Barszcz, który zwiedził świat

IMG_4225-horzbbb

       Przez wiele lat podróżowałam w międzynarodowej grupie artystycznej, która była istnym tyglem narodowości. Mieliśmy wśród nas paru Hindusów, paru Nowozelandczyków, kilku: Amerykanów, Francuzów, Anglików,  2 tancerki: jedną z Rosji drugą z RPA, czarnego saksofonistę  z Liverpoolu, jednego prawdziwego Szkota, jedną Włoszkę, sporo Polaków oraz strasznie wybrednego i niemiłosiernie narzekającego Australijczyka. Wszyscy jak jeden mąż wegetarianie.

        Sporą część roku spędzaliśmy w Polsce organizując imprezy plenerowe prezentujące kulturę Indii nad Polskim Bałtykiem. Był to początek lat dziewięćdziesiątych. Kto pamięta te lata wie jak trudno było wtedy w Polsce być wegetarianinem. W sklepach poza sezonem właściwie nie można było kupić warzyw innych niż kapusta, buraki, marchew, pietruszka i ziemniaki. Dostanie dobrego ryżu graniczyło z cudem, rynek przypraw właściwie nie istniał nie mówiąc już o jakichkolwiek egzotycznych fasolach, ziołach, owocach czy ziarnach. Nawet zakup pełnoziarnistej mąki wymagał specjalnych aranżacji. Avokado? A co to?- pytali w sklepach. Kiełki? Jogurt naturalny?- to były produkty z serii „zrób to sam”. Nawet klasyczny poczciwy przecier pomidorowy był wielkim rarytasem bo wszędzie zastępowano go puszkowanym koncentratem- niemiłosiernie napakowanym benzoesanem sodu. Na większości produktów nie wypisywano składu więc nie miałeś pojęcia, czy połowa rzeczy którą miałbyś ochotę kupić tak naprawdę nadaje się dla wegetarian- więc je omijałeś. Restauracje?- zapomnij. Nikt z całej grupy nie odważyłby się stołować tam po wegetariańsku. Jedyną alternatywą, która pozostawała było … gotować sobie samemu.

       I tak oto właśnie któregoś deszczowego i szarego października, na zapomnianej polskiej prowincji, gdzieś w okolicach Wałbrzycha ( gdzie cała nasza artystyczna grupa odbywała swoje próby)- wylądowałam w starej hotelowej kuchni. Kuchnia była okropna, nie miała ani jednego piekarnika , małą  kuchnię z 4 niedużymi palnikami oraz obleśną elektryczną patelnię do smażenia kotletów z tak dużą ilością spalonego smalcu, że przyprawiała mnie ona o odruch wymiotny za każdym razem kiedy tylko pomyślałam o jej umyciu (w końcu 2 Nowozelandczyków na moją prośbę wyniosło ją do piwnicy). Nie było w tej kuchni nic atrakcyjnego ani inspirującego do gotowania oprócz jednej jedynej rzeczy… akustyki miejsca. Dostrzegła to od razu Angielka, występująca jako back-vocal w naszym zespole. Umilała mi potem gotowanie śpiewając przeboje Whitney Huston oraz Phila Colinsa. I wierzcie mi, gdyby nie ona i jej przepiękny głos, nie wiem jak przeżyłabym tą pamiętną jesień.

barszcz        Bo zdecydowanie gotowanie tej jesieni do łatwych nie należało. Hindusi już pierwszego dnia oprotestowali brak świeżego zielonego chili do każdego posiłku, Włoszka orzekła, że polski makaron nadaje się do wszystkiego tylko nie do jedzenia, Anglicy zażądali świeżego pomarańczowego soku na każde śniadanie a rosyjska tancerka przestrzegania jej specjalnej diety. Saksofonista tak naprawdę „nie miał nic do mojego gotowania” tylko przyszedł spytać „czy w tym kraju istnieją jeszcze jakieś inne warzywa niż ziemniaki?”. Wszystkich udało mi się jakoś ułagodzić i wytłumaczyć sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Wszystkich oprócz… Australijczyka. Australijczyk bojkotował moje gotowanie codziennie i zawsze miał do niego jakieś ALE. „Kapusta jest dla krów”, „kukurydza dla koni”, „kasza gryczana dla kur”, a „ogórki kiszone to świństwo więc nadają się tylko dla świń”. „Gdzie jest jedzenie dla cywilizowanych ludzi. Czy w tym dziwnym kraju jecie coś NORMALNEGO”? „Pierogi są obleśne”, „kopytka to świństwo”, barszcz to „różowe pomyje”a „bigos- to niejadalna breja”.

