Kulki z koziego sera i sesja dla magazynu „Moje Gotowanie”

    Witam Was Moi Drodzy czytelnicy serdecznie.Dawno mnie tutaj dla Was nie było ale uwierzcie na słowo- miałam ku temu swoje powody. Moje życie ostatnio znacznie zawirowało i trochę to trwało nim choć trochę uporałam się z zawrotami głowy, które to u mnie wywołało. Powoli wracam do żywych i w wolnych chwilach postaram się nadrobić wpisy, blogowe, które to powinny się przez ostatnie pól roku dla Was pojawić.     Dziś prezentuję sesję, która powstała dobrych parę miesięcy temu (dokładnie pod koniec kwietnia) na zlecenie magazynu Moje Gotowanie. Robiłam ją w pięknym miejscu, które szerzej opisałam TUTAJ.

     W sesji pomagały mi dwie wspaniałe dziewczyny, Kasia Łaski (właścicielka koziej farmy z której pochodzą wszystkie sery użyte do dań prezentowanych na dzisiejszych zdjęciach) oraz Dorota Ryniewicz (znana wszystkim szerzej jako autorka bloga lipkowydomek) Dziewczyny -dziękuję bardzo byłyście nieocenione bez Was nie dałabym rady! 
Na dzisiejszych zdjęciach widzicie: pyszny makaron ze szpinakiem, ciecierzycą i kremowym oraz wędzonym kozim serem, racuszki na kozim jogurcie serwowane z kozim twarożkiem (najlepszym kozim twarożkiem na świecie!!!), sałatkę z rukolą, figami, orzechami włoskimi i kremowym serkiem kozim serwowaną w połówce melona z miodowym vinegretem oraz pieczone kruche sezamowe pierożki nadziewane farszem z sera i prażonych pomidorów oliwek i papryki. No i są jeszcze pyszne serowe kuleczki z winnym gronem w środku-poezja smaku, na którą przepis poniżej.


A na koniec maluchy z koziej farmy, które korzystają z tego, że je ciotka Kinga wpuściła na chwilę do sadu z zieloną soczystą trawą do którego na co dzień nie mają wstępu, bo oprócz trawy obgryzają wszystkie drzewa, które od tego marnieją. 

 



SlowRoad Projekt- rozstrzygnięcie konkursu

Moi Drodzy,

dziękuję, za Wasze wszystkie komentarze i rekomendacja cudnych miejsc. Do paru z nich na pewno się wybiorę i wtedy będę myśleć o Was ciepło. Książkę „Sielska Polska” postanowiłam przyznać Joannie, za cytowany poniżej komentarz. Mam nadzieję, że proponowane przez nią miejsca, zrobią na mnie takie same pozytywne wrażenie jak ich piękny opis, przedstawiony przez Joannę.

Joasiu- gratuluję wygranej- książka jutro wędruje do Ciebie pocztą.

 

A oto nagrodzony komentarz Joanny:

