Ciasto do zakochania! Najłatwiejsza drożdżówka na świecie! Bez zagniatania, bez rozczynów, bez innych magicznych czynności. Jeśli nigdy nie wychodzi Ci ciasto drożdżowe lub uważasz je za skomplikowane do zrobienia- to jest przepis dla Ciebie. Składniki miesza się wieczorem łyżką w misce, wykłada na blaszkę i zostawia w lodówce na noc aby… następnego ranka wyjąć gotowe wyrośnięte ciasto, wstawić do piekarnika i mieć pachnące, ciepłe i pyszne ciasto na śniadanie. Brzmi dobrze i prosto? Piekąc ciasto do tego wpisu nie wkładałam go nawet na noc do lodówki (zepsuła mi się ostatnio i od tygodnia czekam na Pana z serwisu) tylko zostawiłam na blacie w zimnej kuchni. Ciasto wyszło fantastyczne- chyba nawet lepsze niż z lodówki. Oryginalny przepis wieki temu dostałam od mamy moich dwóch serdecznych przyjaciółek. Wspaniała kobieta, która często gościła mnie i bandę kolegów i koleżanek swoich córek w swoim pięknym domu w Szczecinku. Pozwalała nam korzystać ze swojego ogrodu, piekła i gotowała dla nas same pyszności (między innymi podobną drożdżówkę), była tak życzliwa i dobra, że wszyscy zwracaliśmy się do niej per „Mamo” a jej słynne drożdżowe ciasto nazywaliśmy „Drożdżówką Mamy ze Szczecinka”. Korzystając z okazji pozdrawiam mamę moich przyjaciółek bardzo serdecznie, choć nie mieszka już ona w Szczecinku (w tym pięknym domu z ogródkiem) lecz w Bornym Sulinowie to dla mnie zawsze pozostanie „Mamą ze Szczecinka”. Przez lata oryginalny przepis na ciasto przeszedł wiele moich modyfikacji i był pieczony w różnych wersjach. Ta ostatnia z porzeczkami i migdałową skorupką na wierzchu bardzo przypadła nam do gustu. Ciasto jest bogate, nie rośnie zbyt wiele ale nie jest ciężkie. Smakiem bardziej przypomina ucierane ciasto niż drożdżówkę. Smacznie „się starzeje” (jak na ciasto drożdżowe) tzn. że na drugi dzień jest prawie tak samo dobre.
To z pewnością jeden z tych przepisów, które zapiszę mojej wnuczce (jeśli taką będę miała) do magicznego kulinarnego zeszytu, który odziedziczy po mojej śmierci. Drożdżówka ta znajdzie się więc w „panteonie przepisów, które powinny zostać ocalone od zapomnienia”. To duże wyróżnienie i bardzo dobrze świadczy o tym cieście. Spróbujcie koniecznie- to ciasto powinno stać się waszym przyjacielem w sezonie letnim-jest jednym z najlepszych drożdżowych ciast pod owoce jakie udało mi się piec w mojej 20 letniej przygodzie z ciastami bez jajek.
na migdałową skorupkę: 1/2 kostki masła 3/4 szkl. cukru 80g migdałów w płatkach 3 łyżki mleka 1 łyżeczka mąki olejek cytrynowy lub migdałowy (parę kropli)
2 szkl. czerwonych porzeczek lub innych owoców
Ciasto:
1. Mleko zagotuj w garnuszku, ściągnij z ognia i dodaj masło pokrojone w kawałki, mieszaj do czasu aż się rozpuści i pozostaw do ostygnięcia (ma być ciepłe, nie gorące, nie zimne).
2. Drożdże wkrusz do miski dodaj cukier, cukier waniliowy i utrzyj drewnianą łyżką do czasu aż drożdże się rozpuszcza (około 1-2 minuty). Dodaj sok i skórkę z cytryny, utrzyj ponownie przez chwilę.
3. Do utartych drożdży wlej ciepłe (nie gorące!) mleko z masłem, zamieszaj, dodaj pozostałe składniki i mieszaj łyżką do czasu aż nie będzie grudek z mąki.
4. Wysmaruj masłem blaszkę do pieczenia (możesz użyć dużej tortownicy lub prostokątnej blaszki 24/30cm) i wyłóż ciasto na blachę. Zamocz ręce z wodzie i rozprowadź mini ciasto równomiernie po całej powierzchni blaszki.
5. Owoce umyj i dokładnie osusz na papierowych ręcznikach (muszą być idealnie suche!). Wysyp je równomiernie na ciasto.
Kruszonka:
6. Składniki na kruszonkę włóż do miski i rozcieraj w palcach do czasu aż otrzymasz coś na kształt kruszonki. Posyp kruszonką ciasto.
7. Tak przygotowane ciasto przykryj ściereczką i pozostaw w zimnym miejscu na około 10-12 godz. (może to być lodówka, spiżarka lub inne zimniejsze miejsce w domu).
8. Po tym czasie wstaw ciasto do zimnego piekarnika i ustaw temperaturę na 180’C, niech ciasto rośnie wraz z temperaturą w piekarniku. Od czasu kiedy temperatura osiągnie 180’c piecz ciasto około 40-50 minut.
Migdałowa skorupka:
9. W międzyczasie rozpuść w malutkim garnuszku masło dodaj cukier i mieszaj do czasu aż cukier się rozpuści, dodaj płatki migdałowe i smaż przez pół minuty. Dodaj mleko, zamieszaj, dodaj mąkę zamieszaj parę razy i zdejmij z gazu.
10. 10 minut przed końcem pieczenia delikatnie wysuń ciasto z piekarnika i nałóż na nie jeszcze ciepłą masę migdałową. Nakładaj łyżką w różne miejsca na wierzch ciasta, nie musisz rozsmarowywać masa rozpłynie się po cieście.
11. Wstaw ciasto z powrotem do piekarnika (na wyższy poziom), włącz termo-obieg (jeśli masz) i zapiekaj migdałową masę do czasu aż zrobi się złota.
12. Podawaj ciasto na ciepło lub zimno. Najlepiej smakuje ze szklanką zimnego mleka.
Możesz upiec to ciasto z innymi owocami jak: jabłka, truskawki, śliwki, morele, wiśnie, jagody. Upewnij się tylko aby były jak najsuchsze i nie puszczały soku. Jeśli owoce są bardzo dojrzałe, możesz nałożyć je na ciasto dopiero rano. Możesz również użyć mrożone owoce- nie rozmrażaj ich- tylko włóż zamrożone do ciasta, rozmrożą się w lodówce podczas leżakowania ciasta. Możesz upiec też ciasto bez owoców. Jeśli uznasz ciasto za mało słodkie możesz polać je lukrem lub posypać cukrem pudrem.
Od paru tygodni nie mogę przestać myśleć o Panu i niewyobrażalnej tragedii jaka spotkała Pańską rodzinę.
Nie potrafię i nawet nie chcę wyobrazić sobie co Pan teraz przeżywa.
Za to bardzo dobrze potrafię sobie wyobrazić, że podobna sytuacja mogła by przydarzyć się mnie. Tak, tak- nie jestem jedną z tych, która powie „nie wyobrażam sobie jak można zapomnieć o swoim dziecku, mnie to by się nigdy nie zdarzyło”. Otóż niestety- jestem świadoma tego, że zarówno mnie jak i wszystkim dookoła zdarza się zapominać o dzieciach nagminnie. Codziennie popełniamy grzech zapomnienia wobec naszych najmłodszych. Nie pamiętamy o złożonych im obietnicach, o ich prawach, o tym, że powinny być w naszym życiu najważniejsze, że bycie rodzicem to wielka odpowiedzialność i obowiązek. Zapominamy, że dzieci zwyczajnie potrzebują naszego czasu i świadomej obecności, że muszą być dla nas ważniejsze niż kolejna sprawa do załatwienia, kolejne nadgodziny do wypracowania, kolejny projekt do zrealizowania, kolejny dom do wybudowania, samochód do kupienia, telefon do wykonania, e-mail do przeczytania, czy nawet mundialowi mecz do obejrzenia.
Komu z nas nie zdarza się zapominać? Mnie nagminnie. Średnio raz na tydzień zapominam o spakowaniu drugiego śniadania do tornistra mojego syna. Jestem mistrzynią w zapominaniu o dodatkowych zajęciach Kacpra, wie o tym najlepiej „Pani od angielskiego” która dobija się bezskutecznie do naszego domu z częstotliwością raz na miesiąc. Zapominam o wywiadówkach, torbie na basen i wycieczce szkolnej (goniliście kiedyś samochodem szkolny autobus wycieczkowy?- mnie się zdarzyło!). Tego dnia kiedy usłyszałam o tragedii Taty z Rybnika wysłałam męża z synem na urodziny do koleżanki. (Dlaczego nie pojechałam sama? – miałam 30 pilnych spraw do zrobienia). Chłopaki wrócili po półgodziny bardzo rozczarowani bo okazało się, że urodziny dziewczynki dopiero będą…za parę dni… a ja- roztargniona matka- po prostu pomyliłam daty.
Co roztargniona matka ma na swoje usprawiedliwienie? Że pracuję na 2 etatach, że prowadzi firmę i bloga i tysiące kursów i jeszcze zaczyna swoją „karierę” fotografa kulinarnego, że nie śpi po nocach żeby się dokształcać, że stara się jednocześnie nie rezygnować ze swoich praktyk medytacyjnych, ze swoich zobowiązań wobec przyjaciół, że ma ogród do wyplewienia i dom w wiecznym remoncie. Czy to wszystko wystarczy aby być usprawiedliwioną i móc zapominać???