       Mówię Wam, ten człowiek miał MOC. Po miesiącu wysłuchiwania jego codziennej krytyki- w końcu mu uwierzyłam. „Polska kuchnia w moim wykonaniu nie może smakować obcokrajowcom”- do takich wniosków mnie doprowadził. Konkluzja ta dziwnie spleciona w moim umyśle z przebojami Whitney Huston pozostała tam przez następne 20 lat. I przez te wszystkie lata kiedy gotowałam w tak wielu krajach i dla ludzi tak wielu narodowości gdzieś z tyłu umysłu miałam zawsze ” nie popełnij błędu z hotelowej kuchni, nie serwuj polskich specjałów zagranicznym gościom”. Stałam się więc ekspertem w wegetariańskich daniach kuchni włoskiej, indyjskiej, francuskiej czy amerykańskiej i takie dania serwowałam tym dla których gotowałam.  Polską kuchnię zostawiłam dla Polaków.
barszcz

       Wiarę, że może być inaczej przywrócił mi prezentowany dzisiaj barszcz. A właściwie jego zupełnie niewinne zdjęcie (to po prawej w środkowym dyptyku).  Ta miska barszczu w towarzystwie platerowanej łyżki sfotografowana któregoś lata na starej drewnianej walizce- obiegła niemal cały internetowy świat. Zamieściłam fotografię w moim portfolio na jednym z międzynarodowych portali dla fotografów. Stamtąd bardzo szybko trafiła na Pinterest a potem do tysiąca różnych innych miejsc w Internecie. A ja dowiadywałam się o tym tylko dlatego, że co jakiś czas dostawałam listy z coraz to nowych zakątków świata z prośbą o przesłanie przepisu na „ten piękny barszcz”. Pamiętacie film „Amelia” i słynnego ogrodowego krasnala, który „wybrał się w podróż dookoła świata” i regularnie przysyłał z niej, ojcu Amelii zdjęcia? (Jeśli nie wiecie o czym mówię zachęcam do obejrzenia filmu- naprawdę warto). Moja mina i zaskoczenie po każdym liście na temat barszczu była bardzo podobna do tej prezentowanej przez ojca Amelii w filmie. I dopóki zachwyty w listach dotyczyły zdjęcia- choć były dla mnie onieśmielające to jednak do zaakceptowania o tyle kiedy zachwyty zaczęły dotyczyć barszczu ugotowanego wg. wysłanego przeze mnie przepisu – świat zaczynał stawać mi lekko na głowie. Bo oto okazało się, że przesympatyczna Yanse z Chin- odkryła „najpyszniejszą zupę na świecie” a pewien Japończyk zakochał się w ” your beatroot soup”, znalazła się też Niemka wielbicielka mojego barszczu oraz Francuzka mieszkająca na stałe w Wiedniu której podany przeze mnie przepis „otworzył oczy na to, ze buraki mogą być pyszne”. Przepis powędrował jeszcze do USA, Brazylii, na Węgry i na Kostarykę. Niedawno przyszedł kolejny list o takiej mniej więcej treści ” Zobaczyłam na Pintereście Twoje zdjęcie przedstawiające barszcz. Niestety linki doprowadziły mnie tylko do twojego portfolio ze zdjęciami ale nie znalazłam tam, żadnego przepisu. Czy prowadzisz może bloga, gdzie można by znaleźć przepis na tą zupę. Jadłam ją kiedyś w domu moich Polskich sąsiadów na Boże Narodzenie i była wspaniała. Nieszczęśliwie sąsiedzi wyjechali i  urwał mi się z nimi kontakt i od tamtej pory  poszukuję dobrego przepisu na barszcz. Dlatego zobaczywszy dziś twoje zdjęcie i dowiedziawszy się, że jesteś z Warszawy, postanowiłam napisać. Wiem, że najlepszy przepis musi być z Polski bo nigdzie podczas moich licznych podróży po świecie (nawet w Moskwie) nie jadłam tak dobrego barszczu. Bardzo proszę o link do przepisu- jeśli istnieje.” Podpisane… Susan z Melbourne, Australia(!!!).

       „Och! Susan”- pomyślałam, „nawet nie wiesz jak ważny jest dla mnie i polskiego barszczu twój list. Gdybym mogła wysłałabym Ci nie tylko przepis ale i wielki 30 litrowy garnek tego płynnego rubinowego eliksiru”. Przy okazji wysłałabym też całą moją „barszczową korespondencję” narzekającemu przed laty Australijczykowi (odezwał się ostatnio na FB) i miałabym wielka ochotę napisać mu „Popatrz BURAKU, nie miałeś racji!”… ale tego nie zrobię bo nie jestem świnią (choć uwielbiam ogórki kiszone). Przez te 20 lat, oprócz gotowania nauczyłam się też wielu innych rzeczy, np. tego, że bycie małostkowym nie ma zupełnie sensu.

       A jak nazwać by lekcję, której nauczył mnie mój „Barszcz Globtroter”? „Cudze chwalicie swojego nie znacie”?- Nie, to nie to. To chyba bardziej powinno brzmieć „Więcej wiary w siebie! Polko!”.

     Pozdrawiam serdecznie wszystkich miłośników pierogów, bigosu, żurku, łazanek, makowca i barszczu, zarówno tych w Polsce jak i tych na całym świecie. Teraz już wiem, że gdzieś tam, na wszystkich kontynentach, jesteście. Uśmiecham się dzisiaj do Was znad miski pysznego barszczu i … życzę smacznego!