„Piękne zdjęcia, mnie też poprawiły nastrój 🙂
Są dwa miejsca bardzo bliskie mojemu sercu, tak bliskie prawdę mówiąc, że rzadko się nimi dzielę, ale tutaj zrobię wyjątek. Oba mają w nazwie sad, bo sady to w ogóle miejsca niezwykłe i bardzo na mnie działają – to takie małe raje. Specyficzny mariaż przyrody i działania człowieka, po którym zostają czasami tylko zdziczałe owocowe drzewa właśnie, jak w Beskidzie Niskim na przykład, gdzie można nagle natknąć się na kwitnące jabłonie w środku lasu, jedyny już ślad wsi, z której zostały resztki ukrytych w trawie fundamentów i sady. I to pierwsze miejsce jest właśnie w Beskidzie Niskim, w Ropkach koło Wysowej, i pięknie się nazywa – Swystowy Sad, po poprzednim właścicielu, Petrze Swyście, wysiedlonym w czasie akcji Wisła. Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi. Wspaniali właściciele, wegetariańskie jedzenie, organizowane w sierpniu warsztaty śpiewu archaicznego… nigdy nie chce mi się stamtąd wyjeżdżać.
A miejsce drugie, w którym bywam częściej, bo mam do niego blisko, to Wiśniowy Sad w Tarnowskich Górach, nie mylić z żadnym innym Wiśniowym Sadem, bo to dość popularna nazwa. Ten „mój” to restauracja w starym dworku w pobliżu centrum Tarn. Gór; za wysokim murem kryje się najprawdziwszy stary sad, w którym stoją stoły i stoliki, można tam zjeść obiad z trzech dań albo tylko ziemniaki z maślanką, albo absolutnie najlepszy domowy sernik, a jeśli szczęście dopisze nam szczególnie, posłuchać w ogrodzie jak właściciel gra na pianinie, muzyka płynie łagodnie przez okna w wiosenny zmierzch, pachnie bez… To „tylko” restauracja, ale ja czasami biorę laptop i jadę tam na cały dzień popracować, albo zabieram dobrą książkę i spędzam tam cały dzień w duchu slow. A w Tarnowskich Górach można jeszcze popłynąć Sztolnią Czarnego Pstrąga, łodziami pod ziemią, w dawnej kopalni srebra… Powoli, powolutku…
Celowo nie podaję namiarów ani linków do zdjęć, takie miejsca najlepiej odkrywać bez przygotowania 🙂
Pozdrawiam serdecznie.”



Slow Road Projekt i książka dla Was

Miałam ostatnio wielką frajdę testowania Projektu Slow Road.  Propozycja jak wiele innych przyszła do mnie mailem i już, jak wiele podobnych miała wylądować w koszu (ponieważ z zasady nie lokuję ani nie reklamuję niczego na blogu) ale chwilę się przy niej zatrzymałam  i nie żałuję bo projekt spodobał mi się BARDZO i godny jest polecenia.
Pomysłodawcą slowroadprojekt jest MAZDA ale sam projekt niewiele z motoryzacją ma wspólnego. Jego celem jest propagowanie pięknych widokowo tras z dala od głównych dróg a także sieci nieprzeciętnych miejsc poza głównym nurtem turystycznym wartych obejrzenia, doświadczenia i cieszenia się nimi w tempie slow.      Ponieważ życie mnie ostatnio zdecydowanie nie rozpieszcza postanowiłam rozpieścić się sama i przyjąć propozycję, która składała się z wypożyczenia mojej rodzinie dowolnego samochodu marki Mazda na weekend oraz noclegu w jednym z wybranych miejsc rekomendowanych przez Projekt SlowRoad.  Nasza rola miała polegać na przetestowaniu: trasy, miejsca noclegowego oraz atrakcji po drodze i podzieleniu się zdobytym doświadczeniem. Bez konkretnych oczekiwań, bez pośpiechu i spinania za to w spokojnym tempie slow. Brzmi jak praca marzeń!? Dla mnie zupełnie tak! Zwłaszcza, że mogłam do tej pracy zabrać swoją rodzinę.   Zaczęło się śmiesznie, od małego nieporozumienia. Pani która organizowała nasz wyjazd zrozumiała że jedziemy tylko we dwoje z mężem i przygotowała dla nas przepiękny dwuosobowy czerwony kabriolet Mazda M-X5. Gdybyście tylko widzieli to rozdarcie w oczach mojego męża, który nie wyobrażał sobie, że na taki wyjazd nie zabierzemy naszego syna ale z drugiej strony nie mógł oderwać oczu od „tego cacuszka” :(((( Ostatecznie  bardzo szybko i sprawnie rozwiązano problem i ruszyliśmy w trasę mniej spektakularną ale równie wygodną oraz mieszczącą całą rodzinę Mazdą CX-3 i szybko zapomnieliśmy o naszych dylematach.
     Ruszyliśmy z Warszawy na północny-wschód. Nie mieliśmy żadnych konkretnych oczekiwań ani planów (oprócz dotarcia na miejsce noclegu przed nocą). Po prostu postanowiliśmy cieszyć się widokami za oknem i zatrzymywać za każdym razem kiedy zauważymy coś ciekawego lub po prostu najdzie nas na to ochota. Pierwsza ochota naszła nas od razu kiedy zobaczyliśmy „wielką wodę”- czyli Zalew Zegrzyński, zatrzymaliśmy się w porcie bo uwielbiamy nastrój takich miejsc (zawsze kojarzą nam się z Chorwacją).  Pospacerowaliśmy pomiędzy żaglówkami i usłyszeliśmy cudną historię o kaczce, która mieszka w porcie pod budką strażnika i wychowuje tam już 5 pokolenie swoich dzieci. Tak zaufała strażnikowi, że przyprowadza mu swoje kaczątka do popilnowania kiedy chce „pobyć choć chwilę sama” (bo okazuje się, że wszystkie matki świata, nawet te kacze, potrzebują czasem chwili wytchnienia).