Powiecie pewnie: cóż znaczą twoje i nasze drobne zapomnienia wobec tego czego dopuścił się Tata z Rybnika?
Pomyślmy jednak przez chwilę. Czy wszystkie te nasze drobne zaniedbania złożone razem w jakimś niefortunnym czasie czy miejscu nie mogłyby dać mieszanki wybuchowej większego kalibru? Czy zawsze jesteśmy nieskazitelni i zawsze o wszystkim pamiętamy? Czy może czasami , choć zupełnie nieświadomie, tylko dzięki ogromnemu szczęściu udaje nam się uniknąć wielkiej tragedii?
I wreszcie- Czy coraz częściej, niestety, nie zdarza nam się zapominać o czymś fundamentalnym?- Że oto właśnie tu i teraz na naszych oczach toczy się kolejny ważny dzień z życia naszego dziecka. Że suma tych dni złoży się na coś niezwykle ważnego- jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy czas jakim jest dzieciństwo naszego dziecka. I jeszcze, że każde z naszych dzieci ma tylko jedno dzieciństwo a my w dużej mierze kreujemy to jak będzie ono wyglądać i jaki wpływ będzie mieć na jego późniejsze losy?
Ile błędów popełniamy? O ilu sprawach nie pamiętamy? Jakie wielkie mamy szczęście, że los nas za to nie karze w tak okrutny sposób jak Tatę z Rybnika? Dostajemy za to swoje kolejne szanse byśmy mogli nasze błędy poprawić. Doceńmy to!
Drogi Tato z Rybnika,
Myślę o Panu codziennie,
myślę kiedy odkładam kolejną niecierpiąca zwłoki sprawę do załatwienia i idę grać z moim synkiem w piłkę,
myślę kiedy wychodzę wcześniej z pracy, choć roboty jest tyle, że nie powinnam i biegnę, żeby odebrać go wcześniej ze szkoły,
myślę kiedy planuje przesiedzieć kolejną noc w Internecie ale jednak rezygnuję bo wiem, ze następnego dnia będę nieprzytomna a tym samym niedostępna dla mojego dziecka,
myślę kiedy mój synek przychodzi z jakąś ważną dla niego sprawą, a ja mu już nie odpowiadam „nie widzisz, że pracuję”- gryzę się w język i wysłuchuję uważnie,
myślę kiedy zawracam i jadę dodatkowe 5 km , żeby jednak wrócić do szkoły, odnaleźć synka i wręczyć mu pudełko na śniadanie które zostawił w samochodzie,
myślę nawet teraz kiedy to piszę, że to już chyba czas kończyć i iść odciągnąć dziecko od komputera i spędzić z nim więcej czasu.
Myślę o Panu za każdym razem kiedy staję przed wyborem- „pędzić, zaniedbać, zapomnieć” … czy… „zwolnić, być świadomym i pamiętać”.
Wiem, że to bardzo trudne i łatwo się w tym na co dzień pogubić. Dlatego nie osądzam i nie potępiam. Uważam, że nie mam do tego moralnego prawa. Za to składam ręce i dziękuję za wszystkie te (niekoniecznie zasłużone) drugie, trzecie i dziesiąte szanse. Szanse, które dostałam od losu abym mogła się postarać i być lepszym rodzicem. Dzięki Panu doceniam je jeszcze mocniej. Zrozumiałam, że to nie takie oczywiste, że są ludzie którzy oddaliby wszystko co mają, nawet pewnie życie, za choćby jedną taką dodatkową szansę. Nie cofną jednak czasu (tak samo jak Pan) choć z pewnością bardzo by chcieli.
Dlatego nie rzucam kamieniem, nie mówię „jak Pan mógł” tylko jestem Panu niezmiernie wdzięczna. Za co ? Za lekcję z której mogę się uczyć równocześnie nie doświadczając przeogromnej rodzinnej tragedii. Mam ten komfort, że mogę myśleć tylko o Panu bo o Pana córeczce ( i tym co przeszła), jak bardzo bym nie próbowała, myśleć po prostu nie potrafię. Pan zapewne myśli o niej nieustannie a o tym co przeżywała będzie Pan myślał do końca życia.
Drogi Tato z Rybnika,
myślałam o Panu i dziś, kiedy z premedytacją nie poszłam do pracy za to leżałam z moim dzieckiem na trawniku w naszym ogrodzie. Patrzyliśmy w chmury i wymyślaliśmy dla nich nazwy. Wszystkie moje jakoś dziwnie przypominały torty i ciastka za to chmury mojego syna pełne były Supermenów, Spidermanów i Halcków. Siedzieliśmy potem na werandzie i graliśmy w warcaby i właśnie wtedy zrealizowałam, że moje dziecko wyrosło i wcale nie muszę już mu dawać forów a wręcz przeciwnie muszę się nieźle nagłówkować żeby w te warcaby z nim wygrać. Potem zrobiliśmy i spałaszowaliśmy razem ulubione pierogi jagodowe na obiad i właśnie kiedy staliśmy przed lustrem w łazience kłócąc się w zaparte kto ma bardziej granatowy język, mój synek nagle zapytał:
-Ale dziś fajnie. Co to za święto? Nie musiałaś dziś być w pracy?
-Musiałam.
-I nie masz żadnych zdjęć do robienia?
-Mam.
-I żadnych artykułów do pisania?
-Mam.
-I żadnych listów na które musisz koniecznie odpisać?
-Oj mam- całą masę .
-Więc dlaczego tego wszystkiego nie robisz , tylko bawisz się ze mną?
– Dostałam zwolnienie.
-Od kogo?
-Od pewnego Pana .
-Oj to fajny ten Pan, jak się nazywa?
-Tata z Rybnika.
-Oj to chyba go nie znam…. ale wiesz co? …i tak mu ode mnie podziękuj.
na nadzienie: 1,5 szkl. jagód
2 łyżki cukru 1/2 łyżeczki mąki ziemniaczanej (niekoniecznie) na ciasto: 1 szkl. mąki 1/2 łyżeczki soli 1 łyżka oleju 1/2 szkl. wrzątku do podania: waniliowy serek homogenizowany lub śmietana i cukier dodatkowe jagody
1. Jagody umyj dokładnie wysusz wykładając na papierowych ręcznikach wymieszaj najpierw z mąką ziemniaczaną(ograniczy to wyciekanie soku jagodowego z pierogów podczas gotowania) potem z cukrem.
2. Mąkę wsyp do miski. Zrób w mące małe wgłębienie i dodaj tam olej oraz sól. Pomału wlewaj do miski wrzątek cały czas mieszając ciasto łyżką.
3. Wysyp zawartość miski na blat i odczekaj chwilkę, żeby nie poparzyć dłoni.(nie za długo).
4. Zagnieć ciasto. Powinno być ciepłe, dość miękkie ale elastyczne. (możesz dodać odrobinę więcej mąki jeśli będzie taka potrzeba przy zagniataniu).
5. Pozostaw ciasto na blacie przykryte miską 3-4 minuty.
6. Wyjmij połowę ciasta (resztę trzymaj w cieple pod miską, wkładaj tam też wszystkie nieużywane skrawki ciasta żeby nie wyschły) i rozwałkuj na posypanej mąką stolnicy na cieniutki placek.
7. Wycinaj szklanką kółeczka, na każde nakładaj po łyżeczce nadzienia jagodowego.
8. Zlepiaj pierogi i odkładaj na posypane mąką tace lub blat.
9. Jeśli chcesz zamrozić pierogi, zrób to teraz. (włóż pierogi ułożone na tacach do zamrażalnika, po 2-3 godzinach kiedy stwardnieją możesz je przełożyć do szczelnie zamykanych foliowych torebek).
10. Wrzucaj pierogi do lekko osolonego wrzątku i gotuj partiami 2-3 minuty od wypłynięcia na powierzchnie.
11. Podawaj polane śmietaną wymieszaną z cukrem lub jeszcze lepiej waniliowym serkiem homogenizowanym, koniecznie posypane dodatkową partią świeżych jagód.
12. Po zjedzeniu pierogów pójdź przed lustro uśmiechnij się szeroko, wystaw fioletowy język i przypomnij sobie jak to wspaniale było być dzieckiem.
Zamiast jagód możesz oczywiście użyć innych sezonowych owoców, np. truskawek, wiśni, śliwek. Spróbuj też koniecznie pierogów z morelami- są pyszne!