Prosta zupa z fasoli mung

       W lesie nad brzegiem Gangesu mieszał jogin-asceta.  Żył bardzo prosto w szałasie skleconym z gałęzi. Żywił się korzonkami lub tym co od czasu do czasu przynosili mu pobożni ludzie. Wstawał co rano o wschodzie słońca, brał kąpiel w rzece i siadał do medytacji na której spędzał większą część dnia. Wiódł proste i szczęśliwe życie, nie niepokojny przez nikogo na jego pustkowiu. Jogin nie posiadał nic… Wróć!… Jogin posiadał jedną, jedyną rzecz. Był to stary kawałek materiału, który służył mu jako przepaska biodrowa. Dzięki niej nie gorszył tych nielicznych ludzi, którzy zapuszczali się czasami na jego pustkowie. Każdego wieczoru, prał kawałek materiału w świętych wodach Gangesu i wieszał w swoim szałasie aby wysechł przez noc. Ponieważ robił tak od wielu, wielu lat materiał był stary, wypłowiały i mocno sfatygowany. Jogin nie przejmował się tym zbytnio, po prostu codziennie o wschodzie słońca, brał kąpiel zakładał przepaskę i rozpoczynał dzień poranną modlitwą.

fasola mung

       Aż tu któregoś ranka  zauważył, że jego kawałek materiału został z jednej strony obgryziony przez jakieś zwierzę. Tego dnia nie mógł skupić się za bardzo na swojej medytacji a kiedy wieczorem wywiesił przepaskę aby wyschła zamiast pójść spać, postanowił czuwać i odkryć cóż za istota porywa się na jego jedyną własność. Po północy zobaczył małą mysz. Wpinała się na gałązki szałasu i malutkimi ząbkami obgryzała rąbek materiału. Jogin przepędził mysz i poszedł spać. Niestety, kiedy obudził się rano zobaczył, że mysz wróciła gdyż szmatka była leciutko obgryziona w następnym rożku.  Tego dnia zamiast medytować o Bogu jogin medytował o myszy oraz sposobach jej przegonienia. Przeżył jeszcze 3 dni i noce pełne myśli o myszy aż wreszcie postanowił udać się do najbliższej wioski po… kota. Jakież było zdumienie wśród mieszkańców, kiedy po raz pierwszy od ponad 20 lat zobaczono ascetę gdzie indziej niż w jego pustelni.

       Ponieważ w Indiach bardzo szanuje się świętych mężów i ofiarowuje jałmużnę o którą proszą, jedna z wioskowych rodzin podarowała joginowi swojego kota.  Jogin więc cały szczęśliwy wrócił do pustelni z kotem jako rozwiązaniem „problemu myszowego”. Kot jednak nie potrafił złapać sprytnej myszy, choć dzielnie próbował przez kolejne 3 noce, które okazały się przez to zupełnie bezsenne dla jogina. Przez nocne harce coraz trudniej było wstać o wschodzie słońca oraz medytować do wieczora.  Szczególnie, że kot przeszkadzał również w dzień dopominając się o jedzenie. Jakoś korzonki spożywane przez ascetę nie przypadły mu do gustu.

       Teraz jogin zamiast o Bogu medytował o tym czym nakarmić kota. Próbował nawet łapać dla niego ryby w rzece. Ale przecież  był wegetarianinem i o łapaniu ryb nie miał pojęcia. Któregoś więc dnia po kolejnej nieprzespanej nocy założył swoja obgryziona przepaskę i udał się znów do wioski po…krowę aby dawała mleko dla kota. Traf chciał, że w wiosce  była wielka uroczystość. Najbogatszemu rolnikowi po długim czasie oczekiwania urodził się pierworodny syn. Każdy pobożny Hindus wie, ze najlepiej uczcić taki dzień rozdając jałmużnę i zadowalając świętych mężów. Skoro jogin pojawił się tego dnia w wiosce i poprosił o krowę – dostał krowę. Dostał też sznurek, który zawiązał wokół rogów krowy i poprowadził ją do swojej pustelni. Wydoił krowę i dał mleko kotu, który usatysfakcjonowany przespał całą noc w szałasie obok jogina. Jogin też spał spokojnie i pewnie po raz pierwszy od 20 lat przespał by wschód słońca, gdyby nie krowa która obudziła go swoim muczeniem. Jogin wstał pospiesznie zarzucił na siebie swój kawałek materiału nie zauważywszy nawet czy został on obgryziony tej nocy przez mysz. Zamiast udać się na poranne modlitwy i rytualna kąpiel do Gangesu jogin przystąpił do dojenia krowy. W dzień krowa też okazała się absorbująca, gdyż w lesie nie było zbytnio miejsc z soczystą trawą, którą mogłaby jeść. Trzeba było prowadzić krowę godzinę w jedną stronę na pastwisko i czekać aż krowa naje się do woli, potem godzinę w drugą. A najgorsze było to, że o krowie szybko zwiedziały się leśne tygrysy, które podchodziły w nocy pod sam szałas i próbowały zaatakować zwierzę. Jogin musiał więc palić ognisko całą noc aby odstraszyć drapieżniki.

       Coraz rzadziej wstawał o wschodzie słońca, coraz krócej się modlił. Teraz nie medytował prawie już wcale bo w czasie na to przeznaczonym układał plan … wybudowania obory dla krowy. Nie mogła przecież spać jak kot w jego szałasie, po prostu się tam nie mieściła. „Trzeba będzie zdobyć jakieś kamienie, glinę i nauczyć się chyba murować”- myślał jogin. Kolejne więc dnie zamiast na medytacji spędzał na poszukiwaniu odpowiednich kamieni i wykopywaniu gliny z oddalonego o 2 godziny drogi wyrobiska. Wracał tak zmęczony, że nie miał nawet siły wyprać i wywiesić swojej przepaski biodrowej a co tu dopiero mówić o wydojeniu krowy i nakarmieniu kota. Usiadł więc któregoś ranka i pomyślał sobie „chyba czas sprawić sobie kogoś, kto pomoże mi ogarnąć to wszystko”. Otrzepał przepaskę biodrową z gliny i poszedł  do wioski po… żonę. zupa z fasoli mung        Czy muszę pisać więcej? Czy już sami wiecie jak dalej rozwinie się ta historia.