Znad zalewu droga prowadziła nas wśród mazowieckich łąk, pól i pastwisk. Widoki zupełnie późno-letnie. Choć to przecież dopiero była połowa czerwca. Zboże prawie nadawało się do zbiorów (żniwa w czerwcu?!!) a lipy już przekwitły. Tą widoczną na zdjęciu powyżej wypatrzyliśmy na dziedzińcu kościoła w Nasielsku, do którego zdecydowanie polecam zajechać kiedy tylko zagościcie w tamtych stronach. Wybudowany w stylu gotyckim z ciekawymi witrażami, ma jedno z piękniejszych sklepień jakie widziałam w polskiej architekturze sakralnej.

Z Namyśla okazało się być już zupełnie blisko do naszego miejsca noclegu czyli ekologicznej agroturystyki „Dom nad Wierzbami”.  Urocze miejsce prowadzone przez cudowną kolorową kobietę Panią Barbarę Polak, do której wszyscy goście mówią po prostu Basiu. 2 chaty (jedna przeniesiona z Podlasia), druga wybudowana już na miejscu położone są tuż nad Bugiem. Wystarczy z podwórka zejść na brzeg, wskoczyć do jednego z udostępnianych dla gości kajaków i już można zanurzyć się w krainie trzcin, czapli, lilii wodnych i wody tak czystej, że widać przez nią chodzące po dnie małże.

Po drugiej stronie rzeki na niewielkiej łące pasło się miejscowe stado krów. Widać, że uwielbiają to miejsce. Po pierwsze trawa tu zielona i soczysta (czego o innych miejscach dotkiniętych tegoroczna suszą powiedzieć nie można) wody do picia w bród a co najważniejsze w upalne dni można ochłodzić się wchodząc do rzeki, z czego zwierzęta namiętnie korzystały. Gdybyście tylko usłyszeli z jakim podekscytowaniem mój 14 letni syn rozmawiał ze swoimi kolegami, którzy zadzwonili do niego podczas naszej przejażdżki kajakowej. „Stary nie mogę z Tobą teraz rozmawiać. Właśnie płynę się kąpać z krowami!!!” Dla miłośników zwierząt Dom nad Wierzbami, będzie idealnym miejscem, spotkać tu można 3 przyjaźnie nastawione do gości koty i jednego bardzo przymilnego psa, który wita gości już przy furtce.  Na większości słupów w wiosce swoje gniazda mają bociany a nam w okolicy udało się nawet wypatrzeć wiewiórki.
Dom jest ciekawy i zdecydowanie nosi piętno swoje gospodyni, która jest artystyczną duszą. Pełno w nim książek, ciekawych bibelotów, nietypowej ceramiki, kwiatków w doniczkach i pięknych obrazów na każdej ścianie.
Te ostatnie pochodzą od licznych artystów przyjeżdżający corocznie do domu Pani Barbary na organizowane przez nią plenery malarskie. Przed chatą jest wielka zadaszona i obrośnięta dzikim winem weranda, na której goście jadają kolacje, czytają książki i prowadzą ciekawe dyskusje drapiąc za uchem chętnie wskakujące na kolana koty.
W tym miejscu króluje CISZA, którą ja na wakacjach kocham ponad wszystko, była dla mnie najcenniejszym darem, który dostałam od Domu nad Wierzbami. Dziękuję!
Dzień zakończyliśmy wspaniałą kolacją na którą zaserwowano nam lokalny przysmak- PYZUCHY oraz nocnymi Polaków rozmowami przy ognisku.

