Zabrzmi to nieskromnie ale jeszcze nie jadłam lepszego wegetariańskiego bigosu niż… mój własny. Na temat niewegetariańskich się nie wypowiadam , nie konsumowałam ich przez ostatnie 25 lat więc już nawet nie pamiętam jak smakują. Wiem natomiast dobrze jak smakuje (albo powinien) dobry wegetariański bigos. Idealny bigos powinien mieć smak balansujący pomiędzy kwaśną nutą kiszonej kapusty a słodyczą dobrze uprażonej kapusty białej. Musi być mocno aromatyczny i wilgotny (za suchy bigos to przestępstwo). Powinien też być „bogaty” – tak w Indiach mówi się o potrawach które zawierają „odpowiednią” ilość masła.
I taki właśnie jest mój bigos. Naprawdę dobry, oparty na wieloletnim doświadczeniu gotowania go w różnych warunkach i ilościach. I choć ostatnio gotuję go bardzo rzadko (z reguły raz do roku, w okolicach świąt Bożego Narodzenia) to był taki czas kiedy bigos gotowałam bardzo często i w naprawdę dużych ilościach. Pisząc „duże ilości” mam na myśli np. 20, 50 lub 100 litrów.
Trudno mi do końca określić w czym tkwi tajemnica mojego bigosu. Na pewno w długim procesie gotowania oraz w początkowym osobnym gotowaniu obu kapust. Powoduje to, że biała kapusta ma czas zmięknąć i dokładnie się uprażyć zanim wejdzie w reakcję z kwasem z kapusty kiszonej. Wszyscy dobrze wiemy, że jakikolwiek kwas spowalnia proces gotowania i nie dopuszcza do odpowiedniego zmięknięcia i rozgotowania warzyw. W moim bigosie kapusta rozpływa się w ustach a kwaśny smak tylko lekko balansuje słodycz prażonej kapusty, dodatkowo „podkręconą” suszonymi śliwkami i koncentratem pomidorowym. Bigos to jedyne danie do którego cały czas używam koncentratu pomidorowego, zrezygnowałam z niego już dawno w mojej kuchni ale tutaj pasuje mi idealnie i nic nie było w stanie go zastąpić z takim samym efektem. 
Ważną rolę w gotowaniu bigosu odgrywa też masło, pomaga odpowiednio uprażyć kapustę oraz nadaje potrawie łagodny głęboki smak. Smażenie sera na klarowanym maśle tylko wzmacnia aromat smażonego masła w potrawie.
Jeśli jeszcze nigdy nie robiliście sera panir- spróbujcie koniecznie- jest bajecznie prosty i pokochacie go od pierwszego kęsa. Można z niego robić wspaniałe rzeczy i używać na 100 różnych sposobów w kuchni. Więcej na temat paniru przeczytacie TUTAJ. W postaci moczonych w bulionie kostek smakuje NIEZIEMSKO. Gwarantuję Wam, że nie będziecie się mogli powstrzymać i podjecie sporą część przed wrzuceniem do bigosu. Zróbcie więc od razu więcej.
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i życzę samych wspaniałości na nadchodzące Święta. Ja ich co prawda nie obchodzę tak tradycyjnie jak Wy ale jest to dla mnie zawsze miły czas odpoczynku po bardzo pracowitym grudniu oraz niezwykły czas spotkań z przyjaciółmi i rodziną. 24 grudnia świętujemy urodziny mojego synka a 1 stycznia moje (już nawet nie liczę, które, zatrzymałam się na 40-tych i przy tym pozostańmy).
Do zobaczenia i napisania już pewnie w nowym roku. Serdecznie dziękuję, że byliście ze mną przez cały 2014 . Miło było tworzyć tego bloga dla Was. Przed nami nowy 2015- bardzo jestem ciekawa co nam przyniesie??? Macie jakieś marzenia z nim związane? Zrealizujcie je KONIECZNIE! Ja zaczynam nowy rok przecudownie, w styczniu jadę na Sycylię fotografować gaje cytrusowe i oliwne i to w doborowym towarzystwie! Napiszę Wam wkrótce o tym…
Nie przejedzcie się za bardzo na te święta i nie zapomnijcie o co one tak naprawdę są!
pozdrawiam
Kinga
ps. Pierniki NIE są mojej produkcji. Kupione zostały na jakimś kiermaszu i służyły mi za dekorację do którejś z sesji komercyjnych. Piękne są? Prawda?

