Dziś zupełnie na RÓŻOWO bo o 3 ulubionych przeze mnie różowych rzeczach. O chłodniku z dodatkiem soku z buraków, o czarnej soli (która robi się różowa dopiero kiedy się ją zmieli ) i o jaskrach azjatycki- moich ukochanych kwiatach- które już niebawem zaczną kwitnąć. Od czego zacząć? Może od chłodnika. Kiedy w sklepach pojawia się pierwsza botwinka a za oknem pierwsze gorące dni- na naszym stole pojawia się ten oto chłodnik. Jestem wielbicielką fermentowanych produktów mlecznych w każdej postaci. Połączenie ich wszystkich w jednej zupie jest dla mnie sytuacją idealna. Czy jest coś lepszego na upał niż szklanka zimnej maślanki lub jogurtu? Jeśli dodamy do niej świeżych warzyw i ziół oraz kremowe i pożywne awokado- okazuje się, że otrzymamy danie idealne. Nie tylko, żeby zaspokoić nasze pragnienie ale i nasz apetyt, który często przecież podczas upałów jest niewielki. Jeśli sama zupa nam nie wystarcza, podajmy ją z młodymi ziemniaczkami. Mogą być gotowane lub jeszcze lepiej pieczone w piekarniku na odrobinie oliwy z oliwek ze świeżymi ziołami (moja ulubiona mieszanka do ziemniaków to: rozmaryn, tymianek i oregano).
Lubię i cenię chłodniki nie tylko za ich zdolność obniżania temperatury ludzkiego ciała ale również za walory smakowe oraz kremową konsystencję. Dodatek awokado wydaje się tą jedwabistą konsystencję chłodnika jeszcze podkreślać. Z tego samego powodu nie kroję lecz ścieram na tarce warzywa dodawane do zupy- w takiej formie bardziej pasują mi do ulubionej konsystencji. Jestem z tych, którym słońce zabiera energię, kiedy jest gorąco, nic mi się nie chce, ograniczam moje czynności do minimum. Kiedy mogę zjeść wtedy coś co nie wymaga zbytniego ruszania żuchwą- jestem szczęśliwa. Jeśli jednak Wy należycie do tych którzy lubią chrupać , pokrójcie wasze rzodkiewki i ogórki w plasterki zamiast je ścierać.
Dodatek soku z buraków jest moim ukłonem w stronę wyglądu zupy. Sami powiedzcie- Czyż to nie piękny kolor? A jak przy tym jest zdrowo! W ogóle jakby zliczyć te wszystkie witaminy, mikroelementy i całą korzystną florę bakteryjną w produktach mlecznych to okazuje się, że to super zdrowa zupa. Na dodatek ma jeszcze jeden bardzo zdrowy składnik- czarną sól.
Czarna sól wywodzi się z kuchni indyjskiej gdzie nazywana jest Kala Namak (warto ją pod taką nazwą szukać w Internecie). Jest to bogata w mikroelementy sól kamienna pochodzenia wulkanicznego (stąd tak dużo w niej związków siarki odpowiedzialnych za różową barwę oraz za jej specyficzny „jajeczny” aromat). Można ją kupić w naturalnych sporych czarno szarych bryłkach lub w postaci zmielonej- wtedy jest to różowy proszek (polecam formę sproszkowaną, chyba, ze lubicie wielogodzinne tłuczenie soli w moździerzu). Kala namak mieści się w pierwszej dziesiątce najczęściej używanych przeze mnie przypraw. Jej specyficzny aromat idealnie komponuje się z nabiałem oraz bardzo dobrze sprawdza się jako „nuta jajeczna” w bezjajecznych majonezach i innych sosach. Do tego sól ta ma walory chłodzące organizm- super więc nadaje się do chłodników. Kala namak uwalnia swój aromat dopiero w solance czyli wtedy kiedy zmiesza się ją z jakimś płynem. Nie bądźcie więc rozczarowani, kiedy sól kupicie powąchacie i nic nie poczujecie. Wsypcie łyżeczkę soli do wody zamieszajcie i wtedy powąchajcie- mnie od tego zapachu od razu przychodzi wspomnienie uzdrowiska i wód solankowych typu Zuber. Chłodnik bez czarnej soli też będzie dobry- trzeba ją zastąpić solą zwykła- jednak mniejszą ilością. Sól czarna tak samo jak himalajska jest trochę mniej słona niż nasza zwykła sól spożywcza. Według mojego doświadczenia 1 łyżeczka czarnej soli= 3/4 łyżeczki soli zwykłej. Więcej o kala-namak możecie przeczytać tutaj. Zachęcam do nabycia małego opakowania mielonej czarnej soli, użyjecie jej ze mną jeszcze nie raz- obiecuję. A na koniec o moich ulubionych różowych kwiatach. Na świecie jest ponad 400 gatunków dziko rosnących jaskrów (w tym parę w Polskich Tatrach) jednak tylko jeden – jaskier azjatycki (rununculus asiaticus)- jest uprawiany w szklarniach na kwiaty cięte oraz doniczkowe. Naturalnie rośnie w Iraku, Turcji, Syrii oraz Afryce Północnej. Nie potrzebuje wysokich temperatur wiec całkiem dobrze radzi sobie również w naszych ogrodach. Wyrasta z bulw, które można kupić w dobrych sklepach ogrodniczych. W ogrodzie kwitnie od czerwca do sierpnia, w doniczkach na balkonie może dużo wcześniej. Jaskry występują w różnych kolorach: białych, żółtych, kremowych, czerwonych i najbardziej przez mnie ukochanych- różowych. Więcej o uprawie jaskrów możecie przeczytać tutaj. Sezon kwitnienia jaskrów zbiega się zawsze w moim ogrodzie z sezonem jedzenia chłodników. Różowe jaskry tak idealnie pasują kolorem do mojego chłodnika, że gdybym mogła oberwałabym im wszystkie płatki i podawała razem z zupą. Nie mogę jednak, jaskry akurat w przeciwieństwie do wielu kwiatów, są zupełnie niejadalne. Nie przeszkadzało mi to jednak aby je dla Was sfotografować i pokazać razem z chłodnikiem. Czyż nie pasują do siebie idealnie? Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam samych upalnych dni na nadchodzący długi majowy weekend. Takich w sam raz aby naszła Was ochota na wypróbowanie przepisu na ten pyszny chłodnik. Smacznego!
CHŁODNIK Z AWOKADO
(z miętą i sokiem z buraków-6 porcji)
1 duży pęczek botwinki (same buraczki i łodygi, bez liści) 1 szkl świeżo wyciśniętego soku z buraków + 1 łyżka soku z cytryny (lub barszczyk z kartonu np.takiego) 2 szkl kefiru lub maślanki 2 szkl jogurtu naturalnego 1 szkl kwaśnej śmietany 1 pęczek rzodkiewek po garści posiekanych: koperku, mięty, szczypiorku nieduży zielony ogórek 1 dojrzałe awokado 1,5 łyżeczki czarnej soli (kala namak- używam takiej)
1. Buraczki wraz z łodygami dokładnie myjesz, nie obierasz tylko dobrze szorujesz bulwy. Kroisz na drobne kawałki.
2. Zalewasz 3/4 szklanki wrzątku i gotujesz przez 2-3 minuty.
3. Odstawiasz do ostygnięcia.
4. Rzodkiewki ścierasz na drobnych oczkach tarki (możesz parę pokroić w plasterki do dekoracji).
5. Ogórka ścierasz na grubych oczkach tarki.
6. Wszystkie zioła drobniutko siekasz.
7. Nabiał mieszasz energicznie z ostygłą botwinką (wraz z wodą w której się gotowała).
8. Dodajesz sok z buraka wymieszany z sokiem z cytryny, cały czas energicznie mieszasz.
9. Dodajesz zioła, rzodkiewkę, ogórka, czarną lub jeśli nie masz zwykłą sól (wtedy tylko 1 łyżeczkę).
10. Na koniec obierasz i kroisz w kostkę awokado.
11. Delikatnie wrzucasz do chłodnika i mieszasz.
12. Chłodzisz w lodówce przez minimum godzinę.
13. Podajesz w upalne dni na obiad, np. z pieczonymi w piekarniku młodymi ziemniaczkami.
Liści z botwinki nie wyrzucaj tylko wykorzystaj jak liście sałaty (np. na kanapki lub do sałatki). Użyj tylko malutkich i delikatnych listków mięty, tych z czubków pędów. Jeśli lubisz kiedy coś w twoim chłodniku chrupie- nie ścieraj warzyw na tarce tylko pokrój na drobne kawałki.
Wybaczcie, że nie było mnie tutaj tak długo ale od 2 tygodni nie robię nic innego tylko fotografuję kulinarnie. Dostałam parę bardzo pilnych zleceń komercyjnych i usiłuję sprostać postawionym mi wyzwaniom. Klienci są bardzo sympatyczni, otwarci, pozostawiają mi wolna rękę, jedyne na co naciskają to TERMIN. Presja czasowa jest chyba nieodłącznym elementem tej branży bo wszyscy chcą zdjęcia „na już”. Z moim systemem fotografowania TYLKO przy dziennym świetle wymaga to dużej dyspozycyjności i elastyczności ale jest do zrobienia.
Zupełnie niepostrzeżenie, jakby trochę poza moimi decyzjami następuje proces „przemiany hobbysty w profesjonalistę”. Jeszcze nie wiem czy to korzystna przemiana, czy zmiany które za sobą niesie będą wartościowe, czy wniosą coś pozytywnego do mojego życia? Czy to już czas podejmować decyzję o związaniu się z zawodem „fotografa kulinarnego” na dobre? Czy na pewno tego chcę? Czy wtedy moja pasja nie stanie się rutyną, komercją i tylko sposobem zarabiania na życie? Do tej pory była przyjemnością, procesem twórczym, odskocznią od codzienności. Nie zakładałam, że rozwinie się tak szybko i w takim kierunku.
No bo jak w naszym pięknym kraju nad Wisłą wiązać swoje nadzieje z uprawianiem fotografii kulinarnej, kiedy jest się „ideową wegetarianką” i nie tylko nie je się mięsa ale także go nie kupuje, nie gotuje, nie stylizuje i nie… fotografuje. Wiem, wiem -mieszanie wartości moralnych z pracą zawodową jest takie staromodne i nieprofesjonalne. Cóż, ja więc taka staromodna właśnie jestem. Są w moim życiu rzeczy ważne i ważniejsze i kariera fotografa kulinarnego niestety nie należy do tak ważnych aby sprzedać za nią fundamentalne wartości którym hołduje od lat.