Drugi dzień zaczęliśmy  od wizyty w prywatnym muzeum etnograficzno- historycznym w Kamieńczyku.

Zupełnie zauroczył nas jego właściciel Pan Henryk Słowikowski, z zawodu hydraulik, który całe swoje życie gromadził stare narzędzia, broń, przedmioty codziennego użytku aby ocalić je od zapomnienia. Pan Henryk o wszystkich swoich zbiorach opowiada tak interesującą, że spędziliśmy u niego ponad 2 godziny a nasz syn który na słowo „muzeum” dostaje z reguły gęsiej skórki (NIE z ekscytacji) orzekł, że to była najlepsza atrakcja wyjazdu. Jeśli odwiedzicie kiedyś Kamieńczyk- musicie zajść koniecznie do muzeum- mieści się w samym rynku  tuż obok pomnika Flisaka, którego Pan Henryk jest głównym pomysłodawcą i sponsorem, bo o miejscowych flisakach Pan Henryk może mówić godzinami- nie zapomnijcie go o nich zapytać- usłyszycie historie fascynujące 🙂
Jeśli będziecie w Kamieńczyku, warto też przeprawić lokalnym łódkowym promem do położonego na drugim brzegu Brańczyka.

Koniecznie trzeba też (do czego nas nie musiano długo zachęcać) wybrać się do pobliskiego Jadowa, gdzie na tamtejszym rynku serwują najlepsze lody w okolicy. Spróbowaliśmy wszystkich 4 smaków (owocowych, cytrynowych, kakaowych i śmietankowych)- wszystkie były pyszne i warte nadrobienia 10km drogi w bok z naszej trasy. A biegła ona wśród malowniczych łąk pełnych polnych kwiatów, które uwielbiam i całe ich naręcza przywiozłam z wyprawy do domu. Bo według mnie nie ma piękniejszych bukietów niż te z własnoręcznie nazbieranych na łąkach kwiatów.

Przywiozłam też z tej trasy: dużo odprężenia, dobry nastrój, ciekawe wspomnienia i nowe znajomości. Wszystko to w nastroju zupełnie SLOW, który tak mi ostatnio w życiu jest potrzebny. Dziękuję SlowRoadProjekt.A dla Was, moi czytelnicy mam od SlowRoadProjekt książkę „Sielska Polska”- przecudne albumowe wydanie opisujące większość miejsc polecanych przez nich na wyprawy i noclegi slow. Z pięknymi zdjęciami i całą toną informacji jak podróżować po Polsce w nastroju SLOW. Ktoś chętny??? Jeśli tak wystarczy napisać w komentarzu poniżej odpowiedź na następujące pytanie:

„Jeśli mielibyście polecić mi jeden region lub szczególne miejsce w Polsce w nastroju SLOW, które koniecznie powinnam odwiedzić i zobaczyć. Co byście wybrali???”- wszystkie linki, odnośniki do map i zdjęć mile widziane. Czekam na Wasze komentarze do 22 lipca do godz. 24.00. Już nie mogę się doczekać, żeby poznać a może nawet pojechać w te wszystkie polecane przez Was miejsca.

A tymczasem pozdrawiam Was serdecznie i życzę wspaniałych wakacji – niech będą niezapomniane.

