Pizza Śliwkowa

IMG_8869-horz

       Czy u Was też w tym roku był taki urodzaj śliwek? W naszej okolicy gdzie nie spojrzeć drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Aż mi ich było szkoda. Wyglądały, jak przeciążony balastem statek, który ledwo trzyma się na powierzchni wody i z miłą chęcią pozbyłby się już tego ciężaru. Trudno im się dziwić jak się przyjrzeć z bliska to na niektórych gałęziach było więcej owoców niż liści. Nawet nasza „parszywa węgierka” , jedyna śliwa w sadzie wydała piękny plon.

IMG_9517-horz       Kiedy  kupiliśmy nasz dom z ogromnym ogrodem dookoła, pierwsze za co się zabraliśmy to były porządki właśnie w tym ogrodzie. Tuż przed wejściem do domu rosły dwie wysokie lecz mocno zaniedbane śliwy. Latem miały niedużo owoców a na dodatek większość opadła zanim dojrzała zaś te które zostały na drzewie były robaczywe (wszyściutkie jak jeden mąż). Mój teść „miłośnik piły elektrycznej i siekiery” zdecydowanie doradzał WYCIĄĆ. Mój mąż i ja chcieliśmy jednak drzewa zachować wiemy ile trzeba lat aby takie drzewo wyrosło i doceniamy owoce  z własnego ogrodu (więcej o tym piszę tutaj). Zupełnie się na tym nie znając postanowiliśmy drzewa przyciąć. Wcześniej zrobiliśmy tak z jabłonią i jej to zdecydowanie pomogło. Jednak okazało się, że śliwy owocują zupełnie inaczej niż jabłonie i są mniej odporne na tak radykalne cięcia. Koniec- końców zmarnowaliśmy dwa piękne drzewa i zdobyliśmy lekcję na całe życie (nie znasz się- nie ruszaj!).  IMG_9333-horz       Została nam w ogrodzie tylko jedna- jedyna malutka „węgierka”, która rodziła twarde jak kamienie owoce. A jeśli nawet w końcu dojrzały- pełne były robaków.

       W tym roku, jak wszędzie dookoła, owoców było na naszym drzewie całe zatrzęsienie. Jednak zupełnie się nimi nie interesowaliśmy bo nauczeni doświadczeniem lat poprzednich  byliśmy przekonani, że nie da się ich zjeść. Aż tu któregoś dnia jeden z naszych gości, nieświadomy i nieuprzedzony przez nikogo postanowił zjeść parę owoców z „węgierki parszywki”.  Już mieliśmy krzyczeć- „Daj spokój- niesmaczne ” „Szkoda twoich wysiłków” „Uważaj na robaki” a tu …  okazało się, że tego magicznego lata nasze śliwki są pyszne. Co prawda dalej jest mnóstwo robaczywych owoców i trzeba mocno uważać  ale przynajmniej 1/4 śliwek nie miała lokatorów w środku. „Po prostu było ich tak dużo, że nawet śliwkowe robaki nie dały rady” rezolutnie zauważył mój syn. IMG_8588-tile        Skorzystaliśmy więc z urodzaju i skwapliwie cieszyliśmy się  drożdżówkami, ciastami , chutney-ami i pysznymi kompotami. A jak nam się już przejadł cały standardowy śliwkowy repertuar to wymyśliliśmy tą oto pizzę śliwkową. Jest zaskakująco pyszna. Warta wypróbowania dla tych, którzy nie boją się eksperymentować w kuchni, choć nie tylko. Do naszego jesiennego menu wchodzi na stałe i zajmuje wygodne miejsce tuż obok naszej ulubionej pizzy kurkowej.  Zapraszam i życzę smacznego.

IMG_8791-horz

       A tak przy okazji jeśli ktoś z was wie jak pielęgnować śliwę węgierkę i co zrobić, żeby nie karmiła tylko armii robaków to bardzo poproszę o rady. Mieszkamy w tym domu od 5 lat i po raz pierwszy mieliśmy okazję spróbować owoców z tego drzewa. Są przepyszne i bardzo chcielibyśmy ich kosztować co roku. Są tu jacyś sadownicy?



Sesja dla marki DUKA

IMG_0741-tile       Jeszcze 3 lata temu o fotografii nie wiedziałam ABSOLUTNIE NIC. Teraz też wiem „prawie nic” a im więcej się uczę tym bardziej rozumiem ile jeszcze wiedzy przede mną (ale to temat na zupełnie inną opowieść).

       3 lata temu, kiedy moje dziecko poszło do szkoły postanowiłam znaleźć sobie hobby. Jestem osobą o bardzo niespokojnym umyśle i  muszę mieć zawsze coś do zrobienia, zaplanowania, zrealizowania. Praca zawodowa, prowadzenie rodzinnej firmy i wychowywanie dziecka to było dla mnie za mało. Postanowiłam wrócić do swojej pasji sprzed ciąży. Miałam wtedy firmę cateringową organizującą duże przyjęcia wegetariańskie i pisałam przepisy kulinarne do prasy. Bardzo chciałam wtedy napisać książkę kucharską (pojawiło się nawet parę propozycji od wydawców). Jednak- ja, znana wszystkim „perfekcjonistka na odwyku” nie potrafiłam znaleźć fotografa, który książkę by zilustrował.

       Propozycje wydawnicze dawno przestały być aktualne jednak chęć napisania książki została gdzieś głęboko w sercu i wypłynęła znowu przy sprzyjającej okazji. Minęło spora lat a ja pomyślałam- czas sprawdzić co dzieje się na polskim rynku fotograficznym- może w końcu objawił się na nim ktoś, kto wykona zdjęcia do książki moich marzeń.  Siadłam do Internetu i zaczęłam przeglądać nowe trendy w fotografii kulinarnej, szukać fotografów z którymi mogłabym nawiązać współpracę. Żaden z tzw.” profesjonalistów z branży” mnie nie zachwycił… za to …..

        ….odkryłam coś WSPANIAŁEGO…. cały- wielki, jak Internet długi i szeroki -świat blogerskiej fotografii kulinarnej. Znacie to uczucie – prawda? W końcu nie byłam (i nie jestem) ani pierwsza, ani ostatnia, ani jakaś strasznie oryginalna. Wpadłam po uszy i zakochałam się od pierwszego wejrzenia w paru zagranicznych blogach kulinarnych. Fotografie były tam na takim poziomie, że po moich  doświadczeniach z polską branżą prasy kulinarnej, doszłam do szybkich wniosków, że pracuje nad nimi cały sztab ludzi w profesjonalnych studiach fotograficznych. Jakie było jednak moje wielkie zdziwienie kiedy wyczytałam, że większość ulubionych blogerek fotografuje sama, nie w studiach fotograficznych lecz w swoich kuchniach.  Teraz zainteresowało mnie to jeszcze bardziej, zaczęłam spędzać w sieci więcej czasu uważnie czytać blogi i wnikliwiej przyglądać się  zdjęciom. Odkryłam Flickr (światowy portal dla fotografów-również kulinarnych) potem Pinterest (choć wtedy dopiero raczkował) potrafiłam tam spędzać całe dnie (i noce) wzdychając do oglądanych fotografii.

        Ja też bym chciała umieć tak fotografować- MARZYŁAM.

       Nadszedł wreszcie ten dzień kiedy sama postanowiłam spróbować. Upiekłam piękne ciasto. Postawiłam na stole w kuchni. Wzięłam aparat do ręki. Zrobiłam PSTRYK i … sami dobrze wiecie co się stało. (Przechodziliście przez to samo- prawda?).  Zdjęcie wyszło OKROPNE! W niczym nie przypominało tych pięknych oglądanych setkami w Internecie. ” No cóż- pomyślałam- pewnie po prostu nie potrafię tego zrobić, brak mi talentu, nie mam odpowiedniego aparatu, nie chodziłam nigdy do żadnej szkoły ani nawet na kurs fotograficzny, to za skomplikowane i za trudne. Pamiętasz tych wszystkich profesjonalnych fotografów, którzy przyjeżdżali fotografować twoje przepisy do prasy? Ich sprzęt ledwo mieścił się w samochodzie osobowym a Ty tu masz tylko ten zwykły mały aparat z którym jeździsz na wakacje. Kobieto z czym do ludzi?!”. Spróbowałam jeszcze 2-3 razy bez żadnego rezultatu. Stwierdziłam, że ewidentnie nie potrafię, przeszłam więc nad tym do porządku dziennego, powoli przestałam marzyć  choć dalej wzdychałam do zdjęć oglądanych w Internecie.

IMG_1111-tile

       Jednak coś nie dawało mi spokoju. Nie należę do osób, które łatwo się poddają. Nauczono mnie, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych, że jeśli czegoś bardzo chcesz- udaje Ci się (piszę o tym więcej tutaj) a jeśli wykażesz się determinacją to osiągniesz cel. Umysł oczywiście podszeptywał mi natychmiast- „hej, stąpasz po bardzo niepewnym gruncie- nie wiesz nic na temat fotografii, to strasznie skomplikowane, trudne, ludzie studiują to latami na Uniwersytetach, używają sprzętu za dziesiątki tysięcy złotych, Ciebie na to nie stać, ty tego nie potrafisz, nie dasz rady się nauczyć, jesteś tylko prostą dziewczyną, która umie upiec dobre ciasto ale nie zrobi dobrego zdjęcia”.