Okazuje się jednak, że są klienci którym ta „staromodność” nie przeszkadza a wręcz przeciwnie jest dla nich „wartością dodaną”. Zdarzyło mi się już parę razy przeczytać w odpowiedzi na mój list (w którym odnosząc się do propozycji współpracy zawsze zaznaczam, że nie fotografuję mięsa i takich zleceń nie przyjmuję), że: – „nam to nie przeszkadza, właśnie dlatego Panią wybraliśmy do tego projektu” lub- „sam jestem wegetarianinem od 20 lat i wiem, że aby dobrze zaprezentować nasze produkty, nie trzeba fotografować na nich mięsa” lub- ” rozumiemy i szanujemy Pani postawę ale tak się składa, że ten projekt ma być wegetariański więc nie będzie żadnych problemów”. Jest też wielu innych, którzy nie rozumieją „gdzie mam problem” i dlaczego ” taka intratna propozycja mnie nie zachwyca” i „jak mogę nie wykorzystać takiej życiowej szansy”. Nauczyłam się „nie żałować”, „nie roztrząsać” i nie przejmować, że mnie coś w życiu ominie. Jestem jaka jestem- moja wrażliwość, kreatywność, poczucie estetyki, postrzeganie świata czy wartości moralne łączą się w jeden pakiet, są od siebie zależne i nie istniałyby jedne bez drugich. Szanuje je i pielęgnuje bo w ostatecznym rozrachunku to najwartościowsze co mam- i wybaczcie -nie przehandluje tego za kontrakt z marką X czy Y.
Jednym z klientów, któremu mój wegetarianizm nie przeszkadza jest kanadyjska agencja reklamowa. Przygotowują (na zlecenia swojego klienta) magazyn kulinarny z wege-przepisami i zatrudnili mnie do wykonania zdjęć. Dostałam linki do przepisów klienta na jego portalu internetowym i zupełnie wolna rękę aby sfotografować dania w lepszy sposób niż są prezentowane na portalu. Cóż… kiedy zobaczyłam jaki poziom zdjęciowy reprezentuje kanadyjski portal stwierdziłam, że zadanie nie jest zbyt trudne. Sami możecie zobaczyć- jeśli klikniecie we wskazane miejsce obok każdego zdjęcia- przeniesiecie się na kanadyjska stronę z oryginalnym przepisem na danie i zdjęciem (UPDATE z dnia 9.września 2014 – ponieważ strona kanadyjska podmieniła stare zdjęcia na te nowe zrobione przeze mnie- teraz linki kierują tylko do zrobionych przeze mnie printscreen-ów ze strony kanadyjskiej).
Po raz pierwszy fotografowałam w takim systemie (oglądając danie sfotografowane wcześniej przez kogoś innego). Trudno było się zdjęciem inspirować, raczej dawało ono pogląd jak potrawa powinna wyglądać. Po skończonej pracy, kiedy przesyłałam jej rezultaty do Kanady parując zdjęcia z poszczególnymi linkami stwierdziłam, że byłby z tego świetny poglądowy materiał do lekcji o stylizacji w fotografii kulinarnej. (Niestety będzie się on opierał na krytyce zdjęć kanadyjskich- za co bardzo przepraszam ich autora jeśli kiedykolwiek to przeczyta.)
Stylizacja jedzenia jest jedną ze składowych dobrego kulinarnego zdjęcia, jednak warto pamiętać, że NIE jedyną i moim zdaniem NIE najważniejszą. Do najważniejszych zaliczyłabym ŚWIATŁO I KOMPOZYCJĘ. Ci ,którzy uczestniczyli w moich kursach fotografii kulinarnej wiedzą jak obszerna (i pomocna) wiedza o tych 2 czynnikach być potrafi i jak długo można o tym rozmawiać. (Pozdrawiam wszystkich moich kursantów!).
Dziś jednak omijam pozostałe tematy, skupiam się tylko na TYM jednym. Stylizacja to bardzo szerokie i modne ostatnio pojęcie. Na użytek dzisiejszego postu przyjmijmy, że stylizacja w fotografii kulinarnej to sposób w jaki zaprezentujemy daną potrawę na zdjęciu, czyli: jak wyglądać będzie sama potrawa, na czym ją podamy, jakich elementów, kształtów i kolorów użyjemy do dekoracji.
Z każdego pokazanego dziś zdjęcia wybiorę jeden element stylizacji, który pomógł potrawie wyglądać i zaprezentować się lepiej. Bądźcie świadomi, że tych elementów jest więcej i dopiero one wszystkie razem składają się na to jak postrzegamy zdjęcie. Czy odbieramy je jako piękne, ciekawe i apetyczne czy wręcz odwrotnie. Przekazanie całej mojej wiedzy i doświadczenia w jednym poście jest niemożliwe, dlatego będą to jedynie malutkie jej urywki. Pamiętajcie również, że nie mam monopolu na wiedzę i głoszone przeze mnie poglądy na temat stylizacji nie są „prawdą absolutną”. Styl jest sprawą indywidualną zależy od poczucia estetyki, które każdy z nas, dzięki Bogu, ma inne. Gdyby wszystkim nam podobało się to samo świat byłby bardzo nudny.
Koktajl jagodowy.
Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:
Intensywny i „czysty” kolor tła powoduje, że wszytko inne zaprezentowane na nim wydaje się szaro-bure a więc nieatrakcyjne. Na dodatek kolory cieplejsze są mocniejsze w kompozycji niż zimne (róż to cieplejsza odmiana fioletu) a więc będą najbardziej przyciągać uwagę odbiorcy. Ostateczny efekt jest taki, ze mamy „zdjęcie z różowym tłem w roli głównej” na którym ustawiono 3 przypadkowe elementy. Z 3 elementów koktajl ma najgorszy kolor.
Moja próba naprawy tego:
Zawsze zaczynam sesję od próby zrozumienia fotografowanego obiektu oraz analizy CO wizualnie definiuje w naszej wyobraźni daną potrawę oraz czy jest to atrakcyjne dla oka. Koktajle nie mają za dużo do zaoferowania w tej materii. Nie mają kształtu, formy, wyraźnej struktury, kontrastu, ornamentu czy choćby szczypty finezji. Jedyne co mają ciekawego to KOLOR ( zupełnie popsuty na kanadyjskim zdjęciu). Fiolet to ciekawy i apetyczny oraz miły dla oka kolor. Dlatego uznaję go za atut potrawy, który należy podkreślić. Będę stylizację budować od tej chwili tak aby fiolet wydobyć i podkreślić na zdjęciu. Bardzo pomaga mi w tym wiedza o kolorach w kompozycji (poczytajcie o kole kolorystycznym, barwach podstawowych i pochodnych oraz ich wzajemnych relacjach). Aby fiolet był najbardziej przyciągającym wzrok kolorem na zdjęciu muszę dodać do niego same zimniejsze od niego kolory (zauważcie, że ultramaryna choć intensywniejsza niż fiolet tylko pięknie go podkreśla- właśnie dlatego, że to zimniejszy kolor, jest jeszcze niebieski i zielony w niezapominajkach oraz biel tła- wszystkie zimne i dobrze się komponujące). Ponieważ to zdjęcie o kolorach, stosuję się do starej zasady każdego stylisty mody, który zawsze powie, że „jeśli chcesz być ubrany elegancko powinieneś mieć na sobie nie mniej niż 2 i nie więcej niż 3 kolory, a trzeci kolor powinien być tylko lekko zaznaczony np. krawatem”. Moim krawatem jest zielony a podstawowymi kolorami fiolet i niebieski. Biały zupełnie się nie liczy jako kolor w tej układance jest tylko ważny jako tło (to samo zdjęcie na ciemnym tle nie wyglądałoby już tak dobrze- tłumaczenie „dlaczego” jest niestety za długie na potrzeby tego tekstu).
Lekcja: Jeśli atutem twojej potrawy jest kolor, pilnuj aby był on najbardziej widoczny na zdjęciu oraz dobrze komponował się z pozostałymi barwami.
Sałatka z grejpfrutem.
Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:
Sałatka nazywa się „Mieszanka sałat z grejpfrutem” a pierwsze co widzimy na zdjęciu to parmezan. Wszystko jest niedbale rzucone na talerz, który znowu został ustawiony na agresywnym tle. Zdjęcie kadrowane jest w taki sposób, że nie widzimy kształtu kwadratowego talerza, tylko dziwną biała figurę geometryczną z czterema kontrastowymi czerwonymi trójkątami w każdym rogu. Potrawa wygląda płasko i nieatrakcyjnie.
Moja próba naprawy tego:
Mieszanka sałat + grejpfrut + rzodkiewka= kwintesencja świeżości- moje wyzwanie- pokazać to na zdjęciu. Sałata, ponieważ jest jej w daniu dużo i to jeszcze różnorodnej obroni się sama, trudniej z tego”bałaganu sałat” wydobyć i pokazać kawałki grejpfruta i to tak, żeby były jasno definiowalne i czytelne dla oka. Dobrym pomysłem byłoby dodanie do sałatki całych plastrów owocu- w taki sposób umysł widza jasno zobaczyłby i odczytał charakterystyczny kształt cytrusa. Jednak grejpfruty są dużymi owocami i ich plasterki byłyby po prostu nieproporcjonalne w tej sałatce. Wpadłam więc na inny pomysł- użyłam połówki wydrążonego owocu jako miseczki na sałatkę. Co zyskałam? Jasny przekaz- „to jest sałatka z grejpfrutem” + 2 bonusu: 1. oryginalna i nietypowa stylizacja, 2. piękny soczysty kolor. Fotografując danie bardzo uważałam z jakiego kąta to robię. Musiał być taki aby zarówno sama sałatka jak i skórka owocu oraz jego kształt były dobrze widoczne. Gdybym ustawiła aparat niżej, byłoby widać więcej grejpfrutowej miseczki niż sałatki i ona dominowałaby na zdjęciu, aparat ustawiony wyżej spowodowałby, ze widziałabym za mało miseczki i tylko górna jej część tą mniej atrakcyjną z postrzępionym wnętrzem od wykrajania cząstek owocu. Dlatego wybrałam balans pomiędzy jednym i drugim, starając się aby sałatka zajmowała w kadrze trochę więcej miejsca niż miseczka- dzięki temu to ona pozostaje głównym bohaterem zdjęcia. Wybrany kąt fotografowania spowodował również że potrawa nie wygląda już płasko ( pomogło także ułożenie sałatki w taki sposób aby znaczna jej część wystawała poza obrys miseczki). Używanie produktów z których wykonane jest danie do jego stylizacji wydaje się tak oczywiste, że aż banalne. Jednak można to zrobić w niebanalny sposób. Bądź kreatywny- użyj nieoczywistych elementów do stylizacji np. skórek, pestek, ogonków, okruszków, liści. Zaskocz widza wykorzystując je nie tylko do celów estetycznych ale i praktycznych (jak przedstawiona na zdjęciu miseczka z grejpfruta).
Lekcja: Jasno pokaż odbiorcy z czego składa się fotografowane danie. Zadbaj o to aby produkt który jest kluczowy dla charakteru dania był podkreślony w kompozycji. Wykorzystanie i pokazanie w kadrze innych elementów produktu (niekoniecznie użytych w samym daniu) może okazać się pomocne.
Gruszki w kompocie-wielkie wyzwanie.
Zdjęcie kanadyjskie-co w nim złego:
Gruszkom brakuje formy i kształtu poprzez które moglibyśmy je zdefiniować. Równie dobrze mogą to być ziemniaki lub co innego bezkształtnego w misce, jedyne co widzimy wyraźnie to kontrastowa gwiazdka anyżu- a ona nie jest przecież tu najważniejsza. Na dodatek mamy dużo niepotrzebnych kolorów i kształtów wniesionych talerzami na których ułożono gruszki.