|
WEGE BIGOS-NAJLEPSZY! na kostki sera: 1. Zagotuj mleko i zrób ser. Dokładne wskazówki znajdziesz tutaj. Wyłóż ser na sito lub do tetrowej ściereczki i przyciśnij czymś ciężkim. Po 30-40 minutach powinien być gotowy. Pokrój ser w 2cm kostki i smaż w głębokim rozgrzanym tłuszczu (jak frytki) do złotego koloru.
Z proporcji wychodzi prawie pełny 6 litrowy garnek bigosu. Przy takim nakładzie pracy moim zdaniem nie warto robić mniej, lepiej nadmiar bigosu zawekować lub zamrozić.
Można wykonać wersję wegańską tego bigosu. Zamiast paniru użyć tofu a zamiast zwykłego i klarowanego masła oleju rzepakowego.
|

Pierwszym krokiem do przyrządzenia kofty będzie wykonanie paniru. Panir to bardzo łatwy do zrobienia w domowych warunkach ser. Tak łatwy, że potrafi go uwarzyć nawet mój 10-letni syn. Instrukcję jak dokładnie wykonać panir znajdziecie
Na sos do kofty najlepsze będą słodkie mięsiste pomidory, trudne do dostania poza sezonem. Dlatego w zastępstwie możecie użyć też tych z puszki, wtedy trzeba dodać do sosu mniej passaty.
Och i jeszcze proszę nie zwracajcie uwagi na kiepskie zdjęcia. Niech Was nie zniechęcą do spróbowania kofty. Nawet mnie czasami (nawet częściej niż czasami) zdarza się zostać pokonanym przez niefotogeniczne jedzenie…. lub może konkretniej -przez moją nieumiejętność odnalezienia w nim ukrytego piękna 😉
Jaką piękną jesień podarowała nam Matka Natura tego roku. Aż chce się żyć pełnią życia i jak najwięcej czasu spędzać na zewnątrz. Jesień to moja ukochana pora roku- szczególnie taka jak ta. Jest ciepło, jest kolorowo, jest bajecznie zielono- chwilo trwaj!
Taka jesień pełna słońca to wymarzony czas dla fotografa. Przynajmniej ja spędzam wtedy więcej czasu nie w moim studio lecz na zewnątrz w ogrodzie lub jeszcze lepiej w pobliskim lesie. Październikowe, popołudniowe słońce jest miękkie i pięknie rozproszone. Koloruje moje zdjęcia niesamowicie nasyconymi barwami. Uwierzcie lub nie, ale zieleń prezentowana na dzisiejszych fotografiach jest autentyczna. Tak zobaczył ją mój obiektyw, nie musiałam już nic poprawiać w post-produkcji.
Moje oczy namiętnie szukają zieleni każdej jesieni. Wiedzą, ze trzeba się nią cieszyć tu i teraz bo za chwilę zniknie. Najpierw będzie żółto, czerwono, pomarańczowo, złoto potem długo szaro-buro, następnie przez chwilę olśniewająco biało, by znów zmęczyć nas szarością i brakiem światła. Minie 6 długich miesięcy zanim znowu zobaczymy tyle różnorodnych odcieni zieleni wokół. Choć ja już w marcu będę wygrzebywać spod śniegu pierwsze zielone listki aby sfotografować je w moim studio.
W poszukiwaniu resztek zieleni jeździmy na rowerowe wycieczki, spacerujemy po okolicznych lasach i spędzamy tak dużo czasu w ogrodzie jak to tylko możliwe. Was też zachęcam. Upieczcie dzisiejsze pierożki lub/i inne smakołyki zapakujcie do koszyka i wybierzcie się na piknik. W nieznane, w poszukiwaniu zieleni. Jak już ją znajdziecie, napawajcie się jej widokiem jak najdłużej- musi Wam wystarczyć do następnej wiosny. Z pierożkami jest znacznie lepiej, jak się skończą można je upiec znowu i znowu. A są idealne na długie jesienne i zimowe wieczory. Spróbujcie koniecznie. Smacznego!