      Wszystkie te argumenty były oczywiście bardzo logiczne i w sposób natychmiastowy i skuteczny podcinały skrzydła. Ja jednak miałam do nich dystans. To sztuka której uczyłam się latami. W takich sytuacjach staram się nie słuchać umysłu, choć to bardzo trudne- omijam go i po radę udaje się prosto do serca. Nie jest to łatwe, bo głos serca przy głosie rozumu wydaje się mniej racjonalny a czasami nawet zupełnie nierealny. Serce jednak- jak najlepszy przyjaciel- powie ci zawsze: uwierz w siebie i POZWÓL SOBIE NA MARZENIA , uwierz, że potrafisz i PODĄŻAJ ZA NIMI.

IMG_1081-tile

       Jestem głęboko przekonana, że proces realizacji jakichkolwiek celów w życiu rozpoczyna się właśnie od tego wewnętrznego dialogu, że dopóki nie przekonamy samych siebie aby posłuchać swojego serca (zamiast umysłu, rozumu czy rozsądku- nieważne jak to nazwiemy) dopóty nigdy nie ruszymy w drogę ku naszym marzeniom. Danie sobie prawa do podążania za marzeniami jest jak postawienie pierwszego najtrudniejszego kroku. Ale to przecież od niego zaczyna się każda, nawet ta najtrudniejsza i najdłuższa podróż.

       Kiedy ten krok wreszcie zrobimy- wtedy zmienia się cała nasza perspektywa. Przestajemy zadawać sobie pytania „CZY potrafię, CZY mogę, CZY powinnam to zrobić ” zaczynamy pytać „JAK mam to zrobić, KTO może mi w tym pomóc, CO jest do zrobienia”. Właśnie wyruszyliśmy w podróż do naszych marzeń.

        Jeśli nie damy się z niej zawrócić i z uporem będziemy brnąć do przodu- nagle okaże się, że spotkamy w niej ludzi, którzy chcą i potrafią nam pomóc. Jeśli z pomocy potrafimy skorzystać nasza droga staje mniej kręta i rzadziej na niej błądzimy. Wtedy nadchodzi czas na prostą, mozolną, samotną wędrówkę: krok po kroku, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, każdy w swoim tempie, jedni wolniej drudzy szybciej, nieważne jak- ważne żeby wykazać się DETERMINACJĄ- ona jest gwarantem, że pewnego dnia, nawet nie wiedząc dokładnie kiedy, rozglądniemy się dookoła i zrealizujemy, ze stąpamy nie po krętej malutkiej ścieżce lecz po prostej, jasnej i szerokiej DRODZE DO SPEŁNIENIA SWOICH MARZEŃ, DRODZE DO SUKCESU.

        Wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy jest się na początku drogi, kiedy nie widzi się nawet tego co czeka za najbliższym zakrętem. Dajmy sobie jednak szansę, miejmy wiarę: w siebie, we własne marzenia, w innych (że nam pomogą). Miejmy determinacje, żeby iść do przodu. To co spotkamy po drodze może nas bardzo miło zaskoczyć a czasami przejść nawet nasze najśmielsze oczekiwania. Dokładnie tak było ze mną.

      Zapewniam Was wszystkich, którzy właśnie zaczynacie fotografować i patrzycie na moje zdjęcia, mówiąc sobie- ja nigdy takich nie zrobię. Kiedy zaczynałam byłam dokładnie tam gdzie Wy a może jeszcze dalej. (Kiedyś pokażę Wam moje pierwsze zdjęcia kulinarne- zapewniam Was będą takie same jak Wasze).  Jednak nie poddałam się, wybrałam drogę do marzeń i oto gdzie mnie zaprowadziła. IMG_0747-tile

       Oto jestem- ta sama osoba, która 3 lata temu posłuchała głosu swojego serca i pozwoliła sobie na marzenia. To co dostała w zamian przerosło zupełnie jej oczekiwania. Oto na swoim blogu kulinarnym- który czyta tysiące osób- prezentuje Wam rezultat komercyjnej sesji fotograficznej, wykonanej dla światowej marki. W niecały rok od otwarcie bloga i pokazania swoich zdjęć światu zaczęła dostawać propozycje od których lekko kręci jej się w głowie (z 80% nie korzysta bo wierna swoim wartościom nie fotografuję mięsa i dań które zawierają). Ale te pozostałe 20% pozwoliłoby jej już utrzymać się z fotografii. Zgłaszają się do niej producenci żywności, agencje reklamowe (nawet zagraniczne), restauracje, prasa kulinarna. Niedawno dostała list od wykładowczyni na jakimś Amerykańskim Uniwersytecie z zapytaniem czy mogłaby użyć jednego ze zdjęć, miałoby ono posłużyć jako ilustracja do wykładu ” idealna stylizacja i design w fotografii produktowej” (!!!).

Czasami łapię się za głowę i myślę sobie „Czy to na pewno do mnie przychodzą te wszystkie listy i zapytania? Czy Ci ludzie mnie z kimś nie pomylili?” Tłumaczę im, że nie jestem profesjonalistką, że nie mam odpowiedniego sprzętu,  że fotografuję dopiero od 3 lat. Wiecie co? Wcale im to nie przeszkadza(!)

Czy przypuszczałam, że tak będzie:

kiedy pisałam swoje pierwsze listy do zagranicznych blogerek z prośba o rady dla początkującej fotografki- NIE

kiedy czytałam ich odpowiedzi z wypiekami na twarzy bo dowiadywałam się, że zaczynały dokładnie tak samo jak ja?-NIE

kiedy zamiast wzdychać do kolejnych zdjęć zaczęłam szukać materiałów o podstawach fotografii, kompozycji i stylizacji jedzenia?- NIE

kiedy wychodziłam z 3 kursu fotograficznego na który się zapisałam, bo szkoda mi było czasu na wykładane tam dyrdymały- NIE

kiedy mój mąż widząc moją determinację postanowił mi kupić aparat fotograficzny na urodziny a ja nie mogłam się zdecydować o jaki powinnam poprosić aż w końcu mnie olśniło i kupiłam sobie dokładnie taki sam jak moja ukochana i podziwiana blogerka. Kiedy rozpakowywałam pudełko powiedziałam sobie” od dziś nie masz już prawa mieć wymówki, że „ona potrafi robić tak piękne zdjęcia bo ma lepszy aparat niż ty”- teraz już tylko twoja ciężka praca i zdobyta wiedza dzielą cię od sukcesu”- NIE

kiedy wstawałam o 5 rano, bo wtedy wschodziło słońce a ja właśnie się dowiedziałam, ze najlepsze światło do fotografii jest w pierwszej godzinie po wschodzie słońca  i koniecznie musiałam to wypróbować- NIE

kiedy po raz kolejny fotografowałam to samo danie w nadziei, że może teraz się uda i znowu się nie udawało ale zawsze było choć trochę lepiej niż poprzednio-NIE

Kiedy nie rozstawałam się z moim aparatem i fotografowałam kiedy i co się dało, żeby ćwiczyć- NIE

kiedy w końcu zaczęłam być choć trochę zadowolona z moich zdjęć- NIE

kiedy moje zdjęcia zaczęły zdobywać pierwsze pozytywne komentarze w Internecie- NIE

kiedy udało mi się w końcu szkolić u kogoś kogo zdjęcia podziwiam i kto miał pojęcie o fotografii kulinarnej -NIE (choć wtedy moja droga stała się prostsza i łatwiejsza)

kiedy dostałam pierwsze zapytanie od włoskiej agencji reklamowej, która chciała wykorzystać moje zdjęcia do reklamy słynnej marki oliwy Monini- NIE (choć wtedy pierwszy raz pomyślałam- NAPRAWDĘ warto mieć marzenia)

kiedy wygrałam pierwszy konkurs fotograficzny dla amatorów- NIE

kiedy zakładałam bloga, bo pomyślałam- oto jestem gotowa aby pokazać światu nad czym pracuję od ponad 2 lat- NIE

kiedy zgłosiła się do mnie moja pierwsza kursantka i wyjechała z mojego kursu o fotografii kulinarnej zadowolona- NIE (ale pomyślałam sobie- kocham to robić)

kiedy przyjechał do mnie na kurs pierwszy zawodowy fotograf (choć najpierw musiał mnie 3 razy przekonać, że jest pewny, że wie co robi?)-NIE

kiedy dostałam propozycję stałej współpracy z magazynem Voyage- NIE

kiedy zaczęłam dostawać listy o takiej samej treści, które ja wysyłałam na początku mojej fotograficznej drogi do innych blogerek i z wielką przyjemnością oraz dużą determinacją zaczęłam na  nie odpisywać bo wiedziałam jak dużo znaczą dla osób, które je otrzymują- NIE (choć wiedziałam już, że maja droga do marzeń prowadzi we właściwym kierunku)

kiedy przyszła propozycja od DUKI na współpracę przy tworzeniu zdjęć do ich materiałów reklamowych- WTEDY POMYŚLAŁAM SOBIE: „Matko Boska! Nie dam rady!”- to oczywiście krzyczał umysł ale jego już prawie nie słuchałam, wsłuchiwałam się w mocno bijące serce a ono spokojnie lecz pewnie szeptało: dasz radę, miej wiarę, uda Ci się. Zobacz- odważyłaś się kiedyś powiedzieć „I have a DREAM” a oto rezultat który dostałaś 3 lata później. Ciężko na to pracowałaś. Oto owoc twojej pracy- ciesz się bo w pełni na to zasłużyłaś.