Moja próba naprawy tego:
Choć przepis mówi aby gruszki obrać i wypestkować- postanawiam sfotografować je w trochę innej formie. Jest to dla mnie ostateczność (cały spór o idealne odwzorowanie potrawy na zdjęciu odkładam na razie na bok) bo wiem, że obrane wypestkowane i ugotowane gruszki nie mają w sobie ABSOLUTNIE NIC fotogenicznego, co gorsza, nie da się z nimi za dużo więcej zrobić, szczególnie z ich kształtem a w tym upatruję jedynego ratunku. Używam najmniejszych gruszek jakie udało mi się znaleźć na całym targu i eksperymentuje z krojeniem ich na różne sposoby. Wybieram przekrojenie gruszki na pół , tak aby widać było, jej pestki i ogonek. Co zyskałam? Bardzo dużo jak na to danie: 1. atrakcyjny dla oka i kojarzący się z gruszką kształt , 2. finezyjne detale pestek i żyłek wewnątrz gruszki. Skoro to jedyny atut dania który znalazłam bronię go jak lwica i pilnuję, żeby żaden inny element kompozycji go nie przyćmił i nie zdominował. Z rozwaga dobieram elementy stylizacji: przezroczysty słoik, drobny finezyjny wzór kaligrafii, prawie bezbarwny sznurek, delikatna gałązka z drobnymi listkami- wszystko to równoważne lub słabsze kompozycyjnie jednak pomocne bo podkreślające tą małą finezję, którą z gruszek udało mi się wydobyć. Najchętniej pozostawiłabym zdjęcie monochromatyczne, wtedy kształty i detale zaczynają być dla odbiorcy jeszcze bardziej dostrzegalne. Decyduję się jednak na odrobinę zieleni. Dlaczego? Wiem, że zdjęcie jest jednym z wielu wykonanych przeze mnie do tej publikacji. Niestety kolorystycznie bardzo odbiega od pozostałych, które są kolorowe i świeże. To jest magazyn, który ukaże się w maju, na zdjęciach ma być widać i czuć wiosnę. Stąd mój mały kompromis z zieloną gałązką. (Co kompot z gruszek robi w majowym wydaniu magazynu kulinarnego???- nie mam zielonego pojęcia- mnie nie pytajcie- ja tu tylko robię zdjęcia.)
Lekcja: Bezkształtne danie wygląda nieapetycznie. Jeżeli tylko możesz nadaj wyraźny i jasno definiowalny kształt swojemu jedzeniu.
Sałatka ryżowa z soczewicą.
Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:
Właściwie to jedno z lepszych zdjęć które mi przysłano. Niepretensjonalne i dobrze oświetlone. Prosty talerz (pokazany cały, więc jego kształt jest atutem), sałatka ułożona na nim dość schludnie. Ponieważ danie składa się z drobnych elementów mam ochotę zobaczyć co to dokładnie jest. Jednak im bardziej powiększam zdjęcie tym mniej mi się podoba bo na „poziomie macro” nie dostrzegam niczego ciekawego.(Pomijam nietrafione czerwone rażące tło bo na ten temat wypowiadałam się wyżej.)
Moja próba naprawy tego:
Nie uważam siebie za kogoś szczególnego,zakładam więc, że moje reakcje będą podobne do ogółu i inni tak jak ja zechcą spojrzeć na sałatkę z bliska. Dlatego od początku zwracam wielką uwagę na to aby widoczne na zdjęciu faktury, struktury i wzory były atrakcyjne- one są najważniejsze kiedy przechodzimy do mniejszej skali. Przy takiej fotografii potrawa musi składać się z małych elementów a każdy z nich musi być czytelny i przyjemny dla oka. Każde ziarenko ryżu, musi być jedno w jedno niepołamane i „nierozciapciane”, to samo z soczewicą- ziarenka okrągłe, jednakowe, nierozgotowane, każdy kawałek szczypiorku przycięty równo (zauważcie, że to przycięcie jest rozmiaru ziarenek ryżu- to nie przypadek- wtedy te elementy łapią rytm- rytm w kompozycji to temat rzeka- moi kursanci coś o tym wiedzą, potrafię mówić o nim godzinami, dziś sobie muszę odpuścić bo jest już po północy- zapytajcie wujka google- na pewno wam pomoże). Każda szczypta curry, każdy okruszek pieprzu, widoczne i ładne. W praktyce oznacza to, że każdy z tych elementów został dodany do miseczki osobno i nigdy nie zostały one razem wymieszane. 2 ruchy łyżką i byłoby „po ptakach”, nie można by tego fotografować już z bliska. Dlatego, niestety, czasami potrawę do fotografii, trzeba potraktować szczególnie. Ja w takim przypadku odkładam część składników podczas gotowania i łączę je już bezpośrednio na talerzu, na którym będą fotografowane. Być bliżej jedzenia w normalnej stylizacji najczęściej znaczy, że nasz kadr obejmuje tylko część dużego talerza. Ja jednak nie lubię takich zdjęć, nie chcę tracić atutu stylizacyjnego którym może być dobrze dobrane naczynie, jego kształt, ornament, kolor (patrz talerzyk z niebieskim wzorkiem), chcę na zdjęciu oprócz jedzenia pokazać inne ciekawe faktury (np. lnianej serwetki) czy wzory (np. na papierze beżowego tła ). Co więc robię? – Wybieram jak najmniejsze naczynie. Moje zbiory gadżetów stylizacyjnych pełne są malutkich talerzyków, miseczek, dzbanuszków i sztućców. Najchętniej kupowałabym swoją zastawę do fotografii w sklepie dla lalek. Ma to wiele zalet: 1. potrzebuje mało jedzenia do fotografii, 2. mój talerz zawsze jest pełny, 3. Nie potrzebuje dużo miejsca, żeby ustawić scenę, 4. moje tła fotograficzne mogą być niewielkie 5. nie potrzebuje dużo miejsca aby wszystkie te gadżety przechowywać 5. mogę fotografować jedzenie z bliska a cały czas mieć na zdjęciu piękne kompozycje.
Lekcja: Małe jest piękne. Używaj niewielkich naczyń- wtedy możesz pokazać potrawę z bliska. Zwrócisz uwagę widza na tekstury, faktury i małe finezyjne detale. Jeśli zadbasz aby były ciekawe i piękne- twoje zdjęcie pobudzi zmysły odbiorcy. Być tak blisko jedzenia i nie chcieć go spróbować to grzech!
Spagetti Puttanesca.
Zdjęcie kanadyjskie-co w nim (wg. mnie) złego:
Zdjęcie przedstawia jeden wielki bałagan. Od takiej ilości pokręconych w różne kierunki i bez żadnego ładu linii może zakręcić się w głowie. Ludzki mózg potrzebuje linii do definiowania obrazu który widzi (np. linii horyzontu, żeby określić czy stoi prosto) dlatego jeśli tylko oczy wyłapią jakąś linie na obrazie natychmiast za nią podążają. Oglądając kanadyjskie zdjęcie jak nic dostają „rozbieżnego zeza od pierwszego wejrzenia” i mózg natychmiast wysyła sygnał „obraz nieatrakcyjny- przestań oglądać”. Na dodatek kadrując zdjęcie tak ciasno zabrano odbiorcy okrągły kształt talerza, którego linia mogłaby uspokoić trochę kompozycje. Element sosu choć mocniejszy kolorystycznie nie jest w stanie skupić na sobie wzroku odbiorcy.
Moja próba naprawy tego:
Każdy fotograf kulinarny wcześniej czy później stanie przed wyzwaniem sfotografowania spaghetti. Moje doświadczenie doprowadziło mnie do następujących wniosków: 1. fotografuj małą porcję makaronu, 2. postaraj się uporządkować linie -skręcając makaron tak długo aż znaczna część linii będzie podążać w podobnym kierunku(możesz polać makaron oliwą przed skręcaniem), 3. Nie mieszaj spaghetti z sosem, tylko ułóż sos na wierzchu skręconego makaronu, 4. zadbaj o to aby w kadrze znalazły się inne elementy z ciekawym finezyjnym wzorem. W moim przypadku jest to łyżeczka, zioła i wzorek na rancie talerza. Linie gałązek ziół podążają w tym samym kierunku co linie spaghetti ten zabieg dodatkowo porządkuje wizualny odbiór. Wzorek na talerzu jest wytłoczony podobną do spagetti linią a ornamentem bardzo przypomina gałązki ziół. Dzięki temu wszystkie 3 elementy ” łapią rytm kompozycyjny” i ich atuty oddziałują wzajemnie na siebie, zwiększając i rozszerzając swój zasięg.
Lekcja: Bałagan jest nieatrakcyjny dla oka. Każda widoczna na dobrym zdjęciu ” niby nonszalancja” jest z reguły mocno przemyślana i wyreżyserowana. Linia to jeden z najmocniejszych elementów w kompozycji- uważnie śledź gdzie zaprowadzi twojego widza- jeśli to droga donikąd- masz problem.
To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, ze ta odrobina wiedzy okaże się dla Was użyteczna i pomocna. Jeśli macie jakieś pytania lub czegoś nie rozumiecie napiszcie w komentarzu- postaram się odpowiedzieć. Jeszcze lepiej, pofatygujcie się kiedyś do mnie na kurs– tam dużo więcej wiedzy połączonej od razu z praktyką. Pozdrawiam serdecznie fanów fotografii kulinarnej, a tym z moich czytelników, którzy nimi nie są, obiecuję, że następnym razem będzie też coś dla ciała- czyli przepis na coś pysznego.
Roti to indyjska nazwa pszennego pieczywa w formie płaskiego placka (podobnego to tortilli). Roti je się w Nepalu,Pakistanie i całych północnych Indiach. W Indiach południowych najbardziej popularnym zbożem jest ryż i z niego (wraz z fasolą urad) produkuje się słynne regionalne placki DOSA- ale o nich innym razem bo w niczym nie przypominają roti.
Czapati to odmiana roti wyrabiana z pełnoziarnistej mąki nazywanej w Indiach ATTA. Od paru dobrych lat usiłuję zrozumieć czym tak naprawdę jest ATTA. To na pewno mąka pszenna- jednak czy do końca pełnoziarnista?- tutaj zdania są już podzielone.
Ziarno pszenicy składa się z 3 części: a) zarodka- malutkiej części która jest zalążkiem przyszłej rośliny i z niej powstaje kiełek,b) bielma- głównej części ziarna, jest ona magazynem węglowodanów, skrobi i cukrów- czyli pożywienia zgromadzonym przez roślinę dla zarodka, c) łuski- czyli twardej otoczki pełniącej funkcję ochronną (jak skórka na jabłku). I tak wg. niektórych Atta to mąka do produkcji której użyto tylko bielma i zarodków, ale wg innych to mąką jednak pełnoziarnista- czyli zawierająca wszystkie 3 części ziaren, wyrabiana tylko ze specjalnej odmiany niskoglutenowej i miękkiej pszenicy. Jeszcze inne źródła podają, ze atta to mieszanka mąki białej i pełnoziarnistej w proporcji 1:1.