       Czy jogin w końcu się opamiętał? Tak. Ale było już za późno. Miał wtedy kota, krowę, żonę, gromadkę dzieci, oborę, dom, pastwisko i pole do uprawy. Wszystko to wymagało od niego dużo uwagi, pracy, odpowiedzialności  i czasu ,którego nie starczało już ani na medytację ani na kontemplacje ani na modlitwę. Skończyło się spokojne życie a zaczęły problemy. Pewnego dnia jogin zatęsknił za swoim szałasem, jego spokojem  i wolnością nieprzywiązania do materialnych rzeczy. Zatęsknił za prostym życiem.  Zatęsknił nawet za myszą obgryzającą jego przepaskę. „Mysz była najmniejszym problemem jaki miałem w życiu”- pomyślał.fasola mung

       Czy odnaleźliście w sobie jogina z historii? Ja odnajduje go codziennie w swoim zaganianym życiu. A im dłużej wysilam mój komplikujący wszystko umysł tym bardziej dostrzegam, że Prostota (ta przez duże P) to nie tylko stan posiadania ale przede wszystkim stan umysłu. Prostota to niemarnowanie czasu na rzeczy mniej ważne, prostota to łatwość w podejmowaniu decyzji. Prostota to milczenie zamiast potoku słów, to zwykły uśmiech zamiast teatru gestów. Prostota to świadome bycie tu i teraz. Prostota to brak potrzeby udowadniania czegokolwiek (sobie i innym), to brak potrzeby udoskonalania na siłę całego świata. To odnalezienie zmiany i spokoju w sobie. Prostota to akceptacja, umiar  i samokontrola. Prostota to nietrzymanie urazy, to łatwość wybaczenia, to niechęć do sporów i jałowych dyskusji. Prostota to tolerancja, otwartość, szczerość i prostolinijność.  Prostota to zdolność powiedzenia sobie dość w odpowiednim momencie.

       Dostrzegam wielką siłę płynącą z Prostoty oraz mądrość tych, którzy życie w niej świadomie wybierają. Podziwiam ich, bo sama tak jeszcze nie potrafię. Wiem jednak, że dążenie do Prostoty to tysiące małych decyzji podejmowanych każdego dnia. Zaczynam więc od tych codziennych, najprostszy i nagle okazuje się że…

       Nie potrzeba mi 5 kremów: na dzień, na noc, pod oczy, do ust i na dekolt- jeden prosty krem Nivea wystarczy. Nie potrzeba mi co rok nowego telefonu- ten który mam od 5 lat daje radę. Nie potrzebuje drogich robotów kuchennych ani specjalnych garnków czy wymyślnych patelni- zestaw, który używam od 15 lat sprawdza się doskonale. Nie potrzebuję nowych ubrań z markową metką, nie potrzebuję specjalnej kurtki do jeżdżenia na nartach ani specjalnego stroju do biegania, nie potrzebuję specjalnych kijków aby pójść na spacer, czy specjalnej maty aby ćwiczyć jogę. Nie potrzebuje nowego modniejszego koloru na ścianach ani płaskiego większego telewizora, którego i tak nie oglądam. Nie potrzebuje kolejnej szafy (raczej potrzebuje opróżnić tą którą mam). Nie potrzebuję nowego szybszego komputera, ani nowego lepszego aparatu fotograficznego (mój stary Canon z jednym naprawianym już 3 razy obiektywem świetnie sobie radzi). Nie potrzebuję wydawać 3 pensji aby pojechać na wakacje. Nie potrzebuje być najlepsza, nie potrzebuje aby wszyscy mnie lubili i podziwiali. Nie potrzebuje mieć zawsze racji. Nie potrzebuje wiedzieć wszystkiego i „być na czasie”.  Nie potrzebuje powierzchownych związków ani udawanych uczuć.  Czego za to potrzebuję?… Czasu!!!  Czasu i niczym niezmąconego spokoju abym mogła skupić się i zrozumieć co dla mnie w życiu jest najważniejsze. Coraz mocniej realizuję, że im „mniej mam” tym „bardziej jestem” a im ” prościej żyję” tym „wznioślej myślę”.  Czy Wy też tak macie???

zupa z fasoli mung

       Dzisiejszy przepis na „najprostszą zupę świata” poznałam wieki temu. Zupę gotowała moja serdeczna przyjaciółka Acintya serwując ją w towarzystwie kaszy gryczanej i prostej surówki na nasze aśramowe śniadania. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie modyfikacje ten przepis przeszedł przez wszystkie te lata w mojej kuchni. W zupie wylądowało mnóstwo egzotycznych przypraw, bukiet wielorakich warzyw, śmietana, zioła, kostki sera panir i wiele innych „urozmaiceń”. Czy zupa była przez to lepsza? Pewnie tak. Ale czy to oznacza, że w swojej prostej oryginalnej formie nie była wystarczająco dobra? Czy dobre nie może pozostać PO PROSTU DOBRE bez komplikowania i udoskonalania na siłę?… Zapewniam Was, że może. Ta zupa jest tego NAJPROSTSZYM przykładem.