IMG_0738-(1)-tilesmall

          Cieszę się więc jak mogę z każdej komercyjnej i niekomercyjnej propozycji, z tej małej i tej dużej, z tych które przyjmuje i tych które odrzucam. A wiecie z czego cieszę się najbardziej? Z tych wszystkich spotkań z osobami, które przyjeżdżają do mnie uczyć się fotografii kulinarnej. Oto ja, która kiedyś wzdychałam do zdjęć innych (i cały czas wzdycham- bo wiem, że jeszcze długa droga przede mną, że wiele jeszcze nie umiem, że moim zdjęciom daleko do perfekcji)- teraz sama jestem obiektem westchnień. Przyjeżdżają do mnie osoby z całej Polski (a nawet z zagranicy) aby na moich kursach dowiedzieć się jak fotografuję.

       Uwielbiam moich kursantów i życzę im jak najlepiej. Wiem, że to te spośród tysięcy innych osób, które posłuchały głosu swojego serca i odważyły się podążać za marzeniami.  W ich oczach widzę siebie sprzed 3 lat – widzę tą wielką chęć zdobywania wiedzy i chęć jej ciągłego praktykowania, chęć doskonalenia się i wielką radość kiedy w końcu się coś uda. Widzę jak dzień po dniu, krok po kroku, posuwają się na drodze do swoich marzeń.  Zamiast stać w miejscu i podziwiać piękno mieniące się gdzieś daleko na horyzoncie, idą we właściwym kierunku, patrząc uważnie pod nogi, pokonując przeszkodę za przeszkodą. Widząc ich determinację zastanawiam się gdzie będą za 3 lata? Aż strach pomyśleć!  Życzę im aby zaszli dalej ode mnie, żeby mieli się z czego cieszyć i mogli sobie powiedzieć -BYŁO WARTO!

       A tym z Was, którzy do tej pory cały czas się wahają i słuchają wszystkich dookoła (zamiast głosu własnego serca)- z pełną mocą mówię- Przestańcie!  Uwierzcie w siebie. Uwierzcie, że WARTO MIEĆ MARZENIA , że każdy ma prawo aby je realizować. Nie obiecuje, że będzie łatwo ale zapewniam, że jeśli wykażecie się wielką determinacją i nie poddacie się kiedy przyjdą pierwsze wątpliwości lecz będziecie brnąć dalej -w końcu dogonicie swoje marzenia. Kto wie może nawet uda się Wam je przegonić? Życie lubi nas zaskakiwać.IMG_0838-(1)-tile       Życzę Wam samych sukcesów i spełnienia najbardziej szalonych marzeń (nie tylko tych fotograficznych). Życzę Wam byście potrafili po te marzenia sięgać i nie obawiali się słuchać swojego serca. I jeszcze, życzę Wam samych wspaniałych ludzi dookoła. Takich- którzy najpierw uwierzą w te marzenia razem z Wami a potem będą cieszyli się z Waszego sukcesu. W ostatecznym rozrachunku to przecież najważniejsze. Co to za szczęście, którego nie można dzielić z innymi?



Fotografia kulinarna- lekcja stylizacji

       Wybaczcie, że nie było mnie tutaj tak długo ale od 2 tygodni nie robię nic innego tylko fotografuję kulinarnie. Dostałam parę bardzo pilnych zleceń komercyjnych i usiłuję sprostać postawionym mi wyzwaniom. Klienci są bardzo sympatyczni, otwarci, pozostawiają mi wolna rękę, jedyne na co naciskają to TERMIN.  Presja czasowa jest chyba nieodłącznym elementem tej branży bo wszyscy chcą zdjęcia „na już”. Z moim systemem fotografowania TYLKO przy dziennym świetle wymaga to dużej dyspozycyjności i elastyczności ale jest do zrobienia.

IMG_1410-tilezzz

       Zupełnie niepostrzeżenie, jakby trochę poza moimi decyzjami następuje proces „przemiany hobbysty w profesjonalistę”. Jeszcze nie wiem czy to korzystna przemiana, czy zmiany które za sobą niesie będą wartościowe, czy wniosą coś pozytywnego do mojego życia? Czy to już czas podejmować decyzję o związaniu się z zawodem „fotografa kulinarnego” na dobre? Czy na pewno tego chcę? Czy wtedy moja pasja nie stanie się rutyną, komercją i tylko sposobem zarabiania na życie? Do tej pory była przyjemnością, procesem twórczym, odskocznią od codzienności. Nie zakładałam, że rozwinie się tak szybko i w takim kierunku.

      No bo jak w naszym pięknym kraju nad Wisłą wiązać swoje nadzieje z uprawianiem fotografii kulinarnej, kiedy jest się „ideową wegetarianką” i nie tylko nie je się mięsa ale także go nie kupuje, nie gotuje, nie stylizuje i nie… fotografuje. Wiem, wiem -mieszanie wartości moralnych z pracą zawodową jest takie staromodne i nieprofesjonalne. Cóż, ja więc taka staromodna właśnie jestem. Są w moim życiu rzeczy ważne i ważniejsze i kariera fotografa kulinarnego niestety nie należy do tak ważnych aby sprzedać za nią fundamentalne wartości którym hołduje od lat.

      Okazuje się jednak, że są klienci którym ta „staromodność” nie przeszkadza a wręcz przeciwnie jest dla nich „wartością dodaną”. Zdarzyło mi się już parę razy przeczytać w odpowiedzi na mój list (w którym odnosząc się do propozycji współpracy zawsze zaznaczam, że nie fotografuję mięsa i takich zleceń nie przyjmuję), że: – „nam to nie przeszkadza, właśnie dlatego Panią wybraliśmy do tego projektu” lub- „sam jestem wegetarianinem od 20 lat i wiem, że aby dobrze zaprezentować nasze produkty, nie trzeba fotografować na nich mięsa” lub- ” rozumiemy i szanujemy Pani postawę ale tak się składa, że ten projekt ma być wegetariański więc nie będzie żadnych problemów”.  Jest też wielu innych, którzy nie rozumieją „gdzie mam problem” i dlaczego ” taka intratna propozycja mnie nie zachwyca” i „jak mogę nie wykorzystać takiej życiowej szansy”. Nauczyłam się „nie żałować”, „nie roztrząsać”  i nie przejmować, że mnie coś w życiu ominie. Jestem jaka jestem- moja wrażliwość, kreatywność, poczucie estetyki, postrzeganie świata czy wartości moralne łączą się w jeden pakiet, są od siebie zależne i nie istniałyby jedne bez drugich. Szanuje je i pielęgnuje bo w ostatecznym rozrachunku to najwartościowsze co mam- i wybaczcie -nie przehandluje tego za kontrakt z marką X czy Y.

             Jednym z klientów, któremu mój wegetarianizm nie przeszkadza jest kanadyjska agencja reklamowa. Przygotowują (na zlecenia swojego klienta) magazyn kulinarny z wege-przepisami i zatrudnili mnie do wykonania zdjęć. Dostałam linki do przepisów klienta na jego portalu internetowym i zupełnie wolna rękę aby sfotografować dania w lepszy sposób niż są prezentowane na portalu. Cóż… kiedy zobaczyłam jaki poziom zdjęciowy reprezentuje kanadyjski portal stwierdziłam, że zadanie nie jest zbyt trudne. Sami możecie zobaczyć- jeśli klikniecie we wskazane miejsce obok każdego zdjęcia- przeniesiecie się na kanadyjska stronę z oryginalnym przepisem na danie i zdjęciem (UPDATE z dnia 9.września 2014 – ponieważ strona kanadyjska podmieniła stare zdjęcia na te nowe zrobione przeze mnie- teraz linki kierują tylko do zrobionych przeze mnie printscreen-ów ze strony kanadyjskiej).

         Po raz pierwszy fotografowałam w takim systemie (oglądając danie sfotografowane wcześniej przez kogoś innego). Trudno było się zdjęciem inspirować, raczej dawało ono pogląd jak potrawa powinna wyglądać. Po skończonej pracy, kiedy przesyłałam jej rezultaty do Kanady parując zdjęcia z poszczególnymi linkami stwierdziłam, że byłby z tego świetny poglądowy materiał do lekcji o stylizacji w fotografii kulinarnej. (Niestety będzie się on opierał na krytyce zdjęć kanadyjskich- za co bardzo przepraszam ich autora jeśli kiedykolwiek to przeczyta.)