Jakkolwiek różny (pewnie w zależności od producenta) nie byłby skład atty zawsze jest to mąka niewiarygodnie drobniutko zmielona. W dotyku i strukturze nie przypomina znanych w Europie i grubo mielonych mąk razowych typu 1800 czy 2000. Jest gładziutka i przyjemna w dotyku, tworzy plastyczne i miękkie ciasto. Najbliższym produktem dostępnym na polskim rynku podobnym do atty jest „Mąka Pełne Ziarno” Lubelli.
Można attę zastąpić też mąką razową pszenną tylko trzeba ją przesiać przez bardzo drobniutkie sitko. Tak drobne aby co najmniej 1/4- 1/3 mąki w formie najgrubszej kaszy i otrąb na nim pozostała.Otręby i kasze można wykorzystać w innych daniach- ja np. używam ich do wysypywania dna blaszek do pieczenia chleba i ciast lub dodaje do kruszonki, którą posypuje ciasto drożdżowe. Przesianą mąkę należy wymieszać z białą w proporcji 2:1 lub jeśli wolimy mniej zdrowiej a smaczniej 1:1. Znam jednak takich którzy robią czapati z samej pełnoziarnistej mąki graham- nie smakują (ani nie rosną) tak jak te indyjskie ale też są smaczne.
Im świeższa mąka- tym lepsze czapati- tak twierdziły wszystkie hinduski od których uczyłam się robić te placki i one najczęściej mieliły mąką same w domu (niektóre nawet na żarnach!). Jeśli macie taką możliwość- spróbujcie. Jeśli nie- nie martwcie się- ja robię czapati ze sklepowej mąki i dalej są bardzo dobre.
Roti to jedno z tych dań, które można zaliczyć do grona „proste i wzniosłe”. Używa się do nich tylko mąki, wody i odrobiny soli. (W niektórych regionach dodaje się jeszcze 1-2 łyżki oleju do ciasta). Z tych składników szybko zagniata się miękkie i elastyczne ciasto, wałkuje się z niego cieniutkie placki, które potem opieka się na specjalnej patelni tava . Tam gdzie piecze się czapati na typowym indyjskim piecu patrz tutaj na koniec placki umieszcza się jeszcze na parę sekund nad żywym ogniem by spuchły jak baloniki (takie puchnące roti nazywane są często PHULKA).
Ponieważ czapati w Indiach to chleb powszedni (jedzony do wszystkich posiłków, nie tylko w domu) do jego produkcji wynaleziono specjalne maszyny. Był taki czas w moim życiu, kiedy za taką maszynę oddałabym wszystko co mam. A tutaj zobaczycie typowy obraz z ulicy Delhi- lokalny sprzedawca, który nie potrzebuje żadnej maszyny, żeby w piecu tandoori upiec 50 roti na raz. Trzeba go oglądać w zwolnionym tempie, żeby pojąć co dokładnie robi, wygląda bardziej jak iluzjonista a nie piekarz 🙂
Ja niestety nie potrafię tak czarować – do formowanie placków używam klasycznego europejskiego wałka (przez wszystkie te lata nie byłam w stanie się nawet przekonać do cieniutkiego indyjskiego). Wałkuję placki na blacie podsypanym mąką i zamiast na tavie piekę na zwykłej suchej patelni (moja tava przywieziona z Indii zaginęła ku mojej wielkiej rozpaczy podczas jednej z naszych przeprowadzek). Potem używając metalowych szczypiec przekładam placki bezpośrednio nad ogień palnika gazowego, gdzie jeśli mam szczęście i wszystko zrobiłam dobrze puchną jak baloniki.
Radha- jedna z bardzo starych i pobożnych hindusek od której uczyłam się w Jaypur robić czapati- twierdziła, że za każdym razem kiedy twój czapat puchnie idealnie jak okrągły balonik znaczy to, ze Bóg się do Ciebie uśmiecha. Do Radhy Bóg uśmiechał się co rano, nieskończoną ilość razy bo jej czapati jeden w jeden były doskonałe jakby robiła je maszyna…. Cóż… 50-letnie, codzienne doświadczenie przy indyjskim piecu robi swoje.
Moje czapati nie są tak idealne jak Radhy ale przez długie lata ich wypiekania w zachodnich kuchniach opracowałam „system zastępczy” który sprawdza się idealnie. Pieczenie czapati jest dość proste a z każdym kolejnym plackiem nabiera się wprawy. Jak we wszystkim- tak i tutaj- praktyka czyni mistrza. Koniecznie spróbujcie upiec czapati- będą smaczną i zdrową alternatywa dla chleba. Nie znam dziecka, które nie lubiłoby czapati. Większość kolegów mojego syna twierdzi, że są lepsze od naleśników. (A to w ustach dziecka wielki komplement.) Zapach pieczonych czapati jest jedną z nielicznych rzeczy, która dobrowolnie odciąga mojego 10-letniego syna od komputera. Najczęściej zjada je posmarowane śmietankowym słonym serkiem i posypane uprażonymi pestkami słonecznika w towarzystwie jakiejś sałatki. Czapati to nasze tradycyjne sobotnie śniadanie. W sezonie używamy ich jako „wrapów” i zawijamy w nie świeżo zerwane z ogrodu warzywa, zioła i sałaty (tutaj zdjęcia mojej fińskiej przyjaciółki z przygotowania takiego śniadania w naszej kuchni). W zimie uwielbiamy jeść czapati razem z kitri na główny posiłek dnia. Zawsze robię ich więcej aby potem móc je jeszcze odgrzać i podawać z ulubionymi dodatkami na słodko lub słono. Odgrzewane czapati idealnie nadają się też jako blaty do „szybkiej pizzy”.
Tym, którzy odważą się i spróbują (a warto!), życzę powodzenia i smacznego… i jeszcze… żeby się do Was Bóg często uśmiechał podczas pieczenia czapati. I mam jeszcze jedną drobną radę – kiedy się to zdarzy- TEŻ SIĘ DO NIEGO UŚMIECHNIJCIE 🙂 🙂 🙂 Od razu zrobi się Wam cieplej w sercu.
na ciasto: 1,5 szkl mąki do wyboru: indyjska mąka atta, mąka „Pełne Ziarno” Lubelli, lub mąka pszenna razowa + biała* 1 łyżeczka soli 1 szkl ciepłej wody do podsypywania podczas wałkowania placków: około 1 szkl mąki(może być jak wyżej lub biała) do posmarowania placków: 1/5 kostki masła lub parę łyżek oliwy z oliwek potrzebny sprzęt: kuchenka gazowa (lub płyta kuchni węglowej) metalowe szczypce patelnia wałek talerz i pasująca do niego przykrywka
* mąkę Lubelli najlepiej przesiać przez drobniutkie sitko aby odsiać z niej grubiej zmielone zboże, to samo koniecznie zrobić z mąką pszenną razową i dopiero wtedy zmieszać ją z białą w proporcji 2 części przesianej razowej, jedna część białej
1. W małej misce wymieszaj łyżką 1 szklankę mąki z łyżeczką soli i 1 szklanką ciepłej wody. Powinieneś otrzymać dość luźne i klejące ciasto.
2. Pozostałe pół szklanki mąki wysyp na stolnicę w jednym miejscu i uklep lekko. Na tak przygotowany „mączny dywanik” wyłóż łyżką mieszankę z miseczki. Obtocz miękkie ciasto mąką z każdej strony i zagniataj delikatnie tak długo aż ciasto przestanie kleić się do rąk. Każda mąka jest inna i „zabiera” mniej lub więcej wody dając rzadsze lub gęstsze ciasto. Może się okazać, że potrzebujesz dosypać więcej mąki lub nie wgnieciesz w ciasto całej maki ze stolnicy. Taka 2 etapowa metoda zagniatania ciasta na czapati moim zdaniem jest najlepsza. Dzięki niej otrzymamy najbardziej możliwie miękkie a zarazem nie klejące się do rąk ciasto. (Jeśli masz problem ze zrozumieniem opisu tej metody- po prostu w dużej misce połącz wszystkie składniki od razu i zagnieć z nich ciasto- też będzie OK.)
3. Pozostaw ciasto pod przykryciem, na blacie przez 15 minut.
4. Podziel ciasto na 12 równych części, z każdej części ulep kulkę. Ciasto będzie kleiło się do rąk używaj więc przy tym mąki. Trzymaj kulki pod przykryciem, żeby nie wysychały.
5. Posyp stolnicę oraz wałek obficie mąką.Wyjmuj kulki pojedynczo i wałkuj na dość cienkie placki,mniej więcej o średnicy 15-17cm.
6. Włącz swój największy palnik na kuchence gazowej, na największą moc i postaw na nim suchą patelnię. Rozgrzej mocno patelnię (tak, żeby zrzucona na nią kropla wody, skwierczała i natychmiast parowała).
7. Otrzep placek z nadmiaru mąki i przełóż na patelnię. Piecz przez 10-15 sekund na jednej stronie, potem odwróć (na opiekanej stronie placka powinny pojawić się białe pęcherzyki, nie powinno być brązowych plam) i piecz przez następne 8-10 sekund na drugiej stronie.
8. Zdejmij patelnię z ognia i chwytając placek metalowymi szczypcami przełóż bezpośrednio na kratkę kuchenki tuż nad palnik. Najpierw tą strona która pierwsza piekła się na patelni i opiekaj przez 5-7 sekund, potem drugą. Placek nad ogniem powinien opiec się a nawet może się w niektórych miejscach lekko przypalić oraz…spuchnąć. Czasami puchnie cały placek i wygląda jak balon (tak jak na ostatnich zdjęciach), czasami pęcherze pojawiają się tylko w paru miejscach- to też jest ok. I tak zaraz po upieczeniu spłaszczamy każdy placek.
9. Przełóż placek na talerz, jeszcze gorący spłaszcz i posmaruj po całej powierzchni odrobiną masła. Podawaj natychmiast lub… możesz też zrobić całą partię czapatów i układać jeden na drugim pod przykryciem, każdy smarując masłem. Takie odstane przez parę minut czapaty są moim zdaniem jeszcze lepsze, bo miękną pod wpływem temperatury i lekko chłoną tłuszcz którym są smarowane.Nie kruszą się i idealnie się rwą lub rolują w zależności od potrzeby.
Staraj się dokładnie otrzepywać placki tak aby jak najmniej mąki z rolowania placków dostawało się na patelnię i palnik podczas pieczenia. Mąka ta będzie się bardzo szybko palić i w krótkim czasie będziesz miał w kuchni dużo dymu. Dlatego warto co jakiś czas przetrzeć patelnię suchą ściereczką oraz wyłączyć na chwilę palnik i strzepać z niego mąkę.
Nieupieczone ciasto na czapati możesz trzymać na blacie do paru godzin a placki rolować i smażyć w razie potrzeby. Upieczone czapaty można odgrzewać trzymając przez chwilę pod przykryciem na rozgrzanej patelni.
Mam 20 lat i właśnie wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie. Jakie mam do tego podstawy?