Labneh- ser z jogurtu

jak zrobić ser z jogurtu       Od dłuższego już czasu eksperymentuje z serem jogurtowy, zwanym labneh. Moja cotygodniowa dostawa świeżego mleka w ilości 5 litrów co jakiś czas zamienia się w jogurt. A ten z kolei ląduje na wszystkich sitkach i durszlakach które mam w domu i powoli odcedza się z serwatki.  Bo labneh to nic innego jak odcedzany jogurt -dlatego tą nazwą określa się nie tylko ser ale również grecki gęsty jogurt. Przy tym najprostszym z procesów powstawania sera- czas odcedzania odgrywa najważniejszą rolę. To ile czasu jogurt spędzi na sitku warunkuje jaki rodzaj produktu otrzymamy.

IMG_6723-horz        I tak:  już po paru godzinach odcedzania, z normalnego jogurtu zrobi nam się taki o gęstości greckiego. Kolejnym stadium będzie coś w rodzaju serka homogenizowanego. Po parunastu godzinach otrzymamy twarożek do smarowania pieczywa a po dniu lub dwóch gęsty ser idealny do pieczenia serników (jak na pierwszym zdjęciu w tym poście). Jogurt dalej odcedzany nie tylko będzie zmieniał gęstość ale z czasem zacznie dojrzewać i zmieniać smak na kwaśniejszy i ostrzejszy, wtedy nadchodzi idealny czas aby zakonserwować go w oliwie.

twarożek ziołowy        Serek widoczny na zdjęciu powyżej był odcedzany przez 12 godzin.  Taki czas daje idealny, niskokaloryczny twarożek do smarowania pieczywa. Jeśli nie zależy ci na kaloriach a chciałbyś aby twój serek był jeszcze pyszniejszy, możesz wymieszać jogurt w proporcji 5:1 z kwaśną śmietaną i taką mieszankę zacząć odcedzać. Możesz również posolić twarożek, zarówno przed jak i po odcedzaniu jak i dodać do niego przyprawy (np. pieprz, czarna sól, czosnek, świeże zioła czy chrzan).

twarożek z jogurtu       A tak (jak na zdjęciu powyżej) wygląda serek który spędził na sitku 5 dni, jest idealny do dzisiejszego przepisu. Łatwo z niego ulepić kulki, które potem obtoczone w pysznościach zanurzać będziemy w oliwie z oliwek z przyprawami i świeżymi ziołami. Ja lubię wymieszać oliwę z oliwek z olejem gorczycowym. Potrawa nabiera od niego lekko ostrego musztardowego smaku. Wszystko to zapakowane do szklanych  słoiczków może stać w lodówce nawet do 3 tygodni a z dnia na dzień  robi się tylko lepsze, gdyż smaki oliwy, przypraw i sera idealnie się z sobą mieszają.

       Takie kuleczki wyciąga się potem z oliwy i rozsmarowuje na świeżym pieczywie lub jeszcze lepiej tostach. Można też kulki dodać do sałatki ze świeżych warzyw. Jeszcze lepiej rozetrzeć taką kulkę z oliwą (w której kulki się moczyły) z sokiem z cytryny lub octem balsamicznego i przyprawami a otrzymamy pyszny i oryginalny sos do sałatek. Kuleczki są idealnym dodatkiem do pieczonych ziemniaczków czy do grillowanych warzyw (to moje ulubione ich zastosowanie) . Obtaczać można je właściwie we wszystkich ziołach i przyprawach, moje ulubione to: świeże i suszone oregano, świeży tymianek, grubo mielony kolorowy lub czarny pieprz, świeże drobno siekane chili, drobno siekane czarne i zielone oliwki.

labneh
Jeśli takie kuleczki nie przemawiają do twojej wyobraźni kulinarnej nie zrażaj się do sera jogurtowego- jest naprawdę pyszny i możesz użyć go na 100 innych sposobów. Na przykład do zrobienia kotlecików jak w przepisie na tę sałatkę. Możesz też jeść labneh jako twarożek na tostach polany miodem (mniam!). Użyj go jako bazy do sosu jogurtowego, tzatziki lub czosnkowego.  Możesz odcedzany przez parę godzin jogurt posłodzić, wymieszać z wanilią oraz musem owocowym i jeść jako pyszny deser lub zmiksować dodatkowo z bitą śmietaną i zamrozić aby otrzymać wspaniałe lody jogurtowe (popatrz tutaj). Możesz wreszcie używać labneh jako sera do serników zarówno tych pieczonych jak i tych na zimno. Tutaj przykład takiego sernika.