Kiedy kupiliśmy nasz dom z ogromnym ogrodem dookoła, pierwsze za co się zabraliśmy to były porządki właśnie w tym ogrodzie. Tuż przed wejściem do domu rosły dwie wysokie lecz mocno zaniedbane śliwy. Latem miały niedużo owoców a na dodatek większość opadła zanim dojrzała zaś te które zostały na drzewie były robaczywe (wszyściutkie jak jeden mąż). Mój teść „miłośnik piły elektrycznej i siekiery” zdecydowanie doradzał WYCIĄĆ. Mój mąż i ja chcieliśmy jednak drzewa zachować wiemy ile trzeba lat aby takie drzewo wyrosło i doceniamy owoce z własnego ogrodu (więcej o tym
Została nam w ogrodzie tylko jedna- jedyna malutka „węgierka”, która rodziła twarde jak kamienie owoce. A jeśli nawet w końcu dojrzały- pełne były robaków.
Skorzystaliśmy więc z urodzaju i skwapliwie cieszyliśmy się drożdżówkami, ciastami , chutney-ami i pysznymi kompotami. A jak nam się już przejadł cały standardowy śliwkowy repertuar to wymyśliliśmy tą oto pizzę śliwkową. Jest zaskakująco pyszna. Warta wypróbowania dla tych, którzy nie boją się eksperymentować w kuchni, choć nie tylko. Do naszego jesiennego menu wchodzi na stałe i zajmuje wygodne miejsce tuż obok naszej ulubionej 
Jestem bardzo wybrednym konsumentem i naprawdę trudno zadowolić moje podniebienie (nawet mnie samej). Wiedzą o tym domownicy, którzy wprowadzili dla mnie całkowity zakaz marudzenia przy stole. Inaczej wiecznie bym narzekała, że to czy tamto danie mi nie wyszło, że jednak mogłoby być lepsze, bardziej słone, mniej lub bardziej przypieczone, ciutkę pikantniejsze itd. Narzekałabym tak długo aż w końcu zepsułabym wszystkim apetyt oraz frajdę ze smacznego posiłku. „To nie tak”, „tamto jeszcze gorzej”- klasyczna perfekcjonistka, która podaje obiad poprzedzając go długą listą, co mogłoby smakować lepiej i co jej zdecydowanie nie wyszło tak jak powinno. 
Tak się najczęściej dzieje (przynajmniej w mojej kuchni- czy w Waszych również?), że największe odkrycia kulinarne powstają przez przypadek, mimochodem, wtedy kiedy najmniej się o to staram. Kiedy spontanicznie powrzucam trochę tego czy tamtego do garnka. Kiedy zabrakło jakiegoś składnika, lub kiedy mam jakiegoś w nadmiarze. Kiedy coś poszło nie tak lub kiedy musiałam „ratować coś awaryjnie” schodząc ze ścieżki wydeptanej przez rutynę.
Dzisiejsza sałatka powstała właśnie w taki spontaniczny sposób. Zaczęło się od resztki kaszy jaglanej z obiadu, przesuwanej przez domowników z miejsca na miejsce i jakoś przez nikogo niechcianej. Doszły do tego łodygi ucięte z selerów (korzenie upieczone z przyprawami stanowiły dodatek do kaszy jaglanej pałaszowanej na obiad) oraz ogórki przyniesione z ogrodu. Dalej już poszło bardzo sprawnie- klasyczne sprzątanie lodówki- w której znalazłam kukurydzę, pora, paprykę i awokado. Na koniec odrobina luksusu- smażone nerkowce. Powstała bardzo subtelna sałatka, której najmocniejszym smakiem jest anyżkowy aromat łodyg selera. Świeże łodygi selera zerwane prosto z ogródka pachną przepięknie- jak najlepsze perfumy, sprawdźcie to koniecznie!