Wg. mnie WIELKIE. Przez ostatnie parę miesięcy podróżowałam z moim Guru i uczyłam się gotować od najlepszych wegetariańskich kucharzy z wielu krajów. Odwiedziłam Paryż, Londyn, Berlin, uczyłam się od niesamowitych Hindusek i przez 2 miesiące asystowałam jednej z najlepszych kucharek w całym krysznaickim świecie. Vrindavaneśvari (tak miała na imię) pochodziła z Nowej Zelandii i potrafiła w kuchni wyczarować absolutnie wszystko. Ja ,młoda Polka wychowana w przaśnym PRL z dala od całego bogactwa smaków dostępnych na zachodzie, codziennie w kuchni dostępowałam objawienia graniczącego z ekstazą. Odkrywałam produkty, potrawy, smaki oraz ich połączenia o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia. Moje oczy otwierały się coraz szerzej a kubki smakowe doświadczały coraz to nowych doznań. Moja kulinarna wyobraźnia rozwijała skrzydła a ja przekonanie, że odtąd świat ludzi dla których zacznę gotować nigdy nie będzie taki sam.
I tak, uzbrojona w nowe doświadczenia, wiedzę, wielki entuzjazm oraz grubaśny zeszyt pełen przepisów na kulinarne dzieła sztuki- czekam tylko na okazję. Właśnie się nadarzyła. Mój Guru jedzie na dłużej do Indii, grupa artystyczna, która z nim podróżuje ma w związku z tym półroczną przerwę. Postanawiam przeczekać ją w jednym z naszych aśramów przy krysznaickiej świątyni w Polsce. Właśnie zwolnił się tam etat kucharza. A ja przecież … mam 2o lat i wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie! Czyż to nie idealny zbieg okoliczności!?
Nie przeszkadza mi nic: a). że to miejsce w którym mieszka tylko parę kobiet za to cała rzesza mężczyzn-mnichów, b). że kwatery kobiet znajduję się nie przy budynku świątyni w centrum miasta tylko 2 przystanki tramwajowe dalej w malutkim mansardowym mieszkaniu, c). że gotować będę codziennie poranny posiłek dla 40 osób tylko z jednym pomocnikiem, d).że, żeby to robić będę musiała wstać w środku nocy, e). że to nie Londyn czy Paryż, czy choćby Berlin tylko Wrocław i to na początku lat 90. Wszystko to jest nieważne, nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że JA wam pokażę czego się nauczyłam! Szykujcie się! Gwiazda kulinarnych odkryć przybywa!
Moje pierwsze spotkanie z osobą zarządzającą świątynią leciutko ostudza mój entuzjazm. Dostaję proste i jasne wytyczne co, kiedy i w jakich ilościach mam gotować. Okazuje się, że w tym miejscu od paru lat na śniadania (które ja mam właśnie gotować) jada się niezmiennie tylko 2 potrawy kuchni indyjskiej: KITRI i CZAPATI (i to wg. określonej ściśle receptury).
„Nie mogłam trafić nudniej”- myślę. Kitri to potrawa jednogarnkowa składająca się z ryżu, warzyw i przypraw bardzo często z dodatkiem jednej z indyjskich łuskanych fasolek ( dużo lżej strawnych niż nasze). Nazywana jest w Indiach „ucztą biedaków” – jedzona jednak przez wszystkie klasy społeczne jako posiłek prosty zdrowy i zawierający wszystkie potrzebne składniki odżywcze w jednej misce. Czapati (czy też Roti) często towarzyszą kitri. Są to placki wyrabiane z pełnoziarnistej mąki tylko z odrobiną soli. Wałkuje je się cieniutko i smaży króciutko na suchej patelni (lub rozgrzanym kamieniu) by na koniec opiec bezpośrednio nad ogniem (przepis na czapati, znajdziecie na blogu za tydzień). Pracy z tym bardzo dużo i to niezwykle żmudnej. Każdy placek trzeba osobno rozwałkować i upiec- stojąc nad rozgrzaną do czerwoności kuchnią. Do jednego posiłku każdy mężczyzna w sile wieku zjada przynajmniej 5 czapati (szybko przeliczam, że 5 razy 40 daje 200 placków do każdego gotowanego przeze mnie posiłku). Oj, nie zapowiada się to zbyt dobrze.
Ale ja się nie przejmuje, w końcu wydaje mi się, że umiem gotować najlepiej na świecie! Wkrótce się na mnie poznają, wystarczy, że im pokażę co umiem! Zapomną o kitri, zapomną o czapatach. Zrobię im muffiny, naleśniki, gofry a może i indyjską doszę, lub pitty z humusem. Coś wymyślę i pokażę na co mnie stać.
Przez pierwszy tydzień pokornie trzymam się wyznaczonego menu ale już drugiego, nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła kombinować. Włączam do menu nowe potrawy, zamiast czapati robię pitty z sezamem, do tradycyjnej ziołowej herbaty dodaję wanilii i cynamonu, podaję budyń z musem owocowym i kombinuję z kitri dorzucając do niego paniru i innych niż zazwyczaj przypraw. Mnisi zjadają wszystko pokornie bez komentarzy, grzecznie zmywają po sobie talerze i idą każdy do swoich zajęć. Super!- myślę sobie i każdego kolejnego dnia pozwalam sobie na krok dalej.
Aż przychodzi sądny poniedziałek, który już od rana (a raczej środka nocy) nie zapowiada się ciekawie. Wstaje spóźniona bo mój budzik nie zadzwonił, na dodatek nie ma ciepłej wody więc muszę wziąć zimny prysznic (bez niego nie mam nawet prawa wejść do świątynnej kuchni standardy czystości są tam bardzo rygorystycznie przestrzegane). Wkładam swoje proste bawełniane sari (też wymóg kuchenno-świątynny) narzucam płaszcz i puszczam się biegiem o czwartej nad ranem przez puste ulice Wrocławia, z nadzieją, że nadrobię spóźnienie.
Nagle tuż obok mnie zatrzymuje się samochód policyjny. Wysiada z niego dwóch policjantów, którzy mile lecz stanowczo zapraszają mnie do środka pojazdu. Wsiadam zupełnie oszołomiona i choć nie mam przecież nic na sumieniu narasta we mnie niepokój. Sama nie pamiętam tych czasów ale z opowiadań znam je bardzo dobrze. W Polsce w czasach socjalistycznych krysznaitów lekką ręką wsadzano do więzień pod pretekstem zakłócania porządku publicznego lub propagowania idei niezgodnej z jedyną i słuszną linią partii. W sąsiedniej Rosji było dużo gorzej -wysyłano ich do łagrów lub zamykano w szpitalach psychiatrycznych gdzie poddawano przymusowej terapii farmakologicznej lub po prostu bito do nieprzytomności. No ale teraz mamy lata dziewięćdziesiąte upadł Mur Berliński, Polska jest wolnym krajem. „To chyba jakieś nieporozumienie”- myślę sobie nerwowo. Policjanci przyglądają mi się przez chwilę i zaczynają pytać. „Czy Pani dobrze się czuje? Czy nic Pani, nie dolega? Czy ktoś Pani zrobił krzywdę?”. Przez chwilę zastanawiam się co odpowiedzieć a potem nagle spływa na mnie olśnienie. Ci mężczyźni biorą mnie za zbiegłego ze szpitala pacjenta lub ofiarę przemocy domowej. Zatrzymali się bo uważali, że potrzebuję pomocy. Patrzę na siebie i cóż, zaczynam ich rozumieć. W moim białym sari wystającym spod płaszcza wyglądam jak w koszuli nocnej i do tego biegnę nad ranem z rozwianym włosem jak oszalała. Robię najpoważniejszą minę na jaką mnie stać w tej sytuacji i zaczynam ze spokojem tłumaczyć: kim jestem, co robię, gdzie biegnę i dlaczego w takim stroju. Po długiej dyskusji w końcu udaje mi się przekonać policjantów, że nie trzeba odwozić mnie do najbliższego psychiatryka a nawet na tyle zyskuje ich sympatię, ze podwożą mnie pod same drzwi świątyni. Wpadam spóźniona do kuchni i w wielkim pospiechu zaczynam przygotowywać posiłek. Dziś poniedziałek, tego dnia, mnisi krócej dyskutują o filozofii, śniadanie jest wcześniej bo po nim następuje cotygodniowa narada. Świątynna narada to czas kiedy wszyscy mieszkający w aśramie mogą opowiedzieć o swoich bolączkach, problemach i propozycjach zmian. Każdy ma prawo głosu i zostaje wysłuchany przez społeczność. Po szaleńczym poranku w kuchni siadam razem ze wszystkim w dużej sali z nadzieją, że w końcu usłyszę jakieś dobre słowo nt. moich zmian w jadłospisie. Nie doczekuję się jednak żadnych pochwał za to jeden po drugim mnisi z pokorą lecz stanowczo wypowiadają się na temat moich śniadań. Zaczynają bardzo miło, od słów „Czy Kucharka Mataji…”.
Tytuł Mata-ji zarezerwowany w Indiach dla matron rodowych, używany jest w krysznaickich świątyniach przez mnichów w stosunku do wszystkich kobiet. Znaczy nie mniej, nie więcej tylko „Pani Matko” i powinien być wyrazem szacunku oraz wyznacznikiem nastawienia jakie mnich ma dla kobiety z którą rozmawia. Bardzo nie lubię tego terminu, wszystko się we mnie gotuje jak ktoś się do mnie tak zwraca, czuję się jak nestorka rodu. Jaka tam ze mnie Matka! Ludzie! Hallo! Mam 20 lat!! Przełykam jednak tą „Mataji Kucharkę” i słucham dalej… i uszom nie wierzę… „Czy Mataji Kucharka mogłaby nie dodawać przyprawy do piernika do kitri?” ( to o moim cynamonie i gałce muszkatałowej w kitri!) „Czy Mataji Kucharka mogłaby nie wsypywać proszku do pieczenia do picia?” (to o mojej wanilii w herbacie!!) „Czy Mataji Kucharka mogłaby nie robić czapati na drożdżach?” (to o moich pittach!). I wreszcie- „Czy Mataji Kucharka mogłaby przestać gotować te wszystkie inne dziwne potrawy na śniadanie?” (to o moich wielkich odkryciach kulinarnych!!!). „Chcemy tego co zawsze. Kitri i czapati- nic więcej nic mniej. Prosimy pokornie Mataji Kucharkę o zaprzestanie na nas swoich kuchennych eksperymentów”.
Przez chwilę mnie zatyka ale potem wybucham z siła 20 letniego kobiecego wulkanu. „Po pierwsze- nie jestem żadna „Mataji Kucharka”!!! Po drugie- zupełnie się nie znacie na tym co dobre! Po trzecie – Co wy tam wiecie o wielkim świecie i gotowaniu! Po czwarte mam już dość tego waszego kitri i tego codziennego wałkowania 200 placków. Będę gotować jak zechcę lub wcale. Koniec!”
Od tego dnia idę z mnichami na wojnę. Wiem, że muszę stosować się do wytycznych jadłospisu i słuchać przełożonego oraz całej społeczności. Muszę -więc to robię, ale… pozwalam sobie na drobne uszczypliwości. To jest moja kulinarna zimna wojna. Jednego dnia przesolę kitri, drugiego dnia je przypalę, trzeciego dodam za dużo chili. Chcieliście kitri TO JE MACIE! Nie smakuje? Dlaczego? Wszystko zgodnie z procedurą. Teraz na każdej poniedziałkowej naradzie wysłuchuję niezadowolonych głosów. Sprawa zaczyna balansować na ostrzu noża i pewnie skończyłaby się dla mnie bardzo nieciekawie, gdyby nie jedna starsza wspaniała mniszka.