       Stylizacja jedzenia jest jedną ze składowych dobrego kulinarnego zdjęcia, jednak warto pamiętać, że NIE jedyną i moim zdaniem NIE najważniejszą. Do najważniejszych zaliczyłabym ŚWIATŁO I KOMPOZYCJĘ. Ci ,którzy uczestniczyli w moich kursach fotografii kulinarnej wiedzą jak obszerna (i pomocna) wiedza o tych 2 czynnikach być potrafi i jak długo można o tym rozmawiać. (Pozdrawiam wszystkich moich kursantów!).

       Dziś jednak omijam pozostałe tematy, skupiam się tylko na TYM jednym. Stylizacja to bardzo szerokie i modne ostatnio pojęcie. Na użytek dzisiejszego postu przyjmijmy, że stylizacja w fotografii kulinarnej  to sposób w jaki zaprezentujemy daną potrawę na zdjęciu, czyli: jak wyglądać będzie sama potrawa, na czym ją podamy, jakich elementów, kształtów i kolorów użyjemy do dekoracji.

       Z każdego pokazanego dziś zdjęcia wybiorę  jeden element stylizacji, który pomógł potrawie wyglądać i zaprezentować się lepiej.  Bądźcie świadomi, że tych elementów jest więcej i dopiero one wszystkie razem składają się na to jak postrzegamy zdjęcie. Czy odbieramy je jako piękne, ciekawe i apetyczne czy wręcz odwrotnie. Przekazanie całej mojej wiedzy i doświadczenia w jednym poście jest niemożliwe, dlatego będą to jedynie malutkie jej urywki. Pamiętajcie również, że nie mam monopolu na wiedzę i głoszone przeze mnie poglądy na temat stylizacji nie są „prawdą absolutną”. Styl jest sprawą indywidualną zależy od poczucia estetyki, które każdy z nas, dzięki Bogu, ma inne. Gdyby wszystkim nam podobało się to samo świat byłby bardzo nudny.

IMG_1410-tileKoktajl jagodowy.

Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:

Intensywny i „czysty” kolor tła powoduje, że wszytko inne zaprezentowane na nim wydaje się szaro-bure a więc nieatrakcyjne. Na dodatek kolory cieplejsze są mocniejsze w kompozycji niż zimne (róż to cieplejsza odmiana fioletu) a więc będą najbardziej przyciągać uwagę odbiorcy. Ostateczny efekt jest taki, ze mamy „zdjęcie z różowym tłem w roli głównej” na którym ustawiono 3 przypadkowe elementy. Z 3 elementów koktajl ma najgorszy kolor.

Moja próba naprawy tego:

Zawsze zaczynam sesję od próby zrozumienia fotografowanego obiektu oraz analizy CO wizualnie definiuje w naszej wyobraźni daną potrawę oraz czy jest to atrakcyjne dla oka.  Koktajle nie mają za dużo do zaoferowania w tej materii. Nie mają kształtu, formy, wyraźnej struktury, kontrastu, ornamentu czy choćby szczypty finezji. Jedyne co mają ciekawego to KOLOR ( zupełnie popsuty na kanadyjskim zdjęciu). Fiolet to ciekawy i apetyczny oraz miły dla oka kolor. Dlatego uznaję go za atut potrawy, który należy podkreślić. Będę stylizację budować od tej chwili tak aby fiolet wydobyć i podkreślić na zdjęciu. Bardzo pomaga mi w tym wiedza o kolorach w kompozycji (poczytajcie o kole kolorystycznym, barwach podstawowych i pochodnych oraz ich wzajemnych relacjach). Aby fiolet był najbardziej przyciągającym wzrok kolorem na zdjęciu muszę  dodać do niego same zimniejsze od niego kolory (zauważcie, że ultramaryna choć intensywniejsza niż fiolet tylko pięknie go podkreśla- właśnie dlatego, że to zimniejszy kolor, jest jeszcze niebieski i zielony w niezapominajkach oraz biel tła- wszystkie zimne i dobrze się komponujące). Ponieważ to zdjęcie o kolorach, stosuję się do starej zasady każdego stylisty mody, który zawsze  powie, że „jeśli chcesz być ubrany elegancko powinieneś mieć na sobie nie mniej niż 2 i nie więcej niż 3 kolory, a trzeci kolor powinien być tylko lekko zaznaczony np. krawatem”.  Moim krawatem jest zielony a podstawowymi kolorami fiolet i niebieski. Biały zupełnie się nie liczy jako kolor w tej układance jest tylko ważny jako tło (to samo zdjęcie na ciemnym tle nie wyglądałoby już tak dobrze- tłumaczenie „dlaczego” jest niestety za długie na potrzeby tego tekstu).

Lekcja: Jeśli atutem twojej potrawy jest kolor, pilnuj aby był on najbardziej widoczny na zdjęciu oraz dobrze komponował się z pozostałymi barwami.

 IMG_1365-tileBBBSałatka z grejpfrutem.

Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:

Sałatka nazywa się „Mieszanka sałat z grejpfrutem” a pierwsze co widzimy na zdjęciu to parmezan. Wszystko jest niedbale rzucone na talerz, który znowu został ustawiony na agresywnym tle. Zdjęcie kadrowane jest w taki sposób, że nie widzimy kształtu kwadratowego talerza, tylko  dziwną biała figurę geometryczną z czterema kontrastowymi czerwonymi trójkątami w każdym rogu. Potrawa wygląda płasko i nieatrakcyjnie.

Moja próba naprawy tego:

Mieszanka sałat + grejpfrut + rzodkiewka= kwintesencja świeżości- moje wyzwanie- pokazać to na zdjęciu. Sałata, ponieważ jest jej w daniu dużo i to jeszcze różnorodnej obroni się sama, trudniej z tego”bałaganu sałat” wydobyć i pokazać kawałki grejpfruta i to tak, żeby były jasno definiowalne i czytelne dla oka. Dobrym pomysłem byłoby dodanie do sałatki całych plastrów owocu- w taki sposób umysł widza jasno zobaczyłby i odczytał charakterystyczny kształt cytrusa. Jednak grejpfruty są dużymi owocami i ich plasterki byłyby po prostu nieproporcjonalne w tej sałatce. Wpadłam więc na inny pomysł- użyłam połówki wydrążonego owocu jako miseczki na sałatkę. Co zyskałam? Jasny przekaz- „to jest sałatka z grejpfrutem” + 2 bonusu: 1. oryginalna i nietypowa stylizacja, 2. piękny soczysty kolor.  Fotografując danie bardzo uważałam z jakiego kąta  to robię. Musiał być taki aby zarówno sama sałatka jak i skórka owocu oraz jego kształt były dobrze widoczne. Gdybym ustawiła aparat niżej, byłoby widać więcej grejpfrutowej miseczki niż sałatki i ona dominowałaby na zdjęciu, aparat ustawiony wyżej spowodowałby, ze widziałabym za mało miseczki i tylko górna jej część tą mniej atrakcyjną z postrzępionym wnętrzem od wykrajania cząstek owocu. Dlatego wybrałam balans pomiędzy jednym i drugim, starając się aby sałatka zajmowała w kadrze trochę więcej miejsca niż miseczka- dzięki temu to ona pozostaje głównym bohaterem zdjęcia. Wybrany kąt fotografowania spowodował również że potrawa nie wygląda już płasko ( pomogło także ułożenie sałatki w taki sposób aby znaczna jej część wystawała poza obrys miseczki). Używanie produktów z których wykonane jest danie do jego stylizacji wydaje się tak oczywiste, że aż banalne. Jednak można to zrobić w niebanalny sposób. Bądź kreatywny- użyj nieoczywistych elementów do stylizacji np. skórek, pestek, ogonków, okruszków, liści. Zaskocz widza wykorzystując je nie tylko do celów estetycznych ale i praktycznych (jak przedstawiona na zdjęciu miseczka z grejpfruta).

Lekcja:  Jasno pokaż odbiorcy z czego składa się fotografowane danie. Zadbaj o to aby produkt który jest kluczowy dla charakteru dania był podkreślony w kompozycji. Wykorzystanie i pokazanie w kadrze innych elementów produktu (niekoniecznie użytych w samym daniu) może okazać się pomocne. 
IMG_1823-tile

Gruszki w kompocie-wielkie wyzwanie.

Zdjęcie kanadyjskie-co w nim złego:

Gruszkom brakuje formy i kształtu poprzez które moglibyśmy je zdefiniować. Równie dobrze mogą to być ziemniaki lub co innego bezkształtnego w misce, jedyne co widzimy wyraźnie to kontrastowa gwiazdka anyżu- a ona nie jest przecież tu najważniejsza. Na dodatek mamy dużo niepotrzebnych kolorów i kształtów wniesionych talerzami na których ułożono gruszki.