Witam serdecznie w upalny piękny dzień. Mam dziś dla Was przepis na tartę rabarbarową. Proste niepretensjonalne ciasto, idealne do serwowania z lodami w upalne letnie wieczory. Ciasto pokornie oczekiwało od prawie roku w mojej blogowej poczekalni na kolejny sezon rabarbarowy i możliwość zagoszczenia w Waszych kuchniach. Tarta miało znaleźć się na blogu już tydzień temu ale życie jakoś strasznie szybko zaczęło się ostatnio wokół mnie kręcić. Nie zauważyłam nawet kiedy przekwitły bzy i kiedy dojrzały truskawki w moim ogrodzie. Nie wiem w co ręce włożyć i najchętniej rozciągnęłabym dobę do 32 godzin. Niestety jak bardzo bym nie próbowała i jak wiele wysiłku w to nie wkładała- jeszcze nie udała mi się ta sztuka. Na dodatek z wielkim smutkiem stwierdzam, że choć codziennie wykreślam wiele pozycji z mojej listy rzeczy do załatwienia jakoś nie jest to w stanie zbilansować rzeczy które do tej listy dopisuję. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że lista zamiast się kurczyć rozrasta się z dnia na dzień do niebotycznych rozmiarów a ja zaczynam warczeć na wszystkich dookoła i próbuję ogarnąć wszystko na raz -choć to po prostu niemożliwe. Tydzień, który właśnie się kończy był bardzo intensywny. Zaczął się gotowaniem w zeszły weekend wegetariańskiego przyjęcia na 120 osób, składającego się z parunastu dań. Na całe szczęście gotował mój mąż a ja mu tylko asystowałam. Potem od poniedziałku nowi kursanci fotograficzni (w tym tygodniu było ich u mnie aż pięciu), duża sesja komercyjna, końcówka bardzo ważnego i prestiżowego projektu w firmie. Następny tydzień zapowiada się jeszcze pracowiciej- znowu kursy (które uwielbiam), mniejsza sesja komercyjna, papierkowa robota przy projekcie w firmie (której nienawidzę) i coroczna wielka impreza urodzinowa mojego syna (postaram Wam się o tym napisać kiedyś na blogu!). Potem przyjeżdża do Polski jeden z moich ulubionych nauczycieli wisznuickich i mam nadzieję czerpać garściami z jego wiedzy na licznych zaplanowanych dla niego wykładach i spotkaniach.
Dlatego będzie mnie dla Was mniej na blogu przez następne 2 tygodnie. Bardzo Was przepraszam i mam nadzieję, że mi wybaczycie. Postaram się Wam to wynagrodzić kiedy wrócę. GreenMorning pod koniec czerwca kończy rok. Intensywnie myślę jakby to uczcić. Macie jakieś propozycje???
na farsz: 600g rabarbaru
2-3 łyżki cukru
otarta skórka z 1 cytryny
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej.
100g białej czekolady (opcjonalnie) cukier puder do posypania
1. Obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, kardamon i wanilię wsyp do miski. Dodaj otartą skórkę z cytryny i pokrojone w kawałki twarde masło.
2. Lekko wetrzyj masło w mąkę tak aby powstało coś w rodzaju kruszonki z dużymi kawałkami. Odsyp 1/3 mieszanki i wstaw do lodówki. Do reszty dodaj 1-2 łyżki śmietany tyle ile potrzeba aby zagnieść zwarte ciasto. Jeśli potrzeba podsyp więcej mąki. Wstaw ciasto do lodówki na co najmniej 2 godziny, jeszcze lepiej na noc.
3. Wyjmij ciasto z lodówki, ogrzej trochę zagniatając w dłoniach i rozwałkuj na podsypanej mąką stolnicy na okrągły placek. Wyłóż nim formę do tarty (ja użyłam 28cm średnicy). Ponakłuwaj widelcem i wstaw do piekarnika rozgrzanego do 200’C i zapiecz przez 10 minut.
4. W międzyczasie umyj, osusz i pokrój rabarbar na parocentymetrowe kawałki. (Nie musisz obierać). Wymieszaj z cukrem, mąką ziemniaczaną, skórką z cytryny i połamaną na kostki czekoladą.
5. Wysyp rabarbar na podpieczony spód tarty, posyp kruszonką, którą odsypałeś na etapie zagniatania ciasta.
6. Wstaw z powrotem do piekarnika, zmniejsz temperaturę do 180’C i piecz przez następne 20-30 minut, aż kruszonka z wierzchu stanie się złota.
7. Jeśli brzegi tarty zaczną się za bardzo przypiekać, zakryj je kawałkami foli aluminiowej.
8. Upieczone ciasto posyp obficie cukrem pudrem. Podawaj na ciepło z lodami lub na zimno z bitą śmietaną lub tym jogurtowym deserem.
W lecie możesz upiec tą tartę dodając do rabarbaru malin (2/3 rabarbaru + 1/3 malin). Będzie jeszcze pyszniej!
O pewnej wspaniałej i dzielnej kobiecie- mojej Mamie
Lata 60-te dwudziestego wieku w pewnym malutkim miasteczku na ziemiach odzyskanych. Paręnaście lat temu, przesiedliła się tutaj rodzina Godlewskich wraz z trójką dzieci. Najmłodsze z nich jest teraz piękną dziewczyną liczącą sobie lat naście. Ma najzgrabniejsze nogi w miasteczku, na imię Czesia (kto tak pięknej dziewczynie dał takie imię?!!),chodzi do technikum łączności oraz na liczne potańcówki- gdzie rozrywana jest przez wszystkich chłopców. Nie ma się co dziwić, co jak co ale tańczyć Czesia uwielbia i potrafi jak mało kto.
Na jednaj z potańcówek spotyka chłopca niewiele starszego od siebie- równie pięknego i równie rewelacyjnego tancerza. Od tej pory Janusz (bo tak chłopcu na imię) nie odstępuje Czesi na krok. Walczy o jej względy bardzo długo posuwając się do różnych metod (z próbą samobójczą i pojedynkami na pięści z rywalami łącznie). W końcu się udaje. Czesia i Janusz stają się parą. Koniecznie chciałoby się dodać „parą na dobre i na złe”, jednak życie dość szybko zweryfikuje to stwierdzenie.
W wieku osiemnastu lat Czesia zachodzi w ciążę. (W tej rodzinie gen płodności u kobiet jest bardzo silny- historia pokaże to jeszcze nie raz). Póki może ukrywa to przed rodzicami, przecież to dopiero koniec lat sześćdziesiątych w pruderyjnym małym miasteczku na końcu świata. Póki brzucha nie widać Janusz z miłą chęcią spotyka się z Czesią i snuje plany na przyszłość. Jednak kiedy ciąża staje się bardziej widoczna- dezerteruje i zostawia dziewczynę. Zdecydowanie nie potrafi stanąć na wysokości zadania.
Czesia zostaje z kłopotem zupełnie sama. Na początku rozpacza nad swoją sytuacją i niewdzięcznością chłopaka jednak szybko bierze się w garść i postanawia stawić czoła problemowi. Czy właśnie dziewczyna zmieniła się w kobietę? Czy to już? Trudno powiedzieć, jednego możemy być zdecydowanie pewni- Czesia właśnie odkryła sposób na swoje niełatwe życie- Być silną, nie poddawać się i z dumą przyjmować przeciwności losu- to odtąd staje się jej życiową dewizą.
Zawiadamia o ciąży rodziców, wyjaśnia im sytuację. Nie obywa się bez łez i dyskusji do białego rana oraz przekonywania rodziców, że to przecież nie wypada, że panna z dzieckiem, że taki wstyd, że może Janusz pójdzie po rozum do głowy. Czesia nie chce o tym słyszeć. Już postanowiła- skończy szkołę (z brzuchem czy bez, co za różnica), pojedzie na studia i wychowa dziecko sama. Jak sobie da radę? Jakoś sobie da!
14 czerwca 1970 roku przychodzi na świat piękna dziewczynka. Czesia daje jej na imię Agnieszka i odkrywa, ze nie ma na świecie piękniejszego uczucia niż być matką. Wszystko zaczyna się powoli normować (jeśli w jej sytuacji o „normie” można w ogóle mówić) i wtedy zupełnie niespodziewanie Janusz „przychodzi po rozum do głowy”. Zaczyna odwiedzać Czesię, choć ta zdecydowanie sobie tego nie życzy i odprawia go z kwitkiem nawet wtedy kiedy jej się oświadcza.Co to za ukochany, który zawiódł w czasie największej próby!
Do akcji wkracza wtedy ojciec Czesi, dziewczyna kocha go nad życie. Ojciec błaga i przekonuje aby dała chłopakowi szansę. Kiedy trafia na mur oporu- używa argumentu ostatecznego- obraża się i przestaje się do córki odzywać. Tego Czesia nie jest w stanie długo znieść, za bardzo kocha ojca. Poddaje się po długim miesiącu cichych dni i w końcu bierze ślub z Januszem.
Czy to już koniec? Czy można napisać „żyli długo i szczęśliwie”? Czy Janusz w końcu stanie na wysokości zadania?….. Niestety nie.
Jak przewidywała Czesia a czego nie byli w stanie lub nie chcieli zobaczyć jej rodzice- życie z Januszem nie będzie łatwe. Chłopak nie może znaleźć pracy, znika na całe dnie z domu, nie pomaga przy dziecku. Kiedy w końcu udaje mu się jakąś pracę znaleźć całe wypłaty zaczyna przegrywać w karty bo… okazuje się, że jest nałogowym hazardzistą. Dochodzi do tego problem alkoholowy i szybko Janusz zaczyna znikać z życia Czesi lądując coraz częściej w areszcie. Gdzieś pomiędzy jednym pobytem w więzieniu a drugim, półtorej roku po pierwszym (1 stycznia 1972roku)- przychodzi na świat druga córka Czesi i Janusza. Ma ogniście marchewkowe kręcone włosy i od początku jest niesfornym dzieckiem, na imię dostaje Kinga 🙂 .