Kulangana (tak jest jej na imię) przyjeżdża któregoś dnia z Londynu. Mieszka od 30 lat w tamtejszej słynnej krysznaickiej świątyni nazywanej -Bhaktivedanta Manor (budynki pod świątynię zostały podarowane przez Johna Lennona i Georga Harrisona- więcej tutaj). Przez wszystkie te lata Kulangana jest świątynną kucharką, jak ja teraz. Tylko, że ona jest wybitna w tym co robi- po wyrabiane przez nią i sprzedawane w przyświątynnym sklepie indyjskie słodycze ustawiają się długie kolejki. Kulangana jest z pochodzenia Polką i od czasu do czasu odwiedza tu swoją rodzinę. Zatrzymując się przy okazji na parę dni we Wrocławskiej świątyni. Tak się składa, że jest świadkiem jednej z poniedziałkowych narad a potem wieczorem wysłuchuje moich żali i łez związanych z tym „jak to mnie, WSPANIAŁEJ KUCHARKI, nikt tutaj nie docenia”.
Nie podziela mojego oburzenia, pociesza tylko i pozwala się wypłakać. Potem siada naprzeciwko mnie i powoli tłumaczy: ” Spróbuj ich zrozumieć. To w większości jeszcze młodzi chłopcy, którzy postanowili zmienić swoje życie i walczyć z pokusami tego świata. Żyją w celibacie co w ich wieku jest wielkim wyzwaniem. Mieszkają w prosty sposób i nie posiadają prawie nic. Próbują odwiązać się od materialnych rzeczy i wprowadzać w swoje życie duchowe wartości. To jest dla nich ciągła walka: z pożądaniem, ze zmysłami, z umysłem podszeptującym im coraz to nowe pokusy. Orężem w tej walce są dla nich medytacja, modlitwa i studiowanie filozofii. Ale to nie wszystko. Równie ważne są: ciężka praca, stałość i prostota. To kitri którego bronią jak lwy jest uosobieniem tych wartości. Oni nie chcą przez cały ranek zamiast skupiać się na modlitwie- medytować o tym co będzie na śniadanie. Chcą nauczyć się kontrolować swoje ciało i umysł- a to bardzo trudne. Prosty ale pożywny posiłek im w tym pomaga. Nie walcz z nimi, przyjmij to z pokorą, pomóż im. Jesteś tu po to aby im służyć a nie po to aby oni jedli i chwalili twoje „wspaniałe dzieła kulinarne”. Gotowanie to służba- nie show z Tobą w roli głównej- uwierz mi, robię to od 30 lat. Zmień swoje podejście a zobaczysz, że wszystko się ułoży.”
Tłumaczy i przekonuje, argumentuje i wyjaśnia, dyskutuje i pociesza tak długo aż w końcu do mnie dociera. Dzięki Ci Panie Boże za starsze mądre kobiety,myślę. Ta tutaj, jest dopiero od 2 dni a już zdążyła zrozumieć i pokochać tych wszystkich chłopców jak własnych synów. Oto ktoś, kto naprawdę zasługuje na miano MATA-JI. Postanawiam spróbować i zastosować się do rad Kulangany. Jest w jej słowach moc kogoś kto przeszedł tą samą drogę na której ja utknęłam teraz. Nie jest łatwo, ale nikt nie obiecywał, że łatwo będzie. Nie poddaje się jednak. Próbuję i próbuję i w końcu następuje przemiana.
W moich zewnętrznych czynnościach nie zmienia się nic, zmienia się tylko to co w sercu. Jak zwykle wstaje o 4 rano, biorę prysznic i zaczynam dzień porannym spacerem po pustych ulicach Wrocławia. Kiedy w świątyni rozpoczynają się pierwsze nabożeństwa ja zaczynam swoje rytuały w kuchni: umyć i pokroić warzywa, przebrać ryż i usunąć z niego zanieczyszczenia, namoczyć fasolkę mung, utłuc przyprawy. Połączyć to wszystko i stworzyć idealne w swojej prostocie kitri, takie same jak wczoraj, takie same jak jutro, takie same jak przez następne dni i miesiące. Kiedy mnisi siadają do mantra-medytacji – ja zaczynam swoją w kuchni: ulep kulkę z ciasta, posyp mąką, rozwałkuj na cieniutki placek, połóż na rozgrzanej patelni, obróć, przenieś nad ogień, pozwól urosnąć, posmaruj masłem, włóż pod ściereczkę aby nie wystygły. I tak co najmniej 200 razy, krok po kroku, cały czas to samo: blat, wałek, patelnia, ogień, blat, wałek, patelnia, ogień. Włóż w to serce, skoncentruj się, niech każdy placek będzie doskonały, taki sam jak poprzedni, taki sam jak następny. Niech będą identyczne jak drewniane korale medytacyjne nanizane na sznurek. Obracane w palcach dotąd- aż staną się idealnie gładkie i okrągłe. Jesteś TU i TERAZ. Jesteś sługą. Robisz to dla innych, nie dla siebie. Oto twoja modlitwa. Oto twoja MEDYTACJA…
Te pół roku kuchennych medytacji okazało się największa lekcja pokory jaką przeszłam w swojej „kulinarnej karierze”. Cieszę się, że przydarzyła mi się na samym jej początku. Dzięki niej wjechałam na właściwe tory i nauczyłam się jaka jest właściwa postawa. Bóg mi świadkiem, wiele razy z tych torów jeszcze w życiu zbaczałam na manowce -dumy, zarozumialstwa, arogancji i wyimaginowanej kulinarnej sławy. Za każdym razem jednak mogłam wrócić do tych paru prostych lekcji których nauczyłam się we Wrocławiu:
1. Bycie kucharzem to przede wszystkim służba.
2. Stałość jest cnotą a trening czyni mistrza.
3. Gotuj sercem i słuchaj tych dla których gotujesz
oraz…
4. Nie biegaj nocą po ulicy w stroju wyglądającym na piżamę !!!
Wielokrotnie w moim późniejszym życiu przekonałam się, że te pół roku było „po coś”. Wyjeżdżałam z Wrocławia pogodzona ze sobą, z największą dawką pokory w sercu jaką udało mi się zgromadzić kiedykolwiek w życiu. (Ci którzy znają mnie osobiście- wiedzą, że pokora nie należy do moich cnót przewodnich). A kulinarnie? Cóż . Wbrew pozorom okazała się to bardzo duża inwestycja. W większości kuchni, których przyszło mi przez następne 20 lat życia gotować, (nie miało znaczenia czy tych ekskluzywnych czy np. tych pod gołym niebem Bengalu) wyznawano zasadę- „pokaż mi swoje kitri a powiem Ci jakim kucharzem jesteś”. Potrawa ta stała się moim przyjacielem i była (oraz jest do dzisiaj) najczęściej gotowanym przeze mnie codziennym posiłkiem.
Mój guru, którego osobistym kucharzem byłam przez parę dobrych lat, potrafił miesiącami żyć tylko o kitri. Dlaczego?- Bo kitri, odpowiednio przyrządzone, jest jednym z tych zdrowych i prostych dań, które nie nudzi się szybko. Jeśli miałabym wybrać jedną potrawę którą musiałabym jeść przez całe życie- wybrałabym kitri. Jest bardzo syte a przy tym naprawdę pożywne. W Bengalu często bywa pierwszym posiłkiem, które dostaje niemowlę jako stały pokarm. Żółta łuskana fasola mung, jest bardzo trudna do kupienia w polskich sklepach, można ją jednak dostać w internecie np. tutaj (w tym sklepie kupicie też przyprawy potrzebne do ugotowania kitri). Nie przypomina w smaku zielonego mungu, jest od niej delikatniejsza, o lekko orzechowym aromacie. To moja ulubiona fasolka- bardzo lekko strawna, delikatna, pyszna. Niczym nie przypomina jakiejkolwiek znanej w Polsce fasoli. Kitri gotowane z dodatkiem żółtego mungu jest kremowe i rozpływa się w ustach. Polecam bardzo. Jeśli musicie żółty mung czymś zastąpić to użyjcie dobrze rozgotowanego żółtego grochu w połówkach (nie moczonego przed gotowaniem) lub czerwonej czy żółtej soczewicy.
Zachęcam do ugotowania kitri, jest pyszne a przepis sprawdzony przeze mnie niezliczona ilość razy. Mam właśnie 45 lat i od dawna przestało mi się wydawać, że o gotowaniu wiem wszystko. Kitri potrafię jednak ugotować dobrze, tak samo jak czapati- ale o nich już następnym razem.
do gotowania fasolki: 1 szkl. żółtej łuskanej fasolki mung (lub żółtej bądź czerwonej soczewicy, lub grochu w połówkach)
1 łyżka masła
1 płaska łyżeczka kurkumy
1,2 litra wody
1/2 szkl mleka do gotowania ryżu: 1/2 szkl. ryżu jaśminowego (lub takiego jakiego używasz do dobrego risotto)
1 płaska łyżeczka soli
2 szkl. wody
1 łyżka masła na pastę, ze smażonych przypraw: 1 łyżka masła (najlepiej klarowanego)
1 czubata łyżka korzenia imbiru (obranego i utartego na grubej tarce)
1 małe zielone chilli (wypestkowane i drobniutko pokrojone, używam indyjskich które są wielkości 1/4 normalnych)
1 płaska łyżeczka asafetydy
1 płaska łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka kuminu (kminku indyjskiego- mielonego lub w całości)
1 szkl pomidorów (obranych i pokrojonych w kostkę) dodatkowo do kitri: 2 szklanki ugotowanych na parze zielonych warzyw (brokułów, fasolki szparagowej, liści szpinaku, jarmużu)
1 łyżeczka soli
1 łyżka masła opcjonalnie: 1 szkl. kostek domowego sera panir
Garść siekanych świeżych ziół (może być kolendra, pietruszka lub inne ulubione) cytryna lub limonka
1. Dokładnie opłucz fasolkę. Zalej wodą dodaj masło, kurkumę i gotuj do miękkości aż ziarna zaczną się rozpadać. Żółty mung rozgotuje się w 25-30 minut, inne grochy dużo dłużej. W czasie gotowania zbieraj pianę wydobywającą się na powierzchnię wody.
2. Do rozgotowanej fasoli dodaj mleko i zmiksuj blenderem na jednolitą płynna masę, zagotuj.
3. W międzyczasie opłucz ryż, zalej wodą, dodaj, sól i masło. Postaw na gaz i zagotuj. Zmniejsz gaz do minimum i pozwól ryżowi pod przykrycie gotować się tak długo aż wchłonie całą wodę. Nie mieszaj! Ugotowany ryż dodaj do zmiksowanej fasoli.
