnym razem. Tu i teraz dałem z siebie wszystko i otrzymałem piękny rezultat. Mam pełne prawo być z siebie zadowolony”.
A wiec, Moi Drodzy, oto moje NIEDOSKONAŁE ciasto marchewkowe. Jest smaczne, jest marchewkowe, jest aromatyczne i…. nie wierzę, że to piszę, ale… brakuje mu jeszcze dużo do perfekcji. Może ktoś z Was chce je udoskonalać? Zapraszam.
Ja odpuszczam. Z wiekiem przychodzi mi trochę łatwiej. Leczenie z perfekcjonizmu przynosi w końcu jakieś efekty. Akceptuję, że choć wiele rzeczy w życiu potrafię zrobić „z efektem WOW” to ciasto marchewkowe do nich nie należy. Jest zaledwie poprawne. Opanuje się jednak (wybaczcie) i nie poświęcę kolejnych 5 kg. marchwi oraz następnych paru wieczorów na liczne próby udoskonalania i szukania złotej proporcji wszystkich składników tego wypieku.
Poświęcę ten czas za to na wypisanie wielkimi literami i powieszenie sobie nad łóżkiem motta na nowy nadchodzący rok:
Życie nie musi być idealne żeby było wspaniałe.
Masz prawo do błędów, masz prawo odpuścić, masz prawo być nieperfekcyjna,
MASZ PRAWO BYĆ SOBĄ.
Ps. Następnego dnia po południu w mojej kuchni.
-„Gdzie to ciasto co leżało tutaj rano na stole?”- pyta mój mąż.
-„Wyniosłam na kompostownik”.
– „No co ty? Dlaczego?!!! Ja cały dzień w pracy o nim myślałem. Zjadłem rano kawałek i było pyszne.”
No i masz Babo placek!
Pozdrawia Was serdecznie Perfekcjonistka na odwyku
Trzymajcie za nią kciuki!
NIEDOSKONAŁE CIASTO MARCHEWKOWE
(proporcja na dużą blachę- możesz upiec z połowy)
1 szkl. maki białej (użyłam orkiszowej)
2 szkl. mąki krupczatki
1 szkl. brązowego cukru
2 szkl. marchewki startej na grubych oczkach
1 szkl. ananasów z puszki zmiksowanych lekko w blenderze
250 g. margaryny lub masła
5 łyżek skondensowanego słodkiego mleka z puszki
5 łyżek jogurtu
1 łyżka cynamonu
1 łyżka przyprawy do piernika
1 łyżeczka imbiru w proszku 2 łyżeczki proszku do pieczenia 1/2 łyżeczki sody + 3 łyżki soku z cytryny
otarta skórka z 1 cytryny
garść posiekanych orzechów włoskich (opcjonalnie)
kasza manna do wysypania blaszki do pieczenia
1.Miękką margarynę lub masło zmiksuj z cukrem i mlekiem na puszystą masę.
2.Nie przestając miksować dodawaj stopniowo po łyżce jogurtu.
3.Dodaj do masy, proszek do pieczenia oraz sodę i wylej na nią sok z cytryny (powinna się spienić). Zamieszaj.
4.Dodaj przyprawy, otartą skórkę z cytryny, marchew i ananasy. Powinny być w malutkich kawałeczkach, nie takie zupełne pure. Dokładnie wymieszaj.
5. Po trochu dosypuj mąkę i mieszaj. Teraz już tylko łyżką i tylko do połączenia składników. Na koniec dodaj orzechy.
6. Wysmaruj dużą blachę lub dwie mniejsze masłem i wysyp dokładnie kaszą manną. Przełóż ciasto i rozprowadź równomiernie.
7.Piecz w 180’C przez co najmniej godzinę lub dłużej do suchego patyczka.
8.Pozwól ciastu lekko ostygnąć zanim wyjmiesz z blaszki.
9.Podawaj posypane cukrem pudrem lub polukrowane.
Możesz też upiec z tego ciasta marchewkowe muffiny.Jak te na zdjęciach. Pieką się około 35-40 minut. Najlepiej upiec je od razu w papierowych foremkach włożonych do blaszki na muffiny. Inaczej bardzo trudno będzie wyciągnąć je z blaszki.