Czesia zaczyna sobie zdawać powoli sprawę, że życie to nie jest bajka. Dorasta i weryfikuje swoje plany. Jest dla niej oczywiste, że na Janusza nie ma co liczyć, że trzeba się z życiem brać samemu za bary. Z dwójką małych dzieci nie będzie to łatwe ale nikt nie obiecywał, że łatwo będzie. Wychowując dwoje małych dzieci oraz walcząc z mężem alkoholikiem i hazardzistą udaje jej się skończyć wieczorowo szkołę i zdobyć pierwszą pracę.
Rodzice pomagają w opiece nad malutkimi córeczkami, kiedy Czesia jest w pracy. W czasie wolnym jednak Czesia zajmuje się dziećmi sama- bardzo je kocha i chce aby tej miłości starczyło za dwoje: za wspaniałą matkę i za nieciekawego ojca, którego w życiu tych dzieci coraz mniej. Może nawet to i lepiej bo kiedy się w końcu pojawia najczęściej jest pijany. Im większe stają się dzieci i więcej zaczynają rozumieć tym większa staje się determinacja Czesi aby zapewnić im stabilny, bezpieczny i pełen miłości dom. Odkrywa w sobie siłę o którą siebie nie podejrzewała. (siła, wiara, nadzieja, miłość- zastanawialiście się kiedyś dlaczego te wyrazy są rodzaju żeńskiego?).
Wbrew całemu światu, wbrew rodzinie, wbrew najbliższym, wbrew znajomym- mówi D O S Y Ć. Któregoś pięknego dnia pakuje wszystkie rzeczy swojego męża, wystawia je przed drzwi i więcej nie wpuszcza go ani do domu, ani do swojego życia. Nie jest to łatwe, ale im więcej awantur ją to kosztuje im więcej nieprzespanych nocy z dobijającym się do drzwi pijanym mężem tym bardziej zaczyna rozumieć, że oto podjęła w swoim życiu brzemienną w skutki lecz jedyną słuszną decyzję. Jeszcze tego nie wie ani ona ani tym bardziej jej 2 małe córki, że… właśnie nauczyły się (patrząc na przykład swojej Mamy) jednej z najważniejszych lekcji w życiu.
Po 40 prawie latach jedna z tych córek streściłaby Wam tą lekcje mniej więcej tak : nigdy nie pozwól sobie na bycie ofiarą, bądź silna i uwierz w siebie. Potrafisz zrobić absolutnie wszystko i nikt nie ma prawa decydować o Twoim życiu- tylko Ty sama. Walcz o siebie bo nikt nie zrobi tego za Ciebie. Kochaj tych, którzy Cię kochają- całym sercem, tym, którzy chcą Cię wykorzystać- powiedz zdecydowane NIE. Nie będzie łatwo, bo to niecodzienna postawa. Nie obędzie się bez wyrzeczeń i trudności ale w ostatecznym rozrachunku patrząc codziennie w lustro powiesz Sobie- DAŁAM RADĘ i pozostałam wierna sobie i swoim ideałom a to w życiu jest NAJWAŻNIEJSZE.
Takich fundamentalnych lekcji, które dostałam w życiu od mojej Mamy jest dużo więcej. O wielu z nich wiem od dawna, niektóre zrozumiałam dopiero wtedy kiedy sama mamą zostałam. Niektóre objawiają się dopiero teraz kiedy staje się dojrzałą kobietą. Im starsza jestem im więcej ludzi i ich życiowych problemów i skomplikowanych sytuacji poznaje, tym bardziej pojmuję, jak wielkie miałam szczęście- mając w życiu TAK WSPANIAŁĄ MAMĘ i ze to kim jestem w wielkiej mierze zawdzięczam jej i wspaniałemu domowi, który, pomimo wszystko, potrafiła nam stworzyć.
Jak choćby wtedy, kiedy 4-latka wróciła ze łzami w oczach ze swojego pierwszego dnia w przedszkolu. „Jestem ruda, piegowata i nie umiem mówić „R”. Wszystkie dzieci się ze mnie śmieją, nikt mnie nie lubi jestem do niczego”. Mama postawiła mnie wtedy przed lustrem i z wielką powagą powiedziała- Spójrz na siebie- Jesteś Piękna- miliony kobiet na całym świecie farbuje włosy na taki kolor. Nie słuchaj innych, nie mają prawa mówić Ci jaka jesteś, takie prawo masz tylko Ty sama i ci ,którzy Cię kochają. Ja cię kocham i mówię Ci- jesteś najpiękniejsza na świecie, najmądrzejsza i najfajniejsza! Powtarzała mi to tak często i taką niezliczoną ilość razy, że w końcu jej uwierzyłam, wbrew wszystkim, wbrew całemu światu. I stał się cud… bo kiedy w końcu rude dziecko pokochało i uwierzyło w siebie- nagle cały świat uwierzył razem z nim, przestał je pokazywać palcem i się z niego wyśmiewać a zaczął szanować. Kolejna ważna lekcja Mamy: uwierz w siebie, pokochaj siebie- wtedy świat też Cię pokocha.
Jak choćby wtedy, kiedy cała moja klasa w liceum coś przeskrobała (nie pamiętam co to było, pamiętam ,że prowodyrem był syn wielkiej szychy- ordynatora miejscowego szpitala) a mnie usiłowano uczynić kozłem ofiarnym. Niespodziewająca się niczego mama poszła na wywiadówkę i zupełnie inaczej niż zwykle zamiast „ochów i achów” usłyszała wielki wykład na temat jaką to ma beznadziejną córkę. Nauczycielkę poparli wszyscy rodzice bo oznaczało to, że za grzech całej klasy (a więc i ich dzieci) odpowie tylko jedna osoba. Moja Mama wstała wtedy w środku zebrania i powiedziała- „Przepraszam Państwa ale to chyba jakaś pomyłka! Zanim zaczniemy dyskutować dalej idę do domu zapytać mojej córki jak było naprawdę!” -odwróciła się na pięcie i po prostu wyszła w środku zebrania. Wróciła do domu -wysłuchała mojej wersji- i przyjęła ją za jedyną obowiązującą. Nazajutrz wróciła do szkoły i walczyła o mnie jak lwica. Na insynuacje nauczycielki, że „przecież córka może kłamać” odpowiedziała ” Proszę Pani to jest moja córka, ona nie kłamie, kto ma jej uwierzyć jeśli ja tego nie zrobię!”. Lekcja którą z tego wyniosła buntująca się nastolatka była następująca: „Jeśli zawsze mówisz prawdę bliskim (jakakolwiek by nie była) zawsze możesz na nich liczyć. W godzinie próby staną murem po Twojej stronie bo uwierzą i posłuchają Ciebie nikogo innego”.
Jak choćby wtedy kiedy w wieku lat 14-nastu postanowiłam przestać jeść mięso. Mama nie oponowała ani nie próbowała mi tego wybić z głowy. Dostałam za to w prezencie na urodziny książkę kucharska oraz regularne kieszonkowe na zakupy spożywcze. Od tej pory musiałam radzić sobie sama. Byłam wystarczająco duża aby podjąć decyzję stanowiącą o moim życiu?- muszę być wystarczająco dorosła aby przyjąć za nią odpowiedzialność. Nie było łatwo bo w wieku 14 lat nie umiałam gotować absolutnie nic. Miałam jednak wspaniała okazję zacząć się uczyć. Lekcja: masz prawo podejmować decyzje w życiu – jeśli to robisz masz obowiązek zając się konsekwencjami, które te decyzje niosą.
Czy wtedy, kiedy w wieku 16 lat postanowiłam zmienić religię (i jak twierdziło i rozpaczało wielu „przystąpić do sekty”). Był to wielki cios w życiu mojej babci, która prawie przestała się do mnie odzywać. Moja Mama, o dziwo, przyjęła to z wielkim spokojem i w ramach rozsądku i mojego wieku pozwoliła na wiele. Kiedy po latach ją spytałam dlaczego nie protestowała, odpowiedziała. „Co by to córeczko dało? Byłaś tak zdeterminowana, że pewnie po prostu uciekłabyś z domu. A tak zostałaś w nim i zawsze wiedziałaś, że gdziekolwiek będziesz i cokolwiek się w Twoim życiu wydarzy złego czy dobrego zawsze możesz do domu wrócić”. Faktycznie tak było, objechałam cały świat, robiłam różne rzeczy w życiu, czasami mądre czasami bardzo nierozsądne zawsze jednak głęboko w sercu wiedziałam, że jest ktoś kto gdzieś tam w moim domu rodzinnym czeka na mnie z otwartymi ramionami- nieważne kim jestem, nieważne co zrobiłam i czy nie zrobiłam- zaakceptuje i pokocha mnie taką jaką jestem.
Kiedy byłam mała i przegrywałam w jakiś zawodach niezmiennie doprowadzało mnie to do łez, nienawidziłam przegrywać. Mama wtedy brała mnie za rękę patrzyła mi prosto w oczy i mówiła. Cokolwiek zrobisz zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi to lepiej od Ciebie, jakkolwiek nisko nie upadniesz zawsze znajdą się ludzie którzy będą jeszcze gorsi od Ciebie- nie porównuj się do nich i nie ścigaj się z nimi. Mnie nie interesują inni (czy są od ciebie lepsi czy gorsi) interesujesz mnie tylko Ty. Czy byłaś dziś lepsza od siebie wczoraj i czy jutro będziesz lepsza niż dzisiaj. To są Twoje zawody. A potem puszczając do mnie oko szeptała mi cicho na ucho: „I jeszcze pamiętaj o najważniejszym- bez względu na to czy te zawody wygrasz czy nie- ja będę Cię kochała najbardziej jak potrafię. A co ciekawsze, na całym Bożym świecie nie znajdzie się nikt, absolutnie nikt, kto będzie Cię kochał mocniej niż ja!”.