4. Na patelni rozgrzej klarowane masło, wrzuć pokrojone chili, smaż chwilkę, do czasu aż brzegi zrobią się leciutko białawe (około pół minuty), dodaj utarty imbir i smaż dalej do czasu aż brzegi imbiru staną się lekko brązowe (kolejne pół minuty, może trochę więcej), dodaj asafetydę, zmielony kminek indyjski, kurkumę zamieszaj 3-4 razy i od razu wsyp na patelnię pokrojone pomidory. (Jeśli używasz całego zamiast mielonego kminku dodaj go na samym początku smażenia przypraw razem z chili)
5. Smaż pomidory do czasu aż połączą się z przyprawami i prawie się rozpadną. Dodaj do fasoli z ryżem i dokładnie wymieszaj.
6. Na koniec dodaj do kitri ugotowane warzywa, masło i sól( do smaku). Oraz ser i zioła jeśli używasz.
7. Jeśli istnieje potrzeba możesz dodać teraz jeszcze nieco wrzącej wody aby uzyskać odpowiednią konsystencję. Ja lubię kitri kiedy jest konsystencji bardzo gęstej lejącej się zupy. Znam takich, którzy gotuję kitri tak, że można w nim postawić łyżkę- takiego niestety nie lubię. Pamiętaj, że kitri i tak z czasem będzie gęstnieć, dlatego podgrzewając je po raz kolejny można rozcieńczyć je ponownie wodą.
8. Podawaj kitri na ciepło, koniecznie z pajdami świeżego chleba, suto posmarowanego masłem, lub z indyjskimi plackami czapati.
9. Niektórzy lubię doprawiać kitri sokiem ze świeżo wyciśniętej cytryny bądź limonki i jeść je w towarzystwie indyjskich bardzo ostrych pikli np. takich
Kitri to danie jednogarnkowe. Ja jednak gotuję je na 2 garnki a nawet 3 (jeśli wziąć pod uwagę parowanie warzyw). Dlaczego? Wg. mnie tak jest dużo prościej i lepiej- szczególnie dla tych z was którzy kitri będą gotować po raz pierwszy. Dużo łatwiej kontrolować gotowanie się ryżu, warzyw i fasoli i nie rozgotować lub przypalić jednego z nich. Ważne jest dla mnie również abym mogła dobrze zmiksować fasolę po ugotowaniu, gotowanie jej razem z ryżem zabiera mi tą możliwość. Miksowanie bardzo dobrze wpływa na konsystencję kitri. A odpowiednia konsystencja oprócz smaku jest kluczem do wykonania doskonałego kitri.
W Indiach, w zachodnim Bengalu, a dokładniej w stanie Orissa, nad samym brzegiem oceanu leży miasto Puri. Jest ono (wraz z Bhadrinath, Dwaraką i Rameśvaram) zaliczane do Char Dham- 4 świętych miejsc pielgrzymek , które każdy pobożny Hindus powinien odwiedzić przynajmniej raz w życiu. Puri znane jest również jako Jaganatha Puri od imienia Bóstwa (Jaganath- Pan Wszechświata) rezydującego w lokalnej, starej świątyni. Bóstwo to jest bardzo nietypowe , jak na indyjskie standardy. Większość Murti (posągów Bóstw) w hinduistycznych świątyniach (ponieważ czczona jest przez pokolenia, wieki a nawet tysiąclecia) wykonana jest z trwałych materiałów takich jak marmur, kamień, brąz czy srebro. Jaganath (oraz 2 inne postacie: jego siostry i brata) wykonany jest z prosto ociosanego wielkiego kawałka drewna i pomalowany w bajecznie kolorowych barwach (zobacz tutaj ). Bóstwo czczone jest w przepięknej świątyni. Miejsce to odwiedza ponad milion pielgrzymów rocznie. Religijne pisma datują świątynię i kult Jaganatha na II w. przed Chrystusem a pierwsze zachowane historyczne wzmianki pojawiły się w IX w. i związane są z osobą Sankaracaryi- wielkiego reformatora hinduizmu, który odwiedził Puri podczas swoich podróży po kraju.
Dlaczego o tym wszystkim Wam piszę???? Dlatego, że dzisiejsze chrusty to tak naprawdę nie chrusty lecz słodycze pochodzące właśnie z Puri i nazywane tam „językami Pana Jaganatha” lub khaja.
Khaja są przepyszne i wpisują się w kanon smażonych i oblewanych syropem słodyczy serwowanych na każdej, jak Indie długie i szerokie, ulicy. „Języki Pana Jaganatha” moim zdaniem są jednak wyjątkowe i zdecydowanie zasługują na międzynarodową karierę . Dlatego postanowiłam Wam je dziś zaprezentować. Pierwsze swoje khaja jadłam jakieś 20 lat temu podczas mojej wizyty w Puri. Były wyjątkowe nie tylko za sprawą smaku ale również dlatego, że pochodziły ze świątynnej kuchni. (Jest to podobno największa kuchnia w całych Indiach).
W świątyni odprawianych jest codziennie wiele ceremonii i obrzędów związanych z rezydującym tam Bóstwem. Miedzy innymi dzień w dzień Jaganathowi ofiarowuje się ogromne ilości pożywienia (co najmniej 56 potraw w dni normalne i 108 w święta). Jedzenie to po wykonanej ceremonii, uważane jest za święte i nazywane prasadam (łaską). Wywożone jest wielkimi wozami ze świątynnej kuchni i na specjalnym placu miasta- rozdawane licznej rzeszy pielgrzymów oraz potrzebującym z całego Puri.
W świątynnej kuchni gotuje się wg. najwyższych standardów czystości, na żywym ogniu (rozpalanym podczas specjalnego rytuału, codziennie o wschodzie słońca), w jednorazowych glinianych garnkach, pożywienie tylko wegetariańskie (bez mięsa, ryb i jaj oraz paru innych produktów uznawanych w hinduizmie za nieakceptowalne w standardach świątynnych, np. cebula i czosnek) . Kucharzami są członkowie najznamienitszych lokalnych rodów. A receptury i sposoby gotowania przekazywane w nich z pokolenia na pokolenie od setek lat.
Więcej o tej niesamowitej kuchni oraz o przepięknej historii świątyni i samego Bóstwa (oraz o tym dlaczego wygląda ono tak jak wygląda) przeczytacie tutaj , na oficjalnej stronnie świątyni. A tutaj macie zdjęcie straganu sprzed świątyni gdzie sprzedawane są najpyszniejsze i najpiękniejsze khaja na świecie.
Jeśli prezentowane dziś zdjęcia zachęciły Was do wykonania tych słodyczy (i nie jesteś weganami- dla nich wersja z olejem) to polecam smażenie khaja na klarowanym maśle. Jest to czysty tłuszcz mleczny czyli masło które poprzez długie gotowanie pozbawiono całej serwatki i wody oraz innych zanieczyszczeń stałych.
Klarowane masło (powszechnie używane w kuchni indyjskiej pod nazwą ghee) zachowuje w sobie cudowny orzechowy aromat smażonego masła ale ma od niego dużo wyższą temperaturę dymienia (nawet dużo wyższą niż większość olejów). Dzięki temu może być używane do smażenie w głęboki tłuszczu ( ma także tysiące innych zastosowań zarówno kulinarnych jak i leczniczych- ale o tym może innym razem). Klarowane masło od paru lat można kupić w wielu polskich sklepach (np. w Almie, Auchan czy Biedronce- patrz na półkach obok masła- sprzedawane jest w plastikowych wiaderkach). Takie masło używane było również szeroko w kuchni staropolskiej (np. dodawane do gotowanych bulionów czy ciasta na pierogi oraz używane właśnie do smażenia słodkich ciastek).
Khaja w wersji wegańskiej smażone na oleju będą się nieznacznie różnic od tych z klarowanego masła (patrz pierwszy dyptyk w tym poście- po lewej stronie wersja wegańska, po prawej z klarowanym masłem). Płatki będą leciutko grubsze i pokryte większą ilością pęcherzyków ale nadal będą FENOMENALNIE pyszne.
Daje Wam też do wyboru dwie wersje wykończenia khaja- te posypane cukrem pudrem i te klasyczne- oblane słodkim syropem. Ja sama nie mogę się zdecydować, którą wersję wolę bardziej. Jeszcze do przedwczoraj wydawało mi się, że tą z cukrem pudrem bo smakuje jak faworki (tylko o niebo lepiej).
Po długiej przerwie, aby zaprezentować Wam przepis, zrobiłam klasyczne khaja w syropie i… zakochałam się w nich od nowa- smakują jak najlepsza baklawa- a kiedy jeszcze posypie się je uprażonymi pistacjami po prostu nie można się od nich oderwać. W sam raz na nadchodzący tłusty czwartek.
Teraz nie pozostaje mi już nic innego jak życzyć Wam smacznego oraz uprzejmie poinformować, że:
Wszystkie skargi, zażalenia i reklamacje na niedopinające się w piątkowy poranek: dżinsy, spódniczki czy bluzeczki będą z wielkim żalem ale jednak …..rozpatrywane ODMOWNIE.
PS. Szybciutko dopisuje, bo na śmierć zapomniałam. Przepisem na khaja parę lat temu podzieliła się ze mną moja internetowa koleżanka Alaksya z tego bloga. Przepis przeszedł moje modyfikacje ale zaczynałam od jej wersji, bo okazała się jedną z lepszych które próbowałam poza Puri.
na ciasto: 1 szkl. mąki 2 łyżki masła klarowanego (lub oleju w wersji wegańskiej) 1/2 szkl. ciepłej wody szczypta soli do posmarowania: 2 łyżki masła klarowanego (lub oleju w wersji wegańskiej) 2 łyżki mąki ziemniaczanej (lub skrobi kukurydzianej) do smażenia: masło klarowane lub olej na syrop: 3/4 szkl. cukru 1/3 szkl. wody 1 łyżka soku z cytryny lub zamiast syropu: cukier puder do posypania
1.Roztopione masło klarowane lub olej dodaj do mąki i wetrzyj w nią tak aby równomiernie połączyć oba składniki.
2.Dolej wodę, dodaj sól i zagnieć dość gęste ale sprężyste ciasto (jeśli potrzeba dodaj więcej mąki).
3.Zagniataj ciasto intensywnie na blacie przez co najmniej 5 minut ( to dużo dłużej niż Ci się wydaje, więc patrz na zegarek).
4.Przykryj miską i pozostaw na 15 minut.
5.Podziel ciasto na 2 części, jedną pozostaw pod przykryciem (zrobisz z nią to samo co z drugą ale dopiero po usmażeniu pierwszej partii). Drugą część ciasta rozwałkuj jak najcieniej potrafisz na prostokąt (mi wyszło około 30/15cm).
6.Prostokąt posmaruj jedną łyżką roztopionego masła klarowanego (lub oleju). Posyp równomiernie 1 łyżką mąki ziemniaczanej i zwiń ciasto w ciasny rulonik (zaczynając od krótszego boku aby rulonik wyszedł grubszy- patrz instrukcja obrazkowa pod ramką z przepisem).
7.Pokrój rulonik na 1,5cm kawałki. Każdy spłaszcz lekko palcem i delikatnie rozwałkuj (nie za mocno, inaczej khaja nie otworzą się podczas smażenia).
8.Khaja smaży się w głębokim tłuszczu nie za bardzo nagrzanym (około 170-180’C). Najlepiej robić to w woku.