Moja próba naprawy tego:

Choć przepis mówi aby gruszki obrać i wypestkować- postanawiam sfotografować je w trochę innej formie. Jest to dla mnie ostateczność (cały spór o idealne odwzorowanie potrawy na zdjęciu odkładam na razie na bok) bo wiem, że obrane wypestkowane i ugotowane gruszki nie mają w sobie ABSOLUTNIE NIC fotogenicznego, co gorsza, nie da się z nimi za dużo więcej zrobić, szczególnie z ich kształtem a w tym upatruję jedynego ratunku. Używam najmniejszych gruszek jakie udało mi się znaleźć na całym targu i eksperymentuje z krojeniem ich na różne sposoby. Wybieram przekrojenie gruszki na pół , tak aby widać było, jej pestki i ogonek. Co zyskałam? Bardzo dużo jak na to danie: 1. atrakcyjny dla oka i kojarzący się z gruszką kształt , 2. finezyjne detale pestek i żyłek wewnątrz gruszki. Skoro to jedyny atut dania który znalazłam bronię go jak lwica i pilnuję, żeby żaden inny element kompozycji go nie przyćmił i nie zdominował. Z rozwaga dobieram elementy stylizacji: przezroczysty słoik, drobny finezyjny wzór kaligrafii, prawie bezbarwny sznurek, delikatna gałązka z drobnymi listkami- wszystko to równoważne lub słabsze kompozycyjnie jednak pomocne bo podkreślające tą małą finezję, którą z gruszek udało mi się wydobyć. Najchętniej pozostawiłabym zdjęcie monochromatyczne, wtedy kształty i detale zaczynają być dla odbiorcy jeszcze bardziej dostrzegalne. Decyduję się jednak  na  odrobinę zieleni. Dlaczego? Wiem, że zdjęcie jest jednym z wielu wykonanych przeze mnie do tej publikacji. Niestety kolorystycznie bardzo odbiega od pozostałych, które są kolorowe i świeże.  To jest magazyn, który ukaże się w maju, na zdjęciach ma być widać i czuć wiosnę. Stąd mój mały kompromis z zieloną gałązką.  (Co kompot z gruszek robi w majowym wydaniu magazynu kulinarnego???-  nie mam zielonego pojęcia- mnie nie pytajcie- ja tu tylko robię zdjęcia.)

Lekcja: Bezkształtne danie wygląda nieapetycznie. Jeżeli tylko możesz nadaj wyraźny i jasno definiowalny kształt swojemu jedzeniu. 

Untitled-1cc-tile

Sałatka ryżowa z soczewicą.

Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:
Właściwie to jedno z lepszych zdjęć które mi przysłano. Niepretensjonalne i dobrze oświetlone. Prosty talerz (pokazany cały, więc jego kształt jest atutem), sałatka ułożona na nim dość schludnie. Ponieważ danie składa się z drobnych elementów mam ochotę zobaczyć co to dokładnie jest. Jednak im bardziej powiększam zdjęcie tym mniej mi się podoba bo na „poziomie macro” nie dostrzegam niczego ciekawego.(Pomijam nietrafione czerwone rażące tło bo na ten temat wypowiadałam się wyżej.)

Moja próba naprawy tego:
Nie uważam siebie za kogoś szczególnego,zakładam więc, że moje reakcje będą podobne do ogółu i inni tak jak ja zechcą spojrzeć na sałatkę z bliska. Dlatego od początku zwracam wielką uwagę na to aby widoczne na zdjęciu faktury, struktury i wzory były atrakcyjne- one są najważniejsze kiedy przechodzimy do mniejszej skali. Przy takiej fotografii potrawa musi składać się z małych elementów a każdy z nich musi być czytelny i przyjemny dla oka. Każde ziarenko ryżu, musi być jedno w jedno niepołamane i „nierozciapciane”, to samo z soczewicą- ziarenka okrągłe, jednakowe, nierozgotowane, każdy kawałek szczypiorku przycięty równo (zauważcie, że to przycięcie jest rozmiaru ziarenek ryżu- to nie przypadek- wtedy te elementy łapią rytm- rytm w kompozycji to temat rzeka- moi kursanci coś o tym wiedzą, potrafię mówić o nim godzinami, dziś sobie muszę odpuścić bo jest już po północy- zapytajcie wujka google- na pewno wam pomoże). Każda szczypta curry, każdy okruszek pieprzu, widoczne i ładne. W praktyce oznacza to, że każdy z tych elementów został dodany do miseczki osobno i nigdy nie zostały one razem wymieszane. 2 ruchy łyżką i byłoby „po ptakach”, nie można by tego fotografować już z bliska. Dlatego, niestety, czasami  potrawę do fotografii, trzeba potraktować szczególnie. Ja w takim przypadku odkładam część składników podczas gotowania  i łączę je już bezpośrednio na talerzu, na którym będą fotografowane.   Być bliżej jedzenia w normalnej stylizacji najczęściej znaczy, że nasz kadr obejmuje tylko część dużego talerza. Ja jednak nie lubię takich zdjęć, nie chcę tracić atutu stylizacyjnego którym może być dobrze dobrane naczynie, jego kształt, ornament, kolor (patrz talerzyk z niebieskim wzorkiem), chcę na zdjęciu oprócz jedzenia pokazać inne ciekawe faktury (np. lnianej serwetki) czy wzory (np. na papierze beżowego tła ). Co więc robię? – Wybieram jak najmniejsze naczynie. Moje zbiory gadżetów stylizacyjnych pełne są malutkich talerzyków, miseczek, dzbanuszków i sztućców. Najchętniej kupowałabym swoją zastawę do fotografii w sklepie dla lalek. Ma to wiele zalet: 1. potrzebuje mało jedzenia do fotografii, 2. mój talerz zawsze jest pełny, 3. Nie potrzebuje dużo miejsca, żeby ustawić scenę, 4. moje tła fotograficzne mogą być niewielkie 5. nie potrzebuje dużo miejsca aby wszystkie te gadżety przechowywać 5. mogę fotografować jedzenie z bliska a cały czas mieć na zdjęciu piękne kompozycje.

Lekcja: Małe jest piękne. Używaj niewielkich naczyń- wtedy możesz pokazać potrawę z bliska. Zwrócisz uwagę widza na tekstury, faktury i małe finezyjne detale. Jeśli zadbasz aby były ciekawe i piękne- twoje zdjęcie pobudzi zmysły odbiorcy. Być tak blisko jedzenia i nie chcieć go spróbować to grzech!

IMG_1699-(1)vv-tilebbbb

Spagetti Puttanesca.

Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:

Zdjęcie przedstawia jeden wielki bałagan. Od takiej ilości pokręconych w różne kierunki i bez żadnego ładu linii może zakręcić się w głowie. Ludzki mózg potrzebuje linii do definiowania obrazu który widzi (np. linii horyzontu, żeby określić czy stoi prosto) dlatego jeśli tylko oczy wyłapią jakąś linie na obrazie natychmiast za nią podążają. Oglądając kanadyjskie zdjęcie  jak nic dostają „rozbieżnego zeza od pierwszego wejrzenia” i mózg natychmiast wysyła sygnał „obraz nieatrakcyjny- przestań oglądać”. Na dodatek kadrując zdjęcie tak ciasno zabrano odbiorcy okrągły kształt talerza, którego linia mogłaby uspokoić trochę kompozycje. Element sosu choć mocniejszy kolorystycznie nie jest w stanie skupić na sobie wzroku odbiorcy.

Moja próba naprawy tego:

Każdy fotograf kulinarny wcześniej czy później stanie przed wyzwaniem sfotografowania spaghetti. Moje doświadczenie doprowadziło mnie do następujących wniosków: 1. fotografuj małą porcję makaronu, 2. postaraj się uporządkować linie -skręcając makaron tak długo aż znaczna część linii będzie podążać w podobnym kierunku(możesz polać makaron oliwą przed skręcaniem), 3. Nie mieszaj spaghetti z sosem, tylko ułóż sos na wierzchu skręconego makaronu,  4. zadbaj o to aby w kadrze znalazły się inne elementy z ciekawym finezyjnym wzorem. W moim przypadku jest to łyżeczka, zioła i wzorek na rancie talerza. Linie gałązek ziół podążają w tym samym kierunku co linie spaghetti ten zabieg dodatkowo porządkuje wizualny odbiór. Wzorek na talerzu jest wytłoczony podobną do spagetti linią a ornamentem bardzo przypomina gałązki ziół. Dzięki temu wszystkie 3 elementy ” łapią rytm kompozycyjny” i ich atuty oddziałują wzajemnie na siebie, zwiększając i rozszerzając swój zasięg.

Lekcja: Bałagan jest nieatrakcyjny dla oka. Każda widoczna na dobrym zdjęciu ” niby nonszalancja”  jest z reguły mocno przemyślana i wyreżyserowana. Linia to jeden z najmocniejszych elementów w kompozycji- uważnie śledź gdzie zaprowadzi twojego widza- jeśli to droga donikąd- masz problem. 

      To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, ze ta odrobina wiedzy okaże się dla Was użyteczna i pomocna. Jeśli macie jakieś pytania lub czegoś nie rozumiecie napiszcie w komentarzu- postaram się odpowiedzieć. Jeszcze lepiej, pofatygujcie się kiedyś do mnie na kurs– tam dużo więcej wiedzy połączonej od razu z praktyką. Pozdrawiam serdecznie fanów fotografii kulinarnej, a tym z moich czytelników, którzy nimi nie są, obiecuję, że następnym razem będzie też coś dla ciała- czyli przepis na coś pysznego.