 

 

 



Ostatnie dwa miejsca na kursy fotografii kulinarnej w wakacje

Moi Drodzy,
jakoś w tym roku dużo perturbacji z odwołanymi i przekładanymi terminami. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło jeśli w rezultacie okazuje się, że mamy dwa wolne miejsca, z których można skorzystać bez normalnego (jak na standardy u mnie) stania w paromiesięcznej kolejce. Dwie lipcowe kursantki czekają na swoje pary (kursy dwudniowe, dwuosobowe, łącznie 12 godz, koszt 1250zł/osobę, więcej szczegółów TUTAJ).
9/10 lipca– szukamy kogoś na poziomie zupełnie podstawowym, zarówno w wiedzy fotograficznej jak i w fotografii kulinarnej.
16/17 lipca– szukamy osoby ze znajomością podstawowej wiedzy fotograficznej i umiejętnością obsługi aparatu w trybach manualnych, niekoniecznie doświadczoną w fotografii kulinarnej.

       Co zrobić, żeby się zapisać? Wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy na dole TEJ STRONY a w rubryce „uwagi” wpisać jedną z proponowanych wyżej dat. Wtedy się z Wami skontaktuje i domówimy szczegóły. W razie jakichkolwiek pytań pozostaję do dyspozycji. Pytania najlepiej kierować na mail greenmorning.pl@gmail.com lub przez formularz kontaktowy na blogu.



Letnie kursy fotografii kulinarnej

       Moi Drodzy, otworzyłam właśnie zapisy na letnie kursy fotografii i stylizacji kulinarnej. Zanim jednak o tym to najpierw pilna wiadomość. Przesympatyczny kursant poszukuje pary na kurs fotografii u mnie w dniu 12/13 czerwca. To zajęcia dla tych ,którzy początki fotografii mają już za sobą a chcą się skupić na takich zagadnieniach jak stylizacja, kompozycja i naturalne światło w fotografii kulinarnej. Zapraszamy- jeśli chcesz się zgłosić wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy zamieszczony TUTAJ na dole strony a w rubryce uwagi napisać „na kurs 12/13 czerwca”.       A teraz już więcej o samych zajęciach. Odbywają się indywidualnie lub w kameralnych grupach po dwie osoby idealnie dobrane poziomem wiedzy. Pomaga mi to skupić się na potrzebach i oczekiwaniach osób, które do mnie przyjeżdżają i poświęcić im tyle czasu i uwagi ile potrzebują aby zdobyć wiedzę po którą do mnie przyjechały. Od początku prowadzenia szkoleń przyświeca mi jedna zasada „Rób takie kursy w których sama chciałabyś uczestniczyć”.
     Czy trzeba być zaawansowanym w fotografii aby przyjechać na kurs do mnie??? Zupełnie nie! Formuła kameralnych zajęć pozwala przyjechać na kurs każdemu bez obawy, że będzie „odstawał” od grupy lub czegoś nie zrozumie a będzie obawiał się zapytać. Na moich zajęciach wyznajemy zasadę „nie ma głupich pytań- są tylko głupie odpowiedzi”. Więc jeśli właśnie kupiłaś sobie nowy aparat i nie do końca wiesz jak go obsługiwać i wykorzystać jego możliwości albo dopiero otworzyłaś bloga kulinarnego i nie wiesz jak się zabrać do zdjęć jedzenia -to te zajęcia są również dla Ciebie. Uczę tego czego potrzebujesz 🙂 Jeśli ma to być obsługa twojego aparatu- to tak będzie, jeśli mają to być podstawy obróbki zdjęć- nie ma sprawy, jeśli mają to być podstawy fotografii aby w końcu zrozumieć co to takiego ta przesłona, ekspozycja, balans bieli czy głębia ostrości- zapraszam serdecznie potrafię to wytłumaczyć nawet pięciolatkowi.
    A co jeśli jestem profesjonalnym fotografem, czy skorzystam na kursie u Ciebie??? Duża część moich kursantów to ludzie, którzy profesjonalnie zajmują się fotografią a chcieliby poszerzyć swoją ofertę o fotografię kulinarną. Z Wami najwięcej rozmawiamy o stylizacji potraw i o moim wielkim koniku- sztuce kompozycji w fotografii kulinarnej- to mój autorski wykład i program z którym jeżdżę po świecie. Nie spotkałam jeszcze fotografa dla którego nie byłby odkrywczy i nie zmieniał jego spojrzenia na fotografię. Więc zapraszam i Ciebie.