labneh ser z jogurtu



Jak zrobić panir

IMG_6307-horzbia        Panir, Cottage cheese, White Cheese to tylko niektóre nazwy tego cudu. Najprostszy z możliwych do zrobienia serów. Niepodpuszczkowy, niedojrzewający, świeży i cudownie łagodny w smaku. Gdybym potrafiła napisałabym o nim wiersz, lub traktat lub jeszcze lepiej „Odę do Paniru”.  Jak mawiał jeden z moich nauczycieli gotowania: „świat dzieli się na tych którzy są wielbicielami paniru i na tych którzy nimi będą”. Sam w sobie nie ma zbyt wyrazistego smaku dlatego z reguły poddaje się go dalszej obróbce. I jego wyjątkowość polega na tym, że poddaje się idealnie prawie każdej obróbce. Można go miksować na masę która będzie plastyczna, można go ścierać, można kroić, można gotować, można smażyć (w ogóle się nie rozpuszcza), można piec, można grillować, można marynować, konserwować, piklować . Niezastąpiony w wegetariańskiej kuchni indyjskiej, która używa go na tysiąc różnych sposobów. Kiedy spytałam na jednej z facebookowych grup moich indyjskich znajomych o przykłady dań z wykorzystaniem paniru w niecałą godzinę dostałam ich ponad setkę. panir                                                                   Oto moje TOP 5 wykorzystania paniru w kuchni indyjskiej:

1. Paneer Butter Masala– kostki lekko podsmażonego na klarowanym maśle paniru  gotowane w  sosie ze słodkich dojrzałych pomidorów z olbrzymią ilością masła z pastami z utartych przypraw (chili, imbiru, kurkumy i kozieradki). Mistrzostwo świata!

2. Palak Paneer- kostki świeżego paniru zanurzone w sosie ze zmiksowanych i gotowanych w śmietanie i przyprawach (kumin, kolendra, asafetida) liściach szpinaku. Mniam!

3.Paneerr Tikka- kawałki paniru moczone w marynacie z jogurtu i przypraw (imbir, garam masala, czerwone chili) i pieczone w formie szaszłyków wraz z kawałkami warzyw w piecu tandoori (można też w piekarniku). Istne szaleństwo!

4. Rasmalai – malutkie kuleczki ze zmiksowanego paniru gotowane w syropie z dodatkiem wody różanej, chłodzone i serwowane zanurzone w mlecznym słodkim, gęstym puddingu z prażonymi pistacjami na wierzchu. Zupełnie uzależniające!

5. Kitchari Panir– swojskie, codzienne jednogarkowe danie składające się z mieszanki ryżu warzyw, fasoli (najczęściej mung) i przypraw.  Często nazywane „ucztą biedaków”. Z dodatkiem kawałków świeżego paniru przemienia się w istną „ucztę króla”!

panir       Ale panir to nie tylko kuchnia indyjska. Ten prosty i przepyszny ser podbił serca wegetarian na wszystkich kontynentach. Widziałam i próbowałam go na całym świecie w daniach m.in. kuchni włoskiej, niemieckiej, francuskiej, afrykańskiej, meksykańskiej, rosyjskiej, brazylijskiej, chińskiej czy japońskiej. Ja sama stosuję panir w tradycyjnej kuchni polskiej.

Moje TOP 5 użycia paniru w kuchni polskiej:

1. Smażone a potem gotowane w bulionie z przyprawami kostki paniru są idealną „wkładką” do mojego bigosu.

2. Kostki świeżego paniru wraz z serwatką z jego produkcji są super dodatkiem do zupy pomidorowej lub warzywnej.

3. Pokruszony panir odpowiednio przyrządzony i usmażony może zastąpić jajecznicę na śniadanie.

4. Zmielony w melakserze panir jest idealnym dodatkiem do twarogu w pieczonych sernikach i jako nadzienie do naleśników.

5. Kotlety z paniru? Czemu nie! Moja rodzina je uwielbia.

paneer jak zrobić        Produkcja paniru jest dziecinnie prosta: do wrzącego mleka jako środek ścinający dodaje się czegoś kwaśnego. Ja preferuję świeży sok z cytryny choć czasami używam również kwasu mlekowego, jogurtu, kefiru czy maślanki. Niektórzy ścinają mleko także octem czy kwaskiem cytrynowym. Kwas powoduje rozdzielenie mleka na 2 substancje. Jedną jest żółta (czasami nawet lekko seledynowa) serwatka. Jest przepyszna, pełna substancji odżywczych i w odróżnieniu od innych serwatek w ogóle nie kwaśna. Można jej używać zamiast wody do gotowania: zup, sosów, dodawać ją do wyrobu: chleba, muffinek, ciast, naleśników. Można w niej gotować ryż i kasze. Można robić z niej pyszne napoje, lemoniady czy sorbety. Można w niej wreszcie się kąpać (znam takich którzy tylko po to robią panir), moczyć stopy, myć włosy. Można nią podlewać rośliny doniczkowe i te w ogrodzie. Uwielbiają ją zwierzęta. Mój kot miskę ciepłej serwatki po robieniu paniru wypija w kilka chwil i natychmiast rozgląda się za dokładką. A to, Moi Drodzy, TYLKO serwatka, TYLKO produkt uboczny przy produkcji paniru!

panir przepis jak zrobić

      Jeśli serwatka jest srebrem to panir jest zdecydowanie złotem! Zachęcam do zrobienia tego sera w domu. Nie może się nie udać. Ponieważ to zupełna podstawa, postanowiłam napisać o panirze osobny wpis. Będę mogła kierować Was tutaj za każdym razem kiedy podam przepis na wykorzystanie tego sera. A wierzcie mi będzie to BARDZO CZĘSTO. Jeśli nie chcecie czekać na konkretny przepis i macie ochotę spróbować paniru już teraz, po prostu pokrójcie go w kostkę i  usmażcie na patelni, na maśle z przyprawami i solą. Do złotego koloru z każdej strony. Możecie użyć pieprzu, słodkiej lub ostrej papryki, asafetidy, czosnku, kuminu czy czarnej soli (kala namak) lub innych przypraw które lubicie. Jeszcze gorące kostki sera zanurzajcie w pomidorowym sosie (takim jaki zrobilibyście np. do spaghetti) dodajcie odrobinę śmietany wymieszajcie i zajadajcie z pajdą świeżego chleba z masłem. Smacznego!