Mamuśku, dziękuję Ci bardzo za wszystkie wspaniałe lekcje i całą Twoją miłość. Miałaś zupełną rację- nie istnieje w tym świecie bardziej bezwarunkowa i piękna miłość niż miłość matczyna. Nie każdy miał okazję doświadczyć jej w życiu w tak piękny sposób. Mnie się udało, wielka szczęściara ze mnie- NAJWSPANIALSZA MATKA NA ŚWIECIE TRAFIŁA SIĘ MNIE 🙂 .
A teraz kilka słów o samym torcie, choć to nie on (jak zdążyliście się zorientować) jest dzisiejszym bohaterem. Tort jest intensywnie czekoladowy z lekką nutą pomarańczową i wyczuwalnym smakiem powideł śliwkowych. Smakuje trochę jak śliwki w czekoladzie, trufle czekoladowe i brownie połączone razem. Jeśli chcecie możecie powidła zastąpić konfiturą pomarańczową lub zrobić tort zamiast z pomarańczą to z grejpfrutem (wtedy do przełożenia warto użyć konfitury z czarnej porzeczki idealnie komponuje się z grejpfrutem). Jak zrobić dekoracje na wierzch tortu? Bardzo prosto- wystarczy roztopioną czekoladę rozsmarować na płaskiej powierzchni, poczekać aż wystygnie i używając szpachelki zwinąć ją w ruloniki. Tutaj film jak robić proste „cygara” czekoladowe a tutaj jak z czekolady robić „dzieła sztuki”.
Dlaczego tak „mroczny tort” na Green Morning w Dzień Matki?…. bo… to kwintesencja wszystkiego co lubi moja „Najwspanialsza Mama na Świecie”. Musi być intensywnie czekoladowo, nie za słodko i z lekką nutą owocową pasującą do czekolady. A dziś przecież Jej święto, Jej dzień… więc i tort dla NIEJ. Bardzo żałuję, że tylko taki wirtualny bo nie mamy szansy dziś się spotkać. Za to wiem, że na pewno zobaczy go tutaj. Moja Mama jest moją najwierniejszą i stałą czytelniczką- zna tego bloga lepiej niż ja sama. Jeśli też lubicie tu zaglądać i inspiruje Was to co piszę to czas podziękować za to mojej Mamie. Gdyby nie Ona- ta wspaniała i dzielna kobieta- nie byłoby mnie takiej jaka jestem i najprawdopodobniej nie byłoby tego miejsca.
A Wy? Czy bylibyście tym kim jesteście- gdyby nie Wasze Mamy? Jeśli nie- koniecznie im o tym opowiedzcie. Dziś idealny dzień do takich bilansów. Nawet jeśli Wasz związek nie jest idealny (mój i mojej mamy nie jest) to jest taki jeden dzień w roku kiedy o tym wszystkim zapominamy i pamiętamy tylko to co najlepsze i najwspanialsze. Dziś każda mama powinna się czuć jak NAJWSPANIALSZA MAMA NA ŚWIECIE.
Pozdrawiam Was wszystkich i idę czuć się wspaniale wysłuchując wierszyków i oglądając laurki od mojego synka. Wiecie co mu powiem dziś wieczorem kiedy będę całować go na dobranoc….. „Pamiętaj synku, na całym Bożym świecie, nie ma nikogo, absolutnie nikogo, kto kocha Cię tak mocno jak ja”… A wiecie co on odpowie…. ” No może jeszcze… BABCIA”. Ale to już historia na zupełnie inną opowieść.
TORT MOCNO CZEKOLADOWY
(z pomarańczową nutą i powidłami śliwkowymi)
Na ciasto: 4 tubki (po 150g) kakaowego skondensowanego mleka
200g masła roślinnego
otarta skórka i sok z 1 pomarańczy (około 1/2 szkl. soku)
olejek pomarańczowy do ciast
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
2 łyżki soku z cytryny
2 szkl. mąki
2 łyżki kaszy manny (do wysypania tortownicy) na krem:
400g mascarpone
2 tabliczki (po 100g) czekolady
otarta skórka z 2 pomarańczy
wyciśnięty sok z 2 pomarańczy (1/3 szkl do kremu, reszta do nasączenia ciasta)
olejek pomarańczowy
do przełożenia:
po 1/3 szkl powideł śliwkowych i konfitury z czarnej porzeczki (wymieszanych) do dekoracji:
1-2 tabliczki czekolady
lub polewa czekoladowa do ciast
2 łyżki śmietanki kremówki
rodzynki, wiśnie i śliwki w czekoladzie
1. Dwie małe tortownice wysmaruj masłem roślinnym i wysyp kaszą manną.
2. Pozostałe masło ubij mikserem razem z mlekiem skondensowanym na pulchną masę. Żeby się nie mordować z wyciskaniem mleka przez tubki- najlepiej rozciąć je u dołu nożyczkami.
3. Wyłącz mikser, dodaj do masy, otartą skórkę pomarańczową, olejek, proszek do pieczenia i sodę. Na sodę wylej sok z cytryny (soda w połączeniu z sokiem powinna się spienić). Zmiksuj wszystko ponownie.
4. Cały czas miksując dodaj 1 szklankę mąki a następnie drugą dosypując ją do masy stopniowo na przemian z sokiem z pomarańczy. Powinieneś otrzymać dość puszystą nielejącą się masę.
5. Podziel masę na dwie części i wyłóż do przygotowanych wcześniej tortownic.
6. Piecz obie tortownice na raz w piekarniku nagrzanym do 170’C do suchego patyczka czyli przez około 40-50 minut (w zależności od wielkości tortownicy).
7. Wyjmij tortownice z piekarnika, pozostaw na blacie aby chwilę ostygły. Otwórz obręcze, znowu pozostaw do ostygnięcia.
8. Kiedy ciasto będzie już nie gorące- może byc lekko ciepłe- wyjmij je delikatnie z tortownic i zapakuj do foliowej torby. Ponieważ ciasto zawiera w sobie dużo mleka jeśli zostawimy go odkryte na parę godzin bardzo szybko wyschnie i zrobi się twarde. W foliowej torbie pozostanie miękkie lecz jędrne- idealne na nasz tort. (Na tym etapie ciasto można zamrażać- ja zamrażam pokrojone już na warstwy i przełożone papierem do pieczenia blaty. Są idealne kiedy muszę zrobić szybki tort na niepodziewaną okazję).
9. Kiedy ciasto się studzi, wykonaj krem. 2 tabliczki czekolady połam na kostki i rozpuść. Ja nie robię tego w kąpieli wodnej lecz w malutkim garnuszku, który ustawiam na maciupeńki gaz i cały czas mieszam czekoladę do całkowitego rozpuszczenia. Garnek i łyżka muszą być idealnie suche. Pozostaw czekoladę do ostygnięcia. Pilnuj jednak aby ponownie nie stwardniała.
10. Mascarpone przełóż do miski i lekko zmiksuj ręcznym mikserem (bardzo krótko- dosłownie 3-4 sekundy- mascarpone łatwo przebić a ty będziesz je jeszcze miksował parę razy). Włącz mikser na najniższe obroty i wlewaj stopniowo do mascarpone chłodną czekoladę, na koniec dodaj skórkę i olejek z pomarańczy oraz łyżka po łyżce 1/3 szkl. soku z pomarańczy. Cała sztuka wykonania tego kremu polega na tym aby zrobić to jak najszybciej. Mascarpone musi być mieszane jak najkrócej inaczej się zważy. (Zważony krem też jest smaczny tylko nie prezentuje się już tak dobrze).
11. Każde ciasto przekrój na pół, otrzymasz 4 blaty. Każdy nasącz sokiem z pomarańczy. Przekładaj tort na przemian: powidłami i kremem. Resztą kremu wysmaruj brzegi i wierzch tortu.
12. Teraz czas udekorować tort. Możesz zrobić to w wersji minimalistycznej. Rozpuścić tabliczkę czekolady a kiedy będzie płynna wmieszać do niej 2 łyżki śmietanki kremówki . Taką masą kiedy ostygnie wysmarować wierzch tortu. Możesz też polać tort po prostu gotową kupna polewą do ciast i udekorować bakaliami w czekoladzie. Możesz też zastosować opcję delux i zrobić dekoracje z czekolady na wierch tortu (więcej o tym jak to zrobić w tekście powyżej).
13. Tort przechowuj w lodówce- jednak wyjmuj go z niej co najmniej 30 minut przed podaniem. Najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej.
Do kremu i dekoracji możesz użyć zarówno gorzkiej jak i mlecznej czekolady. Jeśli tort będą jadły dzieci warto użyć czekolady mlecznej, jeśli koneserzy i wielbiciele czekolady gorzkiej to można pokusić się o samą gorzką czekoladę w kremie i do dekoracji. Ja z reguły wybieram kompromis i używam mieszanki obu czekolad. Proporcja zależy od tego co znajdę w domowej szafce ze słodyczami.
Jeszcze 3 lata temu o fotografii nie wiedziałam ABSOLUTNIE NIC. Teraz też wiem „prawie nic” a im więcej się uczę tym bardziej rozumiem ile jeszcze wiedzy przede mną (ale to temat na zupełnie inną opowieść).