IMG_1482bb-tilevcv



Jak zrobić jogurt

jak zrobić jogurt       Zrobienie domowego jogurtu jest bardzo proste. „Bułka z masłem”- jak mawia mój syn. Nie potrzebujesz żadnych specjalnych szczepów bakterii czy starterów. Wystarczy odrobinę kupnego jogurtu naturalnego zmieszać z ciepłym mlekiem, odstawić na parę godzin w ciepłe miejsce i gotowe. W swoim życiu zamieniłam już chyba tyle mleka w jogurt, ile wody w klasycznym basenie olimpijskim.

       Czy przetwarzasz jeden czy sto litrów mleka nie ma to większego znaczenia. Całą „robotę przetwórczą”  robią za ciebie  bakterie jogurtowe. Twoim zadaniem jest tylko pomóc im w tym procesie.  To naprawdę proste- wystarczy zadbać o to by były zdrowe, miały co jeść i było im ciepło.

jak zrobić jogurt

        Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie uważała, że diabeł tkwi w szczegółach i każda z wymienionych powyżej rzeczy ma wpływ na rezultat jaki osiągniemy przy produkcji jogurtu. Teraz… możesz dalej poczytać jak wymądrzam się na temat prostej czynności kulinarnej jaką jest zrobienie jogurtu lub od razu przejść do ramki na dole wpisu gdzie znajdziesz proste i jasne instrukcje. Wybór należy do Ciebie – a ja tymczasem wracam do przemądrzania się.

jak zrobić jogurtPRIMO- mleko– najlepszy rezultat osiąga się używając dość tłustego mleka (jogurt jest bardziej kremowy). W przypadku kupnego mleka może to być 3,2% tłuszczu, w przypadku mleka prosto od krowy, to moim zdaniem jednak warto postarać się dokładnie zebrać z mleka śmietanę. Nawet po zabraniu śmietany będzie ono wystarczająco tłuste na jogurt. (Tak zupełnie na marginesie bakterie jogurtowe można też hodować na słodkiej pasteryzowanej śmietance- otrzymamy wtedy coś na kształt gęstej kwaśnej śmietany). Do produkcji jogurtu nie polecam mleka UHT (nie mam przekonania do tego produktu, choć podobno innym udaje się zrobić na nim jogurt). Mleko może być prosto od krowy (przegotowane) albo kupne (pasteryzowane lub homogenizowane).

SECUNDO- jogurt– a właściwie bakterie w nim zawarte.  Proces, który będzie zachodził w mleku po dodaniu do niego jogurtu nazywany jest fermentacją, oznacza to, że żywe kultury bakterii jogurtowych będę się namnażać i przetwarzać zawarte w mleku cukry( głównie laktozę i glukozę) w kwas mlekowy i parę innych pobocznych substancji. Zmieni to strukturę, konsystencję i smak mleka przetwarzając go w produkt który nazywamy jogurtem. Dlatego warto, żeby twoja startowa porcja jogurtu zawierała jak najwięcej i jak najsilniejszych bakterii. Kupuj jogurt naturalny bez żadnych dodatków (w składzie najlepiej tylko mleko+ żywe kultury bakterii) i najświeższy jaki znajdziesz (patrz na termin przydatności do spożycia- ogólnie termin ma być krótki, a twój jogurt na początku tego terminu).

TERTIO- odpowiednia temperatura. Oprócz bakterii (dodałeś je z jogurtem) i pożywienia dla nich (dostarczyłeś ich z mlekiem) bardzo ważna w  procesie fermentacji jest temperatura. Bakterie jogurtowe najszybciej namnażają się w 40-45’C i dobrze, żeby zbliżona temperatura panowała w twoim pojemniku z mlekiem.  Jeśli będzie za niska bakterie nie namnoża się lub zajmie im to dużo dłużej czasu- jeśli za wysoka- po prostu zginą. Różne sposoby utrzymania stałej odpowiedniej temperatury podczas robienia jogurtu opisuję w ramce z przepisem.

jak zrobić jogurt

       W mojej kulinarnej karierze przeżyłam parę  sytuacji, kiedy niesfermentowane na jogurt mleko popsuło mi plany gotowania jakieś wielkie uczty czy przyjęcia. Jedną z nich pamiętam bardzo dobrze bo była dla mnie lekcją jak odpowiednia temperatura może zdziałać cuda w procesie fermentacji mleka.

       Otóż było to  około 20  lat temu w jakiejś hotelowej czy restauracyjnej kuchni (nie pamiętam). Późna deszczowa i zimna jesień. Kuchnia duża, sterylna i dość zimna a w niej ja układająca menu na przyjęcie (dla 80 osób) odbywające się następnego dnia z okazji dołączenia do naszej grupy artystycznej w której podróżuję (i jestem etatowym kucharzem) grupy 20 nowych osób. Jak zwykle w przerwach pomiędzy występami nasza grupa artystyczna ląduje gdzieś  na prowincji gdzie trudno znaleźć dobre produkty. Jedyne co mam to 40 litrów mleka, worek ziemniaków, parę nadgniłych kalafiorów, skrzynkę buraków, beczkę kiszonych ogórków, dużo oleju i ryżu. Głowiąc się bardzo udaje mi się w końcu wymyślić ciekawe menu opierające się w dużej mierze na jogurcie. Zagotowuje więc to 40 litrów mleka, dodaje zaczynu jogurtowego, przesuwam garnek blisko kaloryfera, przykrywam paroma kocami i idę spać. Jestem przekonana, że kiedy obudzę się rano będę miała gotowy gęsty piękny jogurt który jest składnikiem 5 z 8 zaplanowanych na przyjęcie potraw.

W nocy jednak wyłączają prąd i kiedy wchodzę rano do kuchni jest w niej bardzo zimno a mój jogurt to niestety cały czas tylko mleko- nie jogurt. Wracam od nowa do menu ale ślęczałam już nad nim tak długo poprzedniego dnia, więc wiem, że bez jogurtu nie wyczaruje nic. Siadam nad garnkiem i zaczynam płakać a wtedy do kuchni wparowuje grupa „nowo przybyłych” na cześć których uczta ma powstać. Witają się po kolei i jeden z nich zauważając mój smutek pyta o przyczynę. Kiedy dowiaduje się o jogurcie, macha ręka, mówi, że zaraz wróci i wybiega z kuchni. Faktycznie wraca po chwili pod pachą niosąc 3 farelki (skąd je wytrzasnął nie wiem?). Ustawia garnek na środku kuchni  otacza go farelkami i włącza nawiew ciepłego powietrza. „Za 3 godziny będziesz miała jogurt”- obiecuje. Patrzę z niedowierzaniem i powątpiewaniem niepewna czy dalej planować nowe menu czy nie. Uwierz mu- odzywa się ktoś z tłumu nowych- to najlepszy kucharz jakiego znam. Po 3 nerwowych godzinach które upłynęły mi  przy akompaniamencie stukających o blat noży i szumiących farelek- ponownie zjawia się w kuchni „najlepszy kucharz” – odkrywa pokrywkę garnka zanurza wielką chochlę i  ABRAKADABRA! wyciąga z garnka piękny gęsty (taki że aż da się go pokroić nożem) jogurt.  Jogurtowy cudotwórca uśmiecha się od ucha do ucha a ja mam ochotę uściskać go najmocniej jak potrafię. Powstrzymuję się jednak bo to przecież brahmaczarin (w mojej religii ktoś w stylu młodego mnicha-studenta, żyjącego  w celibacie i starającego się unikać „wylewnych kontaktów” z płcią przeciwną). Jednak co się odwlecze to nie uciecze. Jakieś tysiące litrów jogurtu „zrobionych metodą farelkową” później (czyli parę dobrych lat)-  „jogurtowy cudotwórca”  zostanie mężem mojej koleżanki oraz  moim serdecznym przyjacielem … ale… to już temat na zupełnie inną historię.

jak zrobić jogurt       Wracając do jogurtu to kiedy dojdziecie już do wprawy zachęcam do różnych z nim eksperymentów. Ja ostatnio próbuję zrobić jogurtowy deser na bazie mleka kokosowego- wychodzi całkiem dobry. Jeszcze parę prób i mam nadzieję zaprezentować Wam tutaj przepis na ten wynalazek.

       Długo walczyłam też z odpowiednią gęstością i konsystencją samodzielnie robionego jogurtu. Metoda odcedzania (opisuję ją tutaj) rewelacyjnie sprawdza się przy małych ilościach przerabianego mleka. Spróbuj jednak odcedzić 50 litrów jogurtu (!) bez odpowiedniego mleczarskiego sprzętu.

       Pierwszą dobrą metodą okazało się zagęszczanie mleka- mlekiem w proszku. Należy rozrobić 3-4 łyżki mleka w proszku (na każdy litr płynu) z zimnym mlekiem na gładką papkę (najlepiej użyć miksera) połączyć z resztą mleka i zagotować -dalej postępować jak w przepisie na normalny jogurt.