A Wy jak wykorzystujecie panir i serwatkę w swojej kuchni? Podzielcie się ze mną swoimi sposobami, proszę.



Tort z kwiatami z ananasa

kwiaty z ananasa       Dziś bardzo kulinarnie i właściwie tylko o tym torcie. Zasługuje na uwagę bo jest pyszny. Po raz pierwszy zrobiłam go w wersji wegańskiej na urodziny jednego z moich przyjaciół. Tak się składa, ze ten przyjaciel jest również moim pracownikiem a dla moich pracowników piekę torty urodzinowe, które potem pałaszujemy wspólnie w naszej pracowni. (Chce ktoś się u mnie zatrudnić? Właśnie robię nabór na nowe stanowisko 😉 ).    wegański tort ananasowy       Po raz pierwszy tort wyszedł pyszny, choć robiłam go zupełnie na oko inspirując się paroma przepisami znalezionymi w Internecie.  Potem jednak choć stawałam na głowie i próbowałam sobie przypomnieć proporcje i składniki jakie użyłam do upieczenia wegańskiego „biszkoptu” nigdy mi już wegańskie ciasto nie wyszło na tyle dobre by dorastało do moich standardów. Dlatego podaję Wam dziś wersję z niewegańskim „biszkoptem”, choć cała reszta tortu taka jest. Myślę, że weganie z łatwością przerobią tort używając swojego sprawdzonego przepisu na ciasto bez użycia nabiału. Z miłą chęcią posłucham ich sugestii jak piec takie ciasto aby było pulchne, lekkie, pyszne i nie smakowało sodą. ananas       Ciasto użyte do tortu ananasowego choć nie-wegańskie jest naprawdę dobre. Moje 20 letnie poszukiwania dobrego i niezawodnego ciasta tortowego bez jajek doprowadziły mnie właśnie do tego przepisu. Wychodzi zawsze (przynajmniej mnie), jest proste w przygotowaniu, ma mało i łatwo-dostępnych składników (syrop kokosowy użyty do tego konkretnego przepisu można pominąć), dobrze się nasącza i rośnie równomiernie podczas pieczenia. Można go modyfikować robiąc w wersji kakaowej lub cytrynowej. Wspaniale nadaje się też aby upiec je w formie do mufinek.

      W ogóle cały tort ananasowy, super nadaje się aby przygotować go w formie 9-10 mini torcików, wykonanych właśnie z ciasta upieczonego w formie do mufinków. Każdy torcik z kwiatkiem ananasowym na czubku- wygląda przecudownie. Najlepiej jest wtedy mufinki pokroić na 3 części i składać torciki z 3 plasterków ciasta takiej samej średnicy. Czyli na jeden torcik-  trzy wierzchy od babeczek, na drugi trzy środki babeczek a na trzeci 3 spodnie części. Wtedy to faktycznie wygląda jak malutki torcik a nie ma kształtu cupcakes-a.tort ananasowy      Zachęcam również do wykonania kwiatów z ananasa. Są proste i mało pracochłonne a wywołują efekt „WOW” u każdego konsumenta tego ciasta. Większość osób najpierw odkłada je na bok myśląc, że to prawdziwe kwiaty użyte tylko jako niejadalna dekoracja. Kiedy jednak dowiadują się z czego są kwiaty i że można je spałaszować razem z tortem są zachwyceni. Mam nadzieję, ze Wy również będziecie.
Pozdrawiam was serdecznie i informuję, że do końca roku mogę pojawiać się tutaj mniej regularnie. Właśnie zaczyna się „przedświąteczny okres” wzmożonej pracy w mojej firmie. W tym roku jakoś bardzo wcześnie. Oznacza to dla mnie i mojego męża (oraz wszystkich naszych pracowników) bardzo intensywną pracę, również w weekendy. Kiedy będziecie czytali ten post w sobotni ranek ja będę najprawdopodobnie  już w pracy, wykonując jedną ze 120 ram, którą Prezydent RP będzie wręczał niedługo swoim gościom w Belwederze. Wrócę do domu już tak późno, że nie zastanę żadnego dobrego światła do fotografowania a bez niego moje zdjęcia są nic niewarte. I tak będzie niestety przez najbliższe dwa miesiące, będą tylko zmieniać się zlecenia a za oknem będzie się robić coraz ciemniej. Ale to minie wraz z zimowym przesileniem.  Bądźcie więc cierpliwi i wyrozumiali.  Poproszę bardzo.
wegański tort ananasowy

INSPIRACJA DO WYKONANIA TORTU POCHODZI STĄD I STĄD I STĄD.