3 lata temu, kiedy moje dziecko poszło do szkoły postanowiłam znaleźć sobie hobby. Jestem osobą o bardzo niespokojnym umyśle i muszę mieć zawsze coś do zrobienia, zaplanowania, zrealizowania. Praca zawodowa, prowadzenie rodzinnej firmy i wychowywanie dziecka to było dla mnie za mało. Postanowiłam wrócić do swojej pasji sprzed ciąży. Miałam wtedy firmę cateringową organizującą duże przyjęcia wegetariańskie i pisałam przepisy kulinarne do prasy. Bardzo chciałam wtedy napisać książkę kucharską (pojawiło się nawet parę propozycji od wydawców). Jednak- ja, znana wszystkim „perfekcjonistka na odwyku” nie potrafiłam znaleźć fotografa, który książkę by zilustrował.
Propozycje wydawnicze dawno przestały być aktualne jednak chęć napisania książki została gdzieś głęboko w sercu i wypłynęła znowu przy sprzyjającej okazji. Minęło spora lat a ja pomyślałam- czas sprawdzić co dzieje się na polskim rynku fotograficznym- może w końcu objawił się na nim ktoś, kto wykona zdjęcia do książki moich marzeń. Siadłam do Internetu i zaczęłam przeglądać nowe trendy w fotografii kulinarnej, szukać fotografów z którymi mogłabym nawiązać współpracę. Żaden z tzw.” profesjonalistów z branży” mnie nie zachwycił… za to …..
….odkryłam coś WSPANIAŁEGO…. cały- wielki, jak Internet długi i szeroki -świat blogerskiej fotografii kulinarnej. Znacie to uczucie – prawda? W końcu nie byłam (i nie jestem) ani pierwsza, ani ostatnia, ani jakaś strasznie oryginalna. Wpadłam po uszy i zakochałam się od pierwszego wejrzenia w paru zagranicznych blogach kulinarnych. Fotografie były tam na takim poziomie, że po moich doświadczeniach z polską branżą prasy kulinarnej, doszłam do szybkich wniosków, że pracuje nad nimi cały sztab ludzi w profesjonalnych studiach fotograficznych. Jakie było jednak moje wielkie zdziwienie kiedy wyczytałam, że większość ulubionych blogerek fotografuje sama, nie w studiach fotograficznych lecz w swoich kuchniach. Teraz zainteresowało mnie to jeszcze bardziej, zaczęłam spędzać w sieci więcej czasu uważnie czytać blogi i wnikliwiej przyglądać się zdjęciom. Odkryłam Flickr (światowy portal dla fotografów-również kulinarnych) potem Pinterest (choć wtedy dopiero raczkował) potrafiłam tam spędzać całe dnie (i noce) wzdychając do oglądanych fotografii.
Ja też bym chciała umieć tak fotografować- MARZYŁAM.
Nadszedł wreszcie ten dzień kiedy sama postanowiłam spróbować. Upiekłam piękne ciasto. Postawiłam na stole w kuchni. Wzięłam aparat do ręki. Zrobiłam PSTRYK i … sami dobrze wiecie co się stało. (Przechodziliście przez to samo- prawda?). Zdjęcie wyszło OKROPNE! W niczym nie przypominało tych pięknych oglądanych setkami w Internecie. ” No cóż- pomyślałam- pewnie po prostu nie potrafię tego zrobić, brak mi talentu, nie mam odpowiedniego aparatu, nie chodziłam nigdy do żadnej szkoły ani nawet na kurs fotograficzny, to za skomplikowane i za trudne. Pamiętasz tych wszystkich profesjonalnych fotografów, którzy przyjeżdżali fotografować twoje przepisy do prasy? Ich sprzęt ledwo mieścił się w samochodzie osobowym a Ty tu masz tylko ten zwykły mały aparat z którym jeździsz na wakacje. Kobieto z czym do ludzi?!”. Spróbowałam jeszcze 2-3 razy bez żadnego rezultatu. Stwierdziłam, że ewidentnie nie potrafię, przeszłam więc nad tym do porządku dziennego, powoli przestałam marzyć choć dalej wzdychałam do zdjęć oglądanych w Internecie.
Jednak coś nie dawało mi spokoju. Nie należę do osób, które łatwo się poddają. Nauczono mnie, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych, że jeśli czegoś bardzo chcesz- udaje Ci się (piszę o tym więcej tutaj) a jeśli wykażesz się determinacją to osiągniesz cel. Umysł oczywiście podszeptywał mi natychmiast- „hej, stąpasz po bardzo niepewnym gruncie- nie wiesz nic na temat fotografii, to strasznie skomplikowane, trudne, ludzie studiują to latami na Uniwersytetach, używają sprzętu za dziesiątki tysięcy złotych, Ciebie na to nie stać, ty tego nie potrafisz, nie dasz rady się nauczyć, jesteś tylko prostą dziewczyną, która umie upiec dobre ciasto ale nie zrobi dobrego zdjęcia”.
Wszystkie te argumenty były oczywiście bardzo logiczne i w sposób natychmiastowy i skuteczny podcinały skrzydła. Ja jednak miałam do nich dystans. To sztuka której uczyłam się latami. W takich sytuacjach staram się nie słuchać umysłu, choć to bardzo trudne- omijam go i po radę udaje się prosto do serca. Nie jest to łatwe, bo głos serca przy głosie rozumu wydaje się mniej racjonalny a czasami nawet zupełnie nierealny. Serce jednak- jak najlepszy przyjaciel- powie ci zawsze: uwierz w siebie i POZWÓL SOBIE NA MARZENIA , uwierz, że potrafisz i PODĄŻAJ ZA NIMI.
Jestem głęboko przekonana, że proces realizacji jakichkolwiek celów w życiu rozpoczyna się właśnie od tego wewnętrznego dialogu, że dopóki nie przekonamy samych siebie aby posłuchać swojego serca (zamiast umysłu, rozumu czy rozsądku- nieważne jak to nazwiemy) dopóty nigdy nie ruszymy w drogę ku naszym marzeniom. Danie sobie prawa do podążania za marzeniami jest jak postawienie pierwszego najtrudniejszego kroku. Ale to przecież od niego zaczyna się każda, nawet ta najtrudniejsza i najdłuższa podróż.
Kiedy ten krok wreszcie zrobimy- wtedy zmienia się cała nasza perspektywa. Przestajemy zadawać sobie pytania „CZY potrafię, CZY mogę, CZY powinnam to zrobić ” zaczynamy pytać „JAK mam to zrobić, KTO może mi w tym pomóc, CO jest do zrobienia”. Właśnie wyruszyliśmy w podróż do naszych marzeń.
Jeśli nie damy się z niej zawrócić i z uporem będziemy brnąć do przodu- nagle okaże się, że spotkamy w niej ludzi, którzy chcą i potrafią nam pomóc. Jeśli z pomocy potrafimy skorzystać nasza droga staje mniej kręta i rzadziej na niej błądzimy. Wtedy nadchodzi czas na prostą, mozolną, samotną wędrówkę: krok po kroku, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, każdy w swoim tempie, jedni wolniej drudzy szybciej, nieważne jak- ważne żeby wykazać się DETERMINACJĄ- ona jest gwarantem, że pewnego dnia, nawet nie wiedząc dokładnie kiedy, rozglądniemy się dookoła i zrealizujemy, ze stąpamy nie po krętej malutkiej ścieżce lecz po prostej, jasnej i szerokiej DRODZE DO SPEŁNIENIA SWOICH MARZEŃ, DRODZE DO SUKCESU.
Wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy jest się na początku drogi, kiedy nie widzi się nawet tego co czeka za najbliższym zakrętem. Dajmy sobie jednak szansę, miejmy wiarę: w siebie, we własne marzenia, w innych (że nam pomogą). Miejmy determinacje, żeby iść do przodu. To co spotkamy po drodze może nas bardzo miło zaskoczyć a czasami przejść nawet nasze najśmielsze oczekiwania. Dokładnie tak było ze mną.
Zapewniam Was wszystkich, którzy właśnie zaczynacie fotografować i patrzycie na moje zdjęcia, mówiąc sobie- ja nigdy takich nie zrobię. Kiedy zaczynałam byłam dokładnie tam gdzie Wy a może jeszcze dalej. (Kiedyś pokażę Wam moje pierwsze zdjęcia kulinarne- zapewniam Was będą takie same jak Wasze). Jednak nie poddałam się, wybrałam drogę do marzeń i oto gdzie mnie zaprowadziła.
Oto jestem- ta sama osoba, która 3 lata temu posłuchała głosu swojego serca i pozwoliła sobie na marzenia. To co dostała w zamian przerosło zupełnie jej oczekiwania. Oto na swoim blogu kulinarnym- który czyta tysiące osób- prezentuje Wam rezultat komercyjnej sesji fotograficznej, wykonanej dla światowej marki. W niecały rok od otwarcie bloga i pokazania swoich zdjęć światu zaczęła dostawać propozycje od których lekko kręci jej się w głowie (z 80% nie korzysta bo wierna swoim wartościom nie fotografuję mięsa i dań które zawierają). Ale te pozostałe 20% pozwoliłoby jej już utrzymać się z fotografii. Zgłaszają się do niej producenci żywności, agencje reklamowe (nawet zagraniczne), restauracje, prasa kulinarna. Niedawno dostała list od wykładowczyni na jakimś Amerykańskim Uniwersytecie z zapytaniem czy mogłaby użyć jednego ze zdjęć, miałoby ono posłużyć jako ilustracja do wykładu ” idealna stylizacja i design w fotografii produktowej” (!!!).