     Drugą jeszcze lepszą metodą jest denaturacja cieplna (wybaczcie żargon mleczarski). Jest to proces który zachodzi w białkach mlekowych pod wpływem określonej wysokiej temperatury. Jeśli mleko jest w niej utrzymywane przez odpowiednio długi  czas zachodzą w nim nieodwracalne procesy rozpadu struktur białkowych (głównie połączenia pomiędzy cząsteczkami białek). Dzięki temu proces fermentacji może zachodzić szybciej i skuteczniej.

      Przekładając to na język normalnych ludzi: trzeba mleko przed dodaniem do niego jogurtu podgrzać najpierw do około 75’C i utrzymywać w tej temperaturze przez 30 minut (np.wstawiając do garnka z wodą o podobnej temperaturze lub podgrzewając co jakiś czas na malutkim ogniu, lub umieszczając w piekarniku) a potem schłodzić do temperatury 40-42’C i postępować dalej jak w ramce z przepisem poniżej (od pkt. 4 i dalej). Próbowałam tego sposobu parę razu (tylko z mlekiem prosto od krowy, nie wiem jak zachowa się sklepowe- mam nadzieję, że tak samo) i otrzymywałam jogurt tak gęsty, że można było go odwrócić do góry dnem i nie wypadał z pojemnika.

Na koniec jeszcze coś dla tych, którym się nie uda za pierwszym razem (ale zapewniam, że będzie ich bardzo mało). Nie poddawajcie się, nie rezygnujcie, przeanalizujcie co poszło nie tak i spróbujcie ponownie.

Oto najczęstsze przyczyny nieudanego jogurtu:

1. Za wysoka temperatura mleka podczas dodawania jogurtu (po prostu zabiłeś bakterie jogurtowe)
2. Za niska temperatura podczas procesu fermentacji (jogurt jak ciasto drożdżowe nie lubi przeciągów tylko stałą ciepłą temperaturę, w za niskiej bakterie się nie mnożą).
3. Nieaktywne bakterie jogurtowe w kupnym jogurcie (mogło się zdarzyć, że jogurt który dodałeś do mleka nie zawierał już żywych kultur bakterii, warto kupować jogurt z jak najkrótszym składem (najlepiej „mleko, żywe kultury bakterii”) bez żelatyny i innych zagęszczaczy oraz  im świeższy tym lepszy (czyli taki któremu okres przydatności do spożycia nie kończy się za dzień lub dwa).
4.Mleko zanieczyszczone innymi bakteriami (jeśli mleko było niepasteryzowane to oprócz dodanych przez nas bakterii jogurtowych, mogło być w nim dużo innych bakterii które sfermentowały mleko na swój sposób- wtedy możemy otrzymać nie jogurt lecz kwaśne lub nawet gorzkie mleko).



Pierogi z bobem i szałwią

pierogi i szałwia       Wiecie, że bób jest jedną z najstarszych roślin uprawnych? Archeolodzy znajdują jego ziarna w osadach ludzkich datowanych na 10 tyś. lat przed naszą erą. Podobno był przysmakiem w starożytnej Grecji (gdzie zalecano go lekkoatletom)  i w starożytnym Rzymie, gdzie karmiono nim legionistów (porcja żywieniowa- 50 ziaren. na dzień). Smażony bób był też przysmakiem biedoty rzymskiej, sprzedawano go za najmniejsze pieniądze na wszelkich zgromadzeniach, np. walkach gladiatorów. Jest więc w pewnym sensie archetypem dzisiejszego popcornu :-).
pierogi z bobem i szałwią       Jedzono bób w starożytnym Egipcie, Mezopotamii i Persji, potem w całej średniowiecznej Europie.  Zawsze jednak był utożsamiany z dietą pospólstwa lub czasami nieurodzaju i głodu. Bób spożywano świeżo gotowany, suszono go i produkowano z niego mąką z której z kolei wyrabiano placki. Do dziś bób w formie świeżej i suszonej jest popularny głównie w krajach basenu Morza Śródziemnego, najbardziej chyba we Włoszech i Egipcie.
bób na talerzu       Bób lubią również Polacy. Ręka do góry, kto lubi!!? Zwolennicy bobu dzielą się na 2 frakcje: tych co łuskają bób przed jedzeniem i tych którzy jedzą z łupinkami. Ja nazywana w domu „francuskim pieskiem” oczywiście łuskam bób. Mój mąż zjada swój bób niełuskany a do tego jeszcze na deser wszystkie skórki z moich ziarenek. Z bobu przygotowuję również pyszną pastę do smarowania chleba oraz jedno z moich ulubionych letnich curry ( łuskany bób z papryka, młodą marchewką, młodymi ziemniaczkami z sosem śmietanowym lub z mleczka kokosowego z przyprawami).
pierogi z bobem      Pierogi z bobem to mój nowy pomysł. Bardzo udany. Poprzez dodatek szałwii przypominają mi trochę ulubione ravioli z dynią. Kto nie lubi szałwii, zamiast niej może dodać do bobu- imbiru, mięty, parmezanu czy nawet czosnku. Przepis jest dość prosty jednak trochę pracochłonny: bo trzeba i wyłuskać bób i ulepić pierogi. Ze względu na tą pracochłonność ja na pierogi poświęcam po prostu jeden dzień w miesiącu. Instaluje wtedy w kuchni mój laptop i lepiąc różne rodzaje pierogów, przez cały dzień słucham z niego wykładów swojego Guru. Czasami wydaje mi się, że te pierożki są jak chińskie ciasteczka a ja zamiast wróżby zamykam w każdym z nich jakąś mądrość czy złotą myśl. Układam potem te wszystkie mądrości na tacach, wkładam na 2 godziny do zamrażalnika, po tym czasie są już na tyle zamrożone, że można je pakować do osobnych woreczków i układać na specjalnej półce w zamrażarce. Jemy je potem zawsze wtedy kiedy mamy ochotę lub kiedy ja nie mam ochoty gotować obiadu. Od dzisiaj w naszej zamrażarce do pierogów ruskich, z kapustą i grzybami, z soczewicą, oraz z jagodami i truskawkami dołączyły również te z bobem i szałwią.

       Ciekawe jakie mądrości w sobie przechowują?
pierogi i bób



Biała pizza z kurkami

pizza z kurkami       Mieszkam w kraju gdzie 98% ludzi deklaruje wyznawanie jedynej i słusznej religii. Ja niestety mieszczę się w tych pozostałych dwóch procentach. Z tego powodu dla wielu pozostaje po prostu Kingą Błaszczyk-Wójcicka, dla innych jednak jestem dziwakiem, dla jeszcze innych szaleńcem- tych wszystkich nawet rozumiem.  Są jednak tacy dla których jestem INNOWIERCĄ-  i tych się autentycznie boję. kurki       Mamy serdecznych przyjaciół, z którymi znamy się od lat. Nie podzielają naszego stylu życia, wielu naszych poglądów w tym naszej religii ale wcale nie przeszkadza to nam się przyjaźnić i szanować nawzajem. Nasze dzieci znają się od małego, koegzystują i świetnie się rozumieją. Aż tu nagle zupełnie niedawno ich 10-letnia córka, siedząc któregoś dnia w naszej kuchni wypaliła- „Strasznie mi Was szkoda, Jezus Wam nie wybaczy, pójdziecie wszyscy do piekła!”.  Zamurowało nas zupełnie. Rodziców dziewczynki nie było  z nami a ja i mąż nie za bardzo wiedzieliśmy jak zareagować. Zapadła niezręczna cisza, którą wreszcie rezolutnie przerwał mój synek.

– „A co to jest piekło?”- zapytał.

       Wiem, że poglądy dziewczynki nie pochodzą od jej rodziców, są to bardzo otwarci, tolerancyjni i mało fanatyczni ludzie. Zrobiłam krótkie dochodzenie i okazało się, że tak wspaniałą wiedzę dziewczynka zdobyła na lekcjach religii przygotowujących ją do pierwszej komunii świętej. W sumie to cieszę się, że tylko taką wiedzę. Przez 3 lata pracy w biurze prasowym przy naszej świątyni naprostowałam i nasłuchałam się tak nieprawdopodobnych historii na temat naszej religii, że nic mnie już nie zdziwi.  Słyszałam o tym, że porywamy dzieci (nawet je jemy!), dodajemy narkotyki do jedzenia serwowanego w naszych świątyniach, uprawiamy zbiorowy seks na ołtarzu, jesteśmy poligamistami, czcimy szatana i składamy ofiary całopalne ze zwierząt. Większość tych „rewelacji” pochodziła z kazań niedzielnych lokalnych proboszczów lub lekcji religii prowadzonych przez zakonnice (te przodują w opowieściach o seksie).

camembert z rozmarynem       Oczywiście procent duchownych, którzy opowiadają takie rzeczy, jest niewielki (naprawdę chcę w to wierzyć!) . Osobiście na swojej drodze, działając w dialogu między-religijnym spotkałam, wielu, wspaniałych, światłych oraz otwartych na świat i inne wyznania  duchownych. Jakżebym chciała, żeby to ONI prowadzili lekcje religii w szkole córeczki naszych znajomych. Dowiedziałaby się pewnie od nich, ze jest wielu dróg, którymi można podążać do Boga.  Może opowiedzieliby jej tą piękną staroindyjską historię o Mistrzu i Uczniu (lub jej chrześcijański odpowiednik).