     Jak widzicie dziś zamiast swoimi zdjęciami chwalę się fotografiami moich kursantów zrobionymi podczas ostatnich paru zajęć. Zawsze odbywają się one w moim domowym studio pod Warszawą, gdzie do dyspozycji kursantów jest cała moja kolekcja propsów do stylizacji i tel fotograficznych. Niektórzy uwielbiają też fotografować w moim ogrodzie i korzystać z darów ogródka i małego sadu. Na terminy letnie zostało jeszcze parę miejsc- jeśli chcesz się zgłosić zapraszam do wypełnienia formularza na tej stronie tam również wszelkie informacje o różnych opcjach kursów oraz ich ceny. Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, ze uda nam się zobaczyć tego lata 🙂
ps. Jeśli macie jakiekolwiek pytania piszcie na greenmorning.pl@gmail.com lub przez formularz kontaktowy na blogu- z miłą chęcią odpowiem na nie wszystkie.



Pieczone szparagi i szparagowa sesja dla magazynu Moje Gotowanie

     Szparagi- mają swoich wielbicieli ale są i tacy dla których mogłyby nie istnieć. Wiecznie nierozstrzygnięty pozostaje spór, które lepsze- białe czy zielone? Dla mnie zdecydowanie tylko i wyłącznie te drugie.
Właśnie rozpoczyna się -wyczekiwany przez cały rok –  sezon na polskie zielone szparagi. Chwilo trwaj!!!  Będziemy je piekli, gotowali, grillowali i dusili. Ci co bardziej odważni będą je jedli na surowo a ci najodważniejsi będą z nimi eksperymentować i używać ich w niekonwencjonalny sposób jak np. w …LODACH. Jak smakują lody szparagowe?
     Żeby się o tym przekonać trzeba udać się do kiosku- gdzie można nabyć już majowy numer miesięcznika Moje Gotowanie a wraz z nim garść moich szparagowych przepisów, m.in. na lody.

    Wielbiciele szparagów nie powinni być nimi zawiedzeni- natomiast tym którzy chcą dopiero zacząć swoją szparagową przygodę- polecam inny- prosty i smakowity przepis.na pieczone szparagi w plastrach oscypka posypane tłuczonymi w moździerzu nasionami kolendry (mniam!). 

     Aby szparagi były smaczne musi zostać spełnionych parę warunków. Po pierwsze powinny być jak najświeższe, po drugie jak najmłodsze- czyli posiadać jak najmniej zdrewniałych końcówek (które oddzielamy przełamując  pojedynczego szparaga na dwie części- sam przełamie się w odpowiednim miejscu). Bardzo ważny jest też czas gotowania. Nie ma nic gorszego niż rozgotowane miękkie szparagi- wtedy stają się włókniste i po prostu okropne. Te warzywa żeby zachwycać smakiem muszą pozostać jędrne- wręcz chrupiące. Oznacza to, że poddajemy je obróbce cieplnej przez bardzo krótki czas. Naprawdę, lepiej szparagów nie dogotować niż miałyby być rozgotowane. 
       Polecam również jedzenie zielonych szparagów zupełnie na surowo. Są przepyszne- ja w takiej formie chyba lubię je najbardziej i często chrupię jak marchewkę. Mają lekko orzechowy smak. Kiedy chcę być bardziej wykwintna używając obieraczki do warzyw- robię „szparagowe wstążki”. Dodaję je do sałatek (patrz zdjęcie powyżej i magazyn Moje Gotowanie), kładę na kanapki lub finezyjnie nabijając na wykałaczki używam do koreczków serwowanych na majowych przyjęciach w moim ogrodzie. Bo czy jest coś cudowniejszego niż majowe przyjęcia w ogrodzie? (chyba tylko czerwcowe przyjęcia w ogrodzie 😉
Pozdrawiam Was serdecznie i szparagowo i bardzo ciekawa jestem Waszych pomysłów na szparagi. Co z nich przyrządzacie??