Kompostujecie swoje organiczne odpadki? My kompostujemy wszystko co się da- odpadki z naszej kuchni, chwasty z ogródka, skoszona trawę, przycinane gałęzie krzewów i drzew a nawet tony gromadzących się w naszej parkowej części ogrodu liści. Pierwszą budowlą która powstała w naszym ogrodzie tuż po przeprowadzce był kompostownik. Na początku malutki sklecony naprędce z paru desek- szybko okazał się jednak za mały. Z roku na rok budowla powiększała się i ewoluowała aż osiągnęła potężne rozmiary i zaczęła odrobinę szpecić ogród. Z kompostownikami zawsze jest ten problem, najchętniej chciałbyś je mieć gdzieś w rogu ukryte za krzakami w najdalszej części ogrodu ale jak tam są to nie chce Ci się tak daleko do nich biegać. Szczególnie zimą, po kolana w śniegu, kiedy potrzebujesz wyrzucić organiczne śmieci z kuchni. Musisz więc wybrać jakiś kompromis. My postawiliśmy kompostownik pod płotem ale w centralnej części ogrodu, jest do niego idealny dostęp i leży dość blisko warzywnika. Stoi jednak na samym widoku. Często śmiejemy się, że mamy werandę z widokiem na kompostownik.
Długo zastanawiałam się jak zamaskować tą nieszczególnie piękną budowlę. Myślałam, żeby posadzić obok jakieś krzaki ale wtedy mąż zaprotestował, że nie będzie miał tam dojazdu swoim „super wypasionym” traktorkiem do koszenia trawy. Dopiero odwiedzając któregoś lata znajomych mieszkających na wsi-zobaczyłam i zrozumiałam, że kompostownik może być po prostu kolejną grządką warzywną.
Idealnie na kompostowniku rosną dynie. To jest dla nich raj. Ziemia jest tu przebogata we wszystkie składniki potrzebne do rozwoju tej wielkiej i wymagającej rośliny. Jeśli dodatkowo zadbamy o odpowiednie podlewanie- dynia wyrośnie jak szalona i wyda dorodne plony. A co najważniejsze jej piękne ogromne liście, kwiaty i owoce idealnie oplotą i zamaskują naszą szpetną budowlę- tak, że będzie wyglądała jak z ogrodniczego żurnala. Wystarczą 2-3 sadzonki, wsadzone wiosną w rozgrzebany po wierzchu roczny kompost. Jeśli wasz roczny kompost jest mało dojrzały, wysypcie na niego worek ziemi i w nim posadź sadzonki to wystarczy aby ładnie się ukorzeniły a dalej one już same znajdą sposób aby wydobyć z waszego kompostu to co najlepsze. A do tego pomogą mu się szybciej rozłożyć.
O ile pomidory dopiero zawiązują owoce (bo wyrosły zdecydowanie później niż te sadzone z rozsad w warzywniaku) o tyle dynia- królowa kompostownika- rozgościła się już tu na dobre. Oplotła liśćmi wszystkie 3 skrzynie i powoli rozrasta się na trawnik dookoła. Kwitnie już od prawie miesiąca ku uciesze wszystkich domowników. W naszym domu kwiaty dyni są cenione dużo bardziej niż jej owoce. Zjadamy je w sałatkach, zupach i zapiekankach a nawet na pizzy. Jednak najbardziej lubimy je wg. dzisiejszego przepisu. To danie które zaspokoi podniebienia nawet najbardziej wybrednych smakoszy. Wkładasz takie cudo do ust i czujesz eksplozje smaku. Na twoim języku wybucha: delikatność i aromat kwiatu dyni, połączony z łagodnością serów oraz wyraźnym smakiem oliwek. Wszystko to zamknięte w cieniutkiej ale niezwykle aromatycznej i chrupiącej skorupce. Ciecierzyca nadaje ciastu niezwykłej chrupkości a przyprawy dodatkowego egzotycznego smaku. Natomiast smażenie w klarowanym maśle – zamyka ten dyniowy bukiet orzechowym aromatem smażonego masła. Mniam! Koniecznie spróbujcie póki jeszcze kwitnie dynia bo to już niestety ostatni dzwonek. Trochę się z tym przepisem spóźniłam, za co was serdecznie przepraszam. Ale to tylko dlatego, że te smażone kwiaty zawsze znikają w okamgnieniu i nigdy nie udało mi się ich odłożyć do sfotografowania.