Czasami łapię się za głowę i myślę sobie „Czy to na pewno do mnie przychodzą te wszystkie listy i zapytania? Czy Ci ludzie mnie z kimś nie pomylili?” Tłumaczę im, że nie jestem profesjonalistką, że nie mam odpowiedniego sprzętu, że fotografuję dopiero od 3 lat. Wiecie co? Wcale im to nie przeszkadza(!)
Czy przypuszczałam, że tak będzie:
kiedy pisałam swoje pierwsze listy do zagranicznych blogerek z prośba o rady dla początkującej fotografki- NIE
kiedy czytałam ich odpowiedzi z wypiekami na twarzy bo dowiadywałam się, że zaczynały dokładnie tak samo jak ja?-NIE
kiedy zamiast wzdychać do kolejnych zdjęć zaczęłam szukać materiałów o podstawach fotografii, kompozycji i stylizacji jedzenia?- NIE
kiedy wychodziłam z 3 kursu fotograficznego na który się zapisałam, bo szkoda mi było czasu na wykładane tam dyrdymały- NIE
kiedy mój mąż widząc moją determinację postanowił mi kupić aparat fotograficzny na urodziny a ja nie mogłam się zdecydować o jaki powinnam poprosić aż w końcu mnie olśniło i kupiłam sobie dokładnie taki sam jak moja ukochana i podziwiana blogerka. Kiedy rozpakowywałam pudełko powiedziałam sobie” od dziś nie masz już prawa mieć wymówki, że „ona potrafi robić tak piękne zdjęcia bo ma lepszy aparat niż ty”- teraz już tylko twoja ciężka praca i zdobyta wiedza dzielą cię od sukcesu”- NIE
kiedy wstawałam o 5 rano, bo wtedy wschodziło słońce a ja właśnie się dowiedziałam, ze najlepsze światło do fotografii jest w pierwszej godzinie po wschodzie słońca i koniecznie musiałam to wypróbować- NIE
kiedy po raz kolejny fotografowałam to samo danie w nadziei, że może teraz się uda i znowu się nie udawało ale zawsze było choć trochę lepiej niż poprzednio-NIE
Kiedy nie rozstawałam się z moim aparatem i fotografowałam kiedy i co się dało, żeby ćwiczyć- NIE
kiedy w końcu zaczęłam być choć trochę zadowolona z moich zdjęć- NIE
kiedy moje zdjęcia zaczęły zdobywać pierwsze pozytywne komentarze w Internecie- NIE
kiedy udało mi się w końcu szkolić u kogoś kogo zdjęcia podziwiam i kto miał pojęcie o fotografii kulinarnej -NIE (choć wtedy moja droga stała się prostsza i łatwiejsza)
kiedy dostałam pierwsze zapytanie od włoskiej agencji reklamowej, która chciała wykorzystać moje zdjęcia do reklamy słynnej marki oliwy Monini- NIE (choć wtedy pierwszy raz pomyślałam- NAPRAWDĘ warto mieć marzenia)
kiedy wygrałam pierwszy konkurs fotograficzny dla amatorów- NIE
kiedy zakładałam bloga, bo pomyślałam- oto jestem gotowa aby pokazać światu nad czym pracuję od ponad 2 lat- NIE
kiedy zgłosiła się do mnie moja pierwsza kursantka i wyjechała z mojego kursu o fotografii kulinarnej zadowolona- NIE (ale pomyślałam sobie- kocham to robić)
kiedy przyjechał do mnie na kurs pierwszy zawodowy fotograf (choć najpierw musiał mnie 3 razy przekonać, że jest pewny, że wie co robi?)-NIE
kiedy dostałam propozycję stałej współpracy z magazynem Voyage- NIE
kiedy zaczęłam dostawać listy o takiej samej treści, które ja wysyłałam na początku mojej fotograficznej drogi do innych blogerek i z wielką przyjemnością oraz dużą determinacją zaczęłam na nie odpisywać bo wiedziałam jak dużo znaczą dla osób, które je otrzymują- NIE (choć wiedziałam już, że maja droga do marzeń prowadzi we właściwym kierunku)
kiedy przyszła propozycja od DUKI na współpracę przy tworzeniu zdjęć do ich materiałów reklamowych- WTEDY POMYŚLAŁAM SOBIE: „Matko Boska! Nie dam rady!”- to oczywiście krzyczał umysł ale jego już prawie nie słuchałam, wsłuchiwałam się w mocno bijące serce a ono spokojnie lecz pewnie szeptało: dasz radę, miej wiarę, uda Ci się. Zobacz- odważyłaś się kiedyś powiedzieć „I have a DREAM” a oto rezultat który dostałaś 3 lata później. Ciężko na to pracowałaś. Oto owoc twojej pracy- ciesz się bo w pełni na to zasłużyłaś.
Cieszę się więc jak mogę z każdej komercyjnej i niekomercyjnej propozycji, z tej małej i tej dużej, z tych które przyjmuje i tych które odrzucam. A wiecie z czego cieszę się najbardziej? Z tych wszystkich spotkań z osobami, które przyjeżdżają do mnie uczyć się fotografii kulinarnej. Oto ja, która kiedyś wzdychałam do zdjęć innych (i cały czas wzdycham- bo wiem, że jeszcze długa droga przede mną, że wiele jeszcze nie umiem, że moim zdjęciom daleko do perfekcji)- teraz sama jestem obiektem westchnień. Przyjeżdżają do mnie osoby z całej Polski (a nawet z zagranicy) aby na moich kursach dowiedzieć się jak fotografuję.
Uwielbiam moich kursantów i życzę im jak najlepiej. Wiem, że to te spośród tysięcy innych osób, które posłuchały głosu swojego serca i odważyły się podążać za marzeniami. W ich oczach widzę siebie sprzed 3 lat – widzę tą wielką chęć zdobywania wiedzy i chęć jej ciągłego praktykowania, chęć doskonalenia się i wielką radość kiedy w końcu się coś uda. Widzę jak dzień po dniu, krok po kroku, posuwają się na drodze do swoich marzeń. Zamiast stać w miejscu i podziwiać piękno mieniące się gdzieś daleko na horyzoncie, idą we właściwym kierunku, patrząc uważnie pod nogi, pokonując przeszkodę za przeszkodą. Widząc ich determinację zastanawiam się gdzie będą za 3 lata? Aż strach pomyśleć! Życzę im aby zaszli dalej ode mnie, żeby mieli się z czego cieszyć i mogli sobie powiedzieć -BYŁO WARTO!
A tym z Was, którzy do tej pory cały czas się wahają i słuchają wszystkich dookoła (zamiast głosu własnego serca)- z pełną mocą mówię- Przestańcie! Uwierzcie w siebie. Uwierzcie, że WARTO MIEĆ MARZENIA , że każdy ma prawo aby je realizować. Nie obiecuje, że będzie łatwo ale zapewniam, że jeśli wykażecie się wielką determinacją i nie poddacie się kiedy przyjdą pierwsze wątpliwości lecz będziecie brnąć dalej -w końcu dogonicie swoje marzenia. Kto wie może nawet uda się Wam je przegonić? Życie lubi nas zaskakiwać. Życzę Wam samych sukcesów i spełnienia najbardziej szalonych marzeń (nie tylko tych fotograficznych). Życzę Wam byście potrafili po te marzenia sięgać i nie obawiali się słuchać swojego serca. I jeszcze, życzę Wam samych wspaniałych ludzi dookoła. Takich- którzy najpierw uwierzą w te marzenia razem z Wami a potem będą cieszyli się z Waszego sukcesu. W ostatecznym rozrachunku to przecież najważniejsze. Co to za szczęście, którego nie można dzielić z innymi?
Cała Polska pachnie bzem. Aż kręci się od tego w głowie. Pachnie na każdej randce, w każdym ogrodzie, w każdym domu ( bo przecież „kwiaty już w wazonach”). Gdzie się nie obrócisz fioletowo-aromatyczne szaleństwo. Uwielbiam maj właśnie za to, że pachnie bzem. Bzowa chwilo trwaj! Czy wiecie, że każdy bez pachnie inaczej? Tylko na pozór wszystkie mają ten sam aromat. Kiedy zaczniesz wąchać je wszystkie po kolei w niedużych odstępach czasu zaczynasz rozumieć, że to cała paleta liliowego szaleństwa. Doświadczyłam tego ostatnio, kiedy wpadłam na pomysł aby zrobić cukier aromatyzowany kwiatami bzu. (A tak przy okazji to najwięcej odmian bzu w jednym ogrodzie widziałam w Żelazowej Woli- jeśli planowaliście się tam wybrać to warto właśnie teraz- będzie dodatkowa atrakcja do obejrzenia i … powąchania.)
Tuż przed długim weekendem pisałam materiał do czerwcowego Voyage o kuchni Małopolski. Jednym z regionalnych specjałów jest tam przecier z płatków róży cukrowej. Przestudiowałam wszystko co możliwe na ten temat, łącznie z wypowiedziami Pań z lokalnych „Kółek Gospodyń Wiejskich” oraz wywiadem etnograficznym z okolic gdzie przecier się wytwarza. Przeczytałam też o tym jak używa się róży w innych krajach: począwszy od indyjskiej wody i olejku różanego na japońskim aromatyzowanym cukrze skończywszy. Na różę jeszcze nie sezon (zacznie się dopiero pod koniec maja) za to właśnie rozkwita mój ukochany bez. Przecier z niego byłby za cierpki (próbowałam już kiedyś). Za to cukier aromatyzowany zapachem kwiatów???… Czemy nie?… Może warto spróbować?… W mojej głowie już zaczyna się kotłowanina ciekawych pomysłów co z takim cukrem można by zrobić. Wyobrażacie sobie np. lody o smaku bzu!