9.Smażenie wymaga pewnej wprawy ale szybko się tego nauczysz, jest trochę pracochłonne ale za to JAKI efekt! Do nagrzanego oleju wrzucasz pojedynczo khaja, najpierw opadną na dno a potem będą chciały wypłynąć na wierz ale Ty im na to nie pozwolisz delikatnie raz po raz przyciskaj je i zanurzaj z powrotem w oleju (tak z 3-4 razy- one wypływają na powierzchnię, a ty je siup, znów do oleju, na same dno garnka, przytrzymujesz 2 sekundy i puszczasz, one znowu wypływają ale ty im nie pozwalasz). Spowoduje to, że pod wpływem powstałego ciśnienia khają zaczną się lekko rozwarstwiać.
10.Teraz odkładasz łyżkę cedzakową i bierzesz 2 widelce, jednym przytrzymujesz khaja, żeby nie odpływało w oleju, drugi wkładasz w lekko rozwarstwiony placuszek i zaczynasz potrząsać tak aby otworzył się bardziej. Kiedy jesteś zadowolony z rezultatu wrzucasz następny placuszek i powtarzasz czynności z łyżką cedzakową i widelcami.
11.Smaż khaja do złoto-brązowego koloru na małym ogniu. Jeśli temperatura tłuszczu będzie za wysoka to khaja na samym początku spieką się tak, że już nie da się ich otworzyć. Uważaj więc oraz studź lekko tłuszcz pomiędzy smażonymi partiami (ściągając z ognia i wrzucając do środka kawałek ziemniaka).
11.Odsączaj khaja na papierowych ręcznika ustawiając tak aby tłuszcz miał możliwość wylecieć przez szczelinki.
12. W międzyczasie, wymieszaj wszystkie składniki na syrop i zagotuj w malutkim garnuszku. Gotuj do czasu aż syrop zacznie się pienić a ostatnia kropla spadająca z łyżki będzie się lekko ciągnęła (dla osób wtajemniczonych syrop PRAWIE do nitki). Potrwa to niedługo- około 5 minut na intensywnym ogniu.
13. Ostudź syrop (jeśli po ostudzeniu jest za gęsty to dodaj odrobinę wody i podgrzej intensywnie mieszając) i delikatnie zanurzaj w nim usmażone khaja.
14.Pozwól odcieknąć nadmiarowy syropu nad garnkiem i układaj khaja na kratce w odstępach (inaczej się do siebie przykleją) do lekkiego ostygnięcia.
15.Możesz też pominąć syrop i posypać khaja obficie cukrem pudrem.
Khaja bardzo długo zachowują świeżość, tak naprawdę najlepsze są na drugi czy trzeci dzień- ale zapewniam nie doczekają tego czasu, chyba, że od razu zrobisz podwójna porcję. Jeśli chcesz przechowywać je jeszcze dłużej to lepiej trzymać khaja i syrop osobno a polewać w razie potrzeby przed podaniem.
Po pierwsze: Jak podoba Wam się moje nowe LOGO? Wykonał je dla mnie znany polski akwarelysta Pan Andrzej Gosik.
Trudno uwierzyć ale ten blog ma już ponad pół roku. Zaczynając tym wpisem nie wiedziałam, że będzie to tak czasochłonne ale i tak wielce satysfakcjonujące zajęcie. Blog to tylko dodatek do mojego już i tak dość wypełnionego życia, odkąd go prowadzę mój wolny czas skurczył się ekstremalnie. Jest to wybór dość świadomy, chcę oddawać czas i energię temu miejscu. Ale chcę to robić efektywnie- stąd mój dzisiejszy wpis.
Zakładając bloga wychodziłam z założenia, że ma on być przede wszystkim dla mnie. Miało to być miejsce gdzie mogę prezentować swoje zdjęcia, przepisy i swoje spojrzenie na świat. Dlatego stworzyłam blog, który sama uważałam za interesujący w treści i ciekawy w formie. Moja opinia jednak z czasem ewoluuje i zmienia się. Im dłużej bloguje tym bardziej rozumiem, że blog powinien być mniej dla mnie a bardziej dla WAS- moi czytelnicy. W końcu w pełni zrozumiałam- jeśli to miejsce ma odnieść jakiś sukces to przede wszystkim musi być przyjazne dla czytelnika.
Stąd dziś zamiast normalnego wpisu postanowiłam urządzić „blogowe konsultacje społeczne”. Wiem, wiem- strasznie to nudne a na dodatek trzeba się trochę wysilić i napisać coś w komentarzu pod wpisem … ale… uwierzcie mi, to bardzo ważne. Jeśli lubicie tutaj wpadać lub jesteście stałymi czytelnikami WASZ GŁOS będzie dla mnie niezwykle cenny. Dziś chciałabym abyśmy zamienili się rolami- WY dziś coś napiszecie a ja z wielką przyjemnością i zainteresowaniem to przeczytam.
Żeby trochę Was zmotywować postanowiłam, że WŚRÓD TYCH, KTÓRZY ODPOWIEDZĄ NA ZADANE DZIŚ PYTANIA WYLOSUJE OSOBĘ, KTÓRA OTRZYMA 2 MOJE ZDJĘCIA KULINARNE ( oprawione w ramy). Czekoladowy zestaw widoczny poniżej jest do wzięcia. Są jacyś chętni? Do dzieła więc!
1. WAŻNE!!! Jak oceniacie funkcjonalność bloga? Czy łatwo się w nim poruszać i znaleźć to co trzeba.
a) Czy korzystacie z wyszukiwarki w górnym pasku menu (przycisk ZNAJDŹ)?
b) Czy podstrona z indeksem (PRZEPISY) jest dla Was użyteczna i łatwo tam coś znaleźć?
c) Czy potrzebne na tym blogu jest miejsce gdzie można przeglądać wpisy datami w skróconej wersji? (np. na stronie startowej bloga będą widoczne pojedyncze zdjęcia z tytułami ostatnich 10 wpisów, w które można kliknąć i przejść do odpowiedniego wpisu zamiast tak jak teraz przewijać całe wpisy strona po stronie)?
2. Czy brakuje Wam tutaj jakiś innych blogowych gadżetów o których nawet nie mam pojęcia, że istnieją a mogą być pomocne czytelnikowi?
3. WAŻNE!!! Czy jesteście zapisani do newslettera (podstrona „Subskrybuj”)?
a) Czy mój newsletter trafia do waszej skrzynki, czy do waszego spamu??? (JAK SPRAWIĆ ŻEBY ZAMIAST DO SPAMU TRAFIAŁ DO SKRZYNKI- piszę w dalszej części wpisu).
b) Czy mieliście jakieś problemy przy zapisaniu się?
c) Jeśli nie jesteście zapisani do newslettera to jak dowiadujecie się o kolejnych wpisach?
4. Jak trafiliście na GreenMorning?
a) portale społecznościowe?
b) portale fotograficzne?
c) portale kulinarne?
d) wyszukiwarka gogle (czego szukaliście?)?
5. Jak często czytacie GreenMorning?
a)każdy wpis?
b) raczej sporadycznie?
Pytania o treść bloga:
1. Dlaczego odwiedzacie GreenMorning? Co Was tutaj przyciąga?
Czy są to ZDJĘCIA, opisywane HISTORIE czy kulinarne PRZEPISY? A może coś zupełnie innego?
2. Czy jesteście wegetarianami i dlatego odwiedzacie ten blog?
Jeśli nie jesteś wegetarianami to czy ma dla Was znaczenie, że przepisy prezentowane tutaj nie zawierają pewnych produktów?
3. WAŻNE!!! Czy chcielibyście na tym blogu zobaczyć jakieś szczególne przepisy lub tematy, dla Was interesujące?
Czy jest coś o czym mogę dla Was napisać?
4. Czy wolelibyście aby wpisy były częstsze ale krótsze (tak jak na klasycznych blogach kulinarnych- jedno zdjęcie + przepis- bez całej sesji zdjęciowej i towarzyszącej przepisowi historii)?
Tyle względem pytań. Wiem, że to długa lista ale wierzę, że zechcecie poświęcić tych parę minut i odpowiedzieć na nie a tym samym dać mi inspirację do dalszego udoskonalania tego miejsca. Z góry serdecznie dziękuję.
Od jakiegoś miesiąca mój blogowy newsletter uznawany jest przez roboty Googla jako spam i tak kwalifikowany w poczcie g-maila. Usiłowałam jakoś temu zaradzić i naprawić to na etapie rozsyłania ale okazało się to niemożliwe (przynajmniej mi żadna metoda nie jest znana). Dlatego jedynym wyjściem jakim na razie mogę zaproponować moim czytelnikom jest:
1. Jeśli jesteś użytkownikiem g-maila i mój newsletter trafia do twojego spamu (oznacza to, ze nie dowiadujesz się o nowych wpisach na blogu) zrób co następuje:
2. Wejdź w zakładkę SPAM i odszukaj wiadomość wysłaną z GreenMorning. Otwórz ja.
3. W górnym menu znajdziesz przycisk WIĘCEJ, kliknij w niego i rozwinie się lista opcji.
4. Wybierz ostatnią opcję z listy „Filtruj wiadomości tego typu”, kliknij w nią.
5. Pojawi się okienko, z wieloma polami do wypełnienia (które cię nie interesują) a w dolnym prawym rogu niebieski napis „Utwórz filtr na podstawie tych kryteriów wyszukiwania”- kliknij w napis.
6. Pojawi się następne okienko z wieloma opcjami do wybrania. Wybierz „Nigdy nie wysyłaj do spamu”- klikając w okienko obok napisu oraz zatwierdzając na dole strony ( klik w niebieskie okienko „utwórz filtr”).
7. GOTOWE- teraz nasz newsletter będzie pojawiał się w Twojej skrzynce odbiorczej. (nie działa to jednak wstecz i wiadomości, które do tej pory trafiły do spamu tam pozostaną).
A na koniec same przyjemne informacje. Wszystkie prezentowane dziś zdjęcia (oprócz czekoladowych- do wygrania) pochodzą z moich artykułów kulinarnych napisanych ostatnio dla miesięcznika Voyage. Dwa pierwsze zdjęcia publikowane były w styczniowym numerze, gdzie pisałam o regionalnej kuchni podkarpackiej. Obecnie w kioskach możecie kupić lutowy numer gdzie wraz z Natalią z bloga KrewiMleko piszemy o kuchni meksykańskiej (Natalią przepisy mięsne, ja wegetariańskie). Dwa ostatnie dyptyki w tym wpisie to przepyszna salsa z mango podawana w jadalnych miseczkach ze smażonej lub pieczonej tortilli oraz cajeta- meksykański przysmak podobny do dulche di leche- tak słodki że prawie nie można go jeść i tak dobry, że nie można się od tego jedzenia oderwać. Po przepisy zapraszam do kiosku. Warto się zapoznać z Voyage- to magazyn podróżniczy lecz dużo miejsca poświęca również kulinariom- moje przepisy zobaczycie tam jeszcze nie raz- właśnie pracuje nad smakami Tel Aviv-u do kwietniowego numeru.
Pozdrawiam serdecznie i czekam niecierpliwie na wasze odpowiedzi.