       „Któregoś dnia uczeń przyszedł do mistrza i zapytał: Mistrzu dlaczego inni są tak głupi i wybierają religie i ścieżki które nie prowadzą do samorealizacji, dlaczego nie wybierają jedynej i najwspanialszej praktyki duchowej. Dlaczego nie pójdziesz ich wszystkich nauczać? Powiedz im, że się mylą, zrób to proszę- Ciebie na pewno posłuchają.

– Nie nauczam ich ponieważ nie uważam, że postępują źle. Mam na ten temat inne zdanie.
– Dlaczego masz inne zdanie Mistrzu?
– Bo mam inny punkt widokowy.
– Chciałeś powiedzieć, Mistrzu, „punkt widzenia”?
– To jedno i to samo. Choć pokażę Ci.

I zabrał ucznia na długą wyprawę. Po paru miesiącach wędrówki stanęli u podnóża Himalajów, na kamienistej drodze prowadzącej na jeden ze szczytów gdzie znajdowała się świątynia.

– Tu zaczyna się nasza podróż- rzekł Mistrz- rozglądnij się w lewo- widzisz jakąś inną drogę?
– Nie- odpowiedział uczeń.
– No to popatrz w prawo.
– Na prawo mamy wielki las, jest tylko ta jedna droga.
– I to jest właśnie twój punkt widokowy- rzekł Mistrz- a teraz choć zaprowadzę cię do mojego.

Wspinali się długo i trudzili wiele dni a każdego wieczora zatrzymywali się i podziwiali widoki. Pierwszego dnia Mistrz powiedział do ucznia:

 -Tutaj dotrzesz po 10 latach codziennej praktyki i stosowania moich nauk, rozejrzyj się.

Uczeń popatrzył w prawo i w lewo i gdzieś na granicy horyzontu dostrzegł malutkie postacie wspinające się wśród skał. Następnego wieczora na prawo pomiędzy koronami drzew wielkiego lasu zobaczył szeroki, wykarczowany trakt a na nim całe grupy pielgrzymów. Jeszcze następnego, kiedy byli w połowie góry, dostrzegł inną drogę którą podążało szereg kupców z towarami niesionymi w wielkich tobołach na głowie. Po 5 dniach wspinaczki rozbili obóz na pięknej skale, z której rozchodził się niesamowity widok na całą okolicę.

-Oto mój punkt widzenia- rzekł Mistrz- Spójrz- tu dotarłem po 50 latach praktyki duchowej.

Uczeń rozglądnął się i aż zaparło mu dech w piersiach od pięknych widoków. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do blasku zachodzącego słońca, powoli wśród skał i łąk poniżej zaczął rozpoznawać sieć: ścieżek, dróg, traktów, szlaków i wydeptanych przez zwierzęta dróżek. Dostrzegł  pielgrzymów wspinających się siecią tych dróg na szczyt, a im dłużej patrzył tym więcej ich widział. Nagle droga, którą wspinali się tu od tylu dni wydała mu się nie za szeroka i wcale nie taka najprostsza.

– A teraz wyobraź sobie co zobaczymy kiedy dojdziemy na szczyt skąd możemy oglądać również drugą stronę góry?-rzekł Mistrz.

– Co dojrzymy kiedy spotkamy tych wszystkich pielgrzymów tak samo zmęczonych drogą jak my i tak samo szczęśliwych, że dotarli do celu? Czy będziemy się spierać, która droga była lepsza?

Uczeń pokornie schylił głowę i podziękował Mistrzowi za lekcję. Potem razem zapatrzyli się w dal na majaczący wśród mgieł szczyt Czomolungmy. -Ciekawe, co można zobaczyć stamtąd?- zapytał uczeń.

-Kiedy tam dotrzesz nie będziesz patrzył ani w dół ani dookoła.  Stamtąd spogląda się już TYLKO w GÓRĘ! -odrzekł Mistrz.”

pizza z kurkami        Temat religii w wielu domach pozostaje TABU. Często sami nie radzimy sobie z odpowiedzią na pytanie „W co wierzę?” a cóż tu dopiero rozmawiać i tłumaczyć takie tematy małym dzieciom. Ale jeśli Wy z nimi nie porozmawiacie na ten temat to często jedyna ich wiedza będzie pochodziła z lekcji religii w szkole. Czy jesteście pewni, że poglądy tam wykładane (nie tylko te dotyczące tolerancji religijnej) są jedynymi, które Wasze dziecko powinno  znać w odpowiedzi na fundamentalne i ważne pytania które zaczyna zadawać????

Usiądźcie kiedyś z nim i porozmawiajcie na ten temat. Możecie dowiedzieć się BARDZO ciekawych rzeczy. Jeśli nie zgadzacie się z niektórymi z nich opowiedzcie o tym dziecku. Dobrze jest wątpić, z tego zrodziła się filozofia. Opowiedzcie dzieciom o wielkich filozofach i ich teoriach oraz wątpliwościach (zdziwicie się jak wiele z tego rozumieją). Może razem poczytajcie o innych religiach (są specjalne publikacje dla dzieci na ten temat), a potem uzbrojeni w tą wiedzę wybierzcie się na wycieczkę do synagogi, meczetu  czy buddyjskiej świątyni (lub katolickiego kościoła jeśli  katolikami nie jesteście) . Opowiedzcie dziecku historię o Mistrzu i Uczniu. Pięknie na nią reagują, nawet te kilkulatki (opowiadałam ją wielokrotnie). Starszym możecie opowiedzieć dowcip.  Jest hitem na wszystkich międzynarodowych konferencjach inter-religijnych, opowiadany bez wyjątku przez: nobliwych biskupów, ortodoksyjnych rabinów, wielkich guru czy uczonych mułłów. Każdy opowiada go oczywiście jako bohaterów używając wyznawców swojej religii. Więc i ja go Wam tak opowiem:

„Przykładny chrześcijanin po śmierci poszedł do nieba. U bram przywitał go św. Piotr.

– Choć oprowadzę Cię tutaj trochę. Zobacz tam w części zachodniej mieszkają razem wszyscy chrześcijanie: katolicy, baptyści, ewangeliści, luteranie i inni, tam na wschodzie mieszkają buddyści i hinduiści, na południu mieszkają żydzi i muzułmanie. A tam na północy jest wielki mur, trzeba się przy nim zachowywać bardzo cicho albo w ogóle do niego nie podchodzić.

-Ale dlaczego????

– Och, bo tam mieszkają wyznawcy Kryszny, wiesz to taki monoteistyczny nurt w hinduizmie, bardzo stary, ma z 5 tysięcy lat i miliony wyznawców.

-Ale dlaczego oni muszą mieszkać za murem???

– No bo oni  NIESTETY,  wyobraź sobie, są święcie przekonani, że są tu… ABSOLUTNIE SAMI! ” ;-)))

pizza z kurkami
Na koniec dzisiejszej historii na wszelki wypadek uświadamiam wszystkich (choć jakieś mam takie wrażenie, że Was moi czytelnicy nie trzeba) i tłumacze się:
NIE, nie porywam dzieci (co bym z nimi wszystkimi zrobiła?)
NIE, nie zjadam dzieci (moja religia zabrania mi jeść mięso- ludzkie też!)
NIE, nie rozdaję narkotyków (moja religia zabrania mi ich nawet używać {tak samo jak alkoholu i papierosów}, więc nie ustawiajcie się w kolejce pod moim domem- proszę!).
NIE, nie uprawiam seksu zbiorowego ani nie jestem jedną z wielu żon mojego męża (moja religia zabrania nawet seksu przedmałżeńskiego- SERIO!).
NIE, nie wyprano mi mózgu (myślę i działam w życiu bardzo racjonalnie- czasami nawet aż za bardzo).
NIE, nie boję się ogni piekielnych (bardziej boję się, że będę mieszkała w niebie za murem;-)).

Za to:
TAK, jestem normalnym człowiekiem
TAK, płacę podatki,
TAK, daję pracę innym (niekoniecznie współwyznawcom)
TAK, moje dziecko chodzi do normalnej publicznej szkoły (jest nawet jednym z najlepszych uczniów w klasie!)
TAK, moja religia jest ważną częścią mojego życia
TAK, mam wielu przyjaciół, którzy są katolikami i świetnie się rozumiemy.
TAK, staram się szanować poglądy innych (nie tylko religijne) choć nie zawsze są identyczne z moimi.
TAK, rozmawiam z moim synem o tolerancji, opowiadam mu o innych religiach.
TAK, lubimy i chętnie jemy pizzę. Najbardziej taką według poniższego przepisu. Choć jest trochę inna i nie ma w niej sosu pomidorowego, żółtego sera czy peperoni to jednak cały czas jest to PIZZA. My taką ją lubimy, dokonaliśmy wyboru, zjedliśmy wiele innych ale ta przypadła nam najbardziej do gustu. Nie jest lepsza, nie jest gorsza- jest INNA. Czy nie wygląda na pyszną?
I to tyle – jakby się ktoś zastanawiał co moja dzisiejsza historia ma wspólnego z przepisem na pizzę :-).biała pizzaz kurkami