Okazało się oczywiście, że jak zwykle nie jestem ani pierwsza ani oryginalna, że na ten pomysł wpadł już ktoś wcześniej i umieścił przepis na swoim blogu w Internecie. Popatrzcie tutaj. Postanawiam więc z przepisu skorzystać. Od jakiegoś czasu zmieniłam trasę moich porannych spacerów aby mieć po drodze jak najwięcej krzaków bzowych i cieszyć się ich zapachem. We wsi, gdzie mieszkam- bez rośnie przy większości dróg i prawie w każdym ogrodzie . Czasami nawet po parę drzew- cała liliowa tęcza: od głębokiej purpury, przez wszystkie odcienie różu, lila i fioletu, po najczystszą biel. Sama mam w ogrodzie parę drzew i krzewów. Odkąd idea aromatyzowanego cukru zakiełkowała w mojej głowie zaczęłam wąchać wszystkie napotkane kwiaty w poszukiwaniu tej odmiany która pachnie najintensywniej.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że każdy kolor i odmiana bzu pachnie inaczej. Co więcej, są nawet takie które nie pachną wcale. Miejsce pierwsze w moim rankingu z najsłodszym i najbardziej intensywnym zapachem zdobył bez jasno-różowy (widać go dokładnie na talerzyku obok syropu na ostatnim zdjęciu w tym poście). Na końcu listy znalazł się bez ciemny-purpurowy, który nie pachnie wg mnie wcale- przynajmniej te odmiany, które rosną w mojej wsi. Mają one grube mięsiste kwiaty a z moich obserwacji wynika, ze im grubsze i mięsistsze płatki tym mniej aromatu w kwiecie. Bez biały za to ma aromat ostrzejszy a im bardziej ciepły odcień fioletu mają kwiaty (taki bardziej w stronę różu) tym zapach staje się słodszy. Zaznaczam jednak, że moje doświadczenie było przeprowadzone na wybranej (choć całkiem sporej) grupie lokalnych krzewów. Może u Was będzie inaczej? Ciekawa jestem tego bardzo. Koniecznie dajcie znać czy doszliście do takich samych wniosków co ja.
Ponieważ różnorodność mnie zupełnie zaskoczyła postanowiłam użyć do mojego cukru całego bukietu różnozapachowego bzu. Na zbiory, jak należy, wybrałam się rankiem (wszystkie kwiaty najlepiej zbierać w godzinę po otwarciu- wtedy aromat jest najbardziej intensywny), w słoneczny dzień (deszcz spłukuje zapach z kwiatów) z dala od szos (kwiaty bardzo chłoną zanieczyszczenia). Zbierałam kwiaty w pełni otwarte (pąki są za cierpkie i nie mają jeszcze zapachu).
Przepis na bzowy cukier brzmiał i wyglądał prosto. Wystarczy kwiaty zasypać cukrem, zakręcić słoik i trzymać parę dni w ciemnym i nie za ciepłym miejscu. Jednak z mojego doświadczenia z kwiatami wiedziałam, że wcale tak pięknie i łatwo nie pójdzie. Tak jak na zdjęciach cukier wygląda tylko pierwszego dnia- potem kwiaty (tak jak np. owoce zasypane cukrem) zaczynają puszczać sok. Kwiaty stają się brunatne a cukier wilgotny i zbrylony. Nie wygląda to ciekawie i pachnie też nie do końca samym bzem, nie da się takiego cukru wsypać do cukierniczki. Nie da się nawet w łatwy sposób usunąć z niego kwiatów (ponieważ są całe oklejone cukrem).
Ale ja się tak łatwo nie poddaje. Postanawiam cukier wysuszyć w piekarniku. Wysypuje go na blachę, włączam opcję termo-obiegu i temperaturę 50’C. Po około 40 minutach cukier jest prawie suchy. jest jednak następny problem- kryształki napuchły od soku i są teraz większe niż dziurki w moim sitku. Nie przesypię ich łatwo jak planowałam. Jeśli mam bawić się w Kopciuszka i ręcznie wybierać kwiatki bzu z cukru muszę być pewna, że warto. Oczyszczam garstkę cukru, próbuję i… niestety bardzo się rozczarowuję. Cukier po odseparowaniu od kwiatów ani za bardzo nie smakuje ani nie pachnie bzem. Ma inny smak niż zwykły cukier jednak nie wyczuwam w nim bzowego aromatu. Mielę cukier w młynku na puder w nadziei, ze to coś pomoże. Znowu otrzymuję cukier smaczniejszy niż zwykły ale trudno nazwać go bzowym.
W przypływie desperacji postanawiam z cukru zrobić syrop- w taki sposób zdecydowanie łatwiej będzie odzyskać cukier i pozbyć się z niego brunatnych kwiatów -myślę. To okazuje się dobrą drogą. Woda jest lepszym nośnikiem dla aromatu kwiatowego. Mój syrop ma teraz ( choć nie bardzo intensywny to jednak) wyczuwalny aromat bzu. Postanawiam go jeszcze wzmocnić dodając podczas gotowania nową porcję świeżych, pachnących kwiatów.
Po krótkim gotowaniu i odcedzeniu otrzymuję dość klarowny gęsty syrop o ciekawym zapachu, z lekką (wyczuwalną na końcu) nuta bzową. Co z niego zrobić???… Mam parę pomysłów. Pierwszy który pcha się przed szereg w mojej głowie to BZOWA BAKLAWA (!!!) Co wy na to??? Albo BZOWE GULAB JAMUS (sprawdźcie co to takiego w gogle). Albo KHAJA w bzowym syropie (wg tego przepisu).
Zanim jednak wcielę w życie wszystkie te pomysły- muszę odczekać. Próbując cukier a potem syrop bzowy (oraz porównując go z normalnym cukrem i syropem) wyczerpałam chyba swój miesięczny limit spożycia cukru. Wieczorem aż niebezpiecznie kręciło mi się od tego w głowie.
Syrop stoi z lodówce zakorkowany w butelce i niecierpliwie czeka na swój czas. Może Wy macie lepsze pomysły jak go wykorzystać? Co zrobilibyście z piekielnie słodkim syropem pachnącym bzem???… Z miła chęcią posłucham waszych sugestii?
2,5 szklanki białego drobnego cukru 2,5 szklanki świeżo zebranych kwiatów bzu 1 dodatkowa szklanka kwiatów bzu (zbierana w dniu gotowania syropu) 1/2 szklanki wody parę kropli soku z cytryny
1. Jeśli zbierałaś kwiaty z bezpiecznych i niezanieczyszczonych miejsc- nie widzę sensu ich mycia (wypłuczesz większość aromatu). Nie trzeba też obrywać samych płatków, wystarczy kwiatostany porwać na mniejsze kawałki, usuwając grube łodygi. Odmierzaj kwiaty po „ubiciu” ich w szklance (nie niszcz kwiatów tylko lekko przyciśnij dłonią).
2. Do litrowego szklanego słoika włóż kwiaty i zasyp cukrem. Zakręć i potrząśnij parę razy słoikiem aby składniki się dokładnie wymieszały.
3. Umieść słoik w ciemnym i chłodnym miejscu (nie lodówce). Pozostaw na 2-3 dni, potrząsając słoikiem od czasu do czasu.
4. Po tym czasie, kwiaty puszczą sok i stracą kolor a cukier zrobi się wilgotny.
5. Przesyp cukier do garnka. Duża jego część pozostanie na ściankach słoika. Wlej do słoika 1/2 szkl ciepłej wody zakręć i potrząsaj do czasu aż cały cukier rozpuści się w wodzie.
6. Przelej mieszankę ze słoika do garnka z cukrem i gotuj na małym ogniu do czasu aż cały cukier rozpuści się w wodzie (jeśli jest z tym problem lub syrop jest tak gęsty, ze się przypala dolej więcej wody). Najlepiej, żeby syrop za bardzo nie bulgotał (wydaje mi się, że wysoka temperatura powoduje szybsze ulatnianie się aromatu).
7. Teraz dodaj następną szklankę świeżych kwiatów i gotuj przez następne 3-4 minuty, na koniec dodaj sok z cytryny.
8. Wyłącz gaz, przykryj garnek pokrywkę i pozostaw do lekkiego ostygnięcia.
9. Kiedy syrop będzie miał już taką temperaturę, że nie poparzysz się od niego, przecedź go przez sitko dokładnie odciskając kwiaty- w nich pozostało najwięcej aromatu. Można zawinąć je w gazę i dokładnie wycisnąć z nich resztki syropu.
10. Zlej syrop do słoików lub szklanych butelek i trzymaj w lodówce lub zapasteryzuj.
11. Używaj według wyobraźni lub poczekaj na mój przepis z wykorzystaniem tego syropu. Powinien pokazać się wkrótce.
O tym jak, gdzie i kiedy zbierać kwiaty bzu, przeczytasz w poście powyżej. Zrób to koniecznie zanim wybierzesz się na „bzowe zbiory”.