Jesień idzie- nie ma na to rady…

„Jesień liścia Jasia- Opowieść o życiu dla dużych i małych”
autor Leo Buscaglia
IMG_1471-horz

       „Wiosna przeminęła, przeminęło też lato. Liść Jaś bardzo wyrósł. Miał mocny szeroki środek i pięć silnych śpiczastych palców. Pojawił się wiosną jako malutki pączek na całkiem sporej gałęzi tuż przy szczycie drzewa. Wokół zieleniły się setki liści. Mogło się zdawać, że wszystkie są dokładnie takie same jak Jaś. Jednak Jaś odkrył, że nie ma dwóch identycznych liści, choć wszystkie rosły na tym samym drzewie. Najbliżej znajdował się Alfred. Ben zajmował miejsce po lewej stronie. Uroczy listek, który przycupnął tuż nad Jasiem miał na imię Klara. Razem dorastali. Wiosną uczyli się tańczyć w powiewach lekkiego wietrzyka, latem- wygrzewali się leniwie w promieniach słońca, a później chłodzili w strugach deszczu. Jednak to Daniel został prawdziwym przyjacielem Jasia. Był największym liściem na całej gałęzi. Sprawiał wrażenie jakby pojawił się na niej przed wszystkimi innymi. Jaś był pewien, że na całym wielkim konarze nie ma liścia mądrzejszego niż Daniel.(…)

IMG_6071-horz       Jaś uwielbiał być liściem. Kochał swoją gałąź i swoich leciuchnych liściastych przyjaciół. Kochał swoje miejsce wysoko pod niebem i wiatr, który nim targał na wszystkie strony. Kochał ciepłe promienie słońca i księżyc, który otulał go miękkim, białym półmrokiem. Najlepiej było latem. Dni długie i upalne, a noce-pogodne, ciche i senne. Tego lata park był pełen ludzi. Często przychodzili, żeby posiedzieć pod drzewem. Daniel wyjaśnił Jasiowi, że dawanie cienia jest jego przeznaczeniem.
-Co to jest przeznaczenie?- zapytał Jaś Daniela.
-To powód dla, którego tutaj jesteśmy- odpowiedział Daniel (…)

Jaś szczególną sympatią darzył starszych ludzi. Siadali cichutko na drewnianych ławkach i prawie wcale się nie ruszali. Przyciszonymi głosami rozmawiali o dawno minionych dniach. Również z dziećmi było całkiem zabawnie, chociaż niekiedy kaleczyły korę albo rzeźbiły w niej swoje inicjały. A jednak przyjemnie było obserwować jak szybko biegają i często się śmieją.
jesień

           Ale lato Jasia szybko minęło. Odeszło pewnej październikowej nocy. Nigdy wcześniej Jaś nie czuł takiego chłodu. wszystkie liście drżały z zimna. Opadła na nie cienka warstwa czegoś białego, co bardzo szybko stopniało.(…) Daniel wyjaśnił, że właśnie przeżyli pierwszy szron. To oznaczało, że jest już jesień i wkrótce nadejdzie zima. W mgnieniu oka całe drzewo a właściwie wszystkie drzewa w parku rozbłysły feerią barw.(…) Jaś i jego przyjaciele zaczarowali drzewo w tęczę.

IMG_9382-horzxxxxxx -Jak to się stało, że każdy z nas ma teraz inny kolor? Przecież wszyscy jesteśmy z tego samego drzewa?- zapytał Jaś.
Daniel odparł rzeczowym tonem:- Każdy z nas jest inny. Każdy ma za sobą inne doświadczenia. Każdego nieco inaczej oświetlało słońce. Każdy dawał inny cień. Dlaczego więc każdy z nas nie miałby mieć również innej barwy?
Potem wyjaśnił, że ta piękna pora roku nazywa się jesień.

IMG_6103-horzb       Pewnego dnia zdarzyło się coś dziwnego. Ten sam wiatr, który niegdyś grał liściom do tańca, zaczął targać je za ogonki tak  mocno, że wyglądały, jakby były naprawdę złe. (…).  -Co się dzieje?- szeptem pytały jeden drugiego.
-Właśnie to co dzieje się jesienią-powiedział Daniel.- Jesień to czas, kiedy liście przeprowadzają do innego domu.

Niektórzy nazywają to umieraniem.

– I my wszyscy umrzemy?-zapytał Jaś.  – Tak- odrzekł Daniel.
Każdy umiera, niezależnie od tego, czy jest duży czy mały, słaby czy silny. Doświadczamy słońca i księżyca, wiatru i deszczu. Uczymy się tańczyć i śmiać. Potem umieramy.
-Ja nie umrę-odparł Jaś zdecydowanie.- A ty umrzesz, Daniel?  -Tak, umrę kiedy nadejdzie mój czas- potwierdził Daniel.
– Kiedy to będzie?- zapytał Jaś. – Nikt tego nie wie na pewno-odpowiedział Daniel.

IMG_3272-horzJaś nieustannie obserwował, jak opadały inne liście. Myślał wtedy: „Widać nadszedł ich czas”. Zauważył, że niektóre liście opierały się, zanim wiatr je porwał, a inne po prostu poddawały się i swobodnie opadały. Wkrótce drzewo było niemal zupełnie ogołocone.  -Boje się umrzeć-powiedział Jaś.- Nie wiem jak tam jest na dole.
-Wszyscy się boimy, tego czego nie znamy Jasiu. To jest zupełnie naturalne- zapewnił Daniel.- A jednak nie bałeś się, kiedy wiosna zamieniała się w lato, nie bałeś się, kiedy lato zamieniało się w jesień. To były naturalne zmiany. Czemu więc miałbyś się bać teraz kiedy nadchodzi pora śmierci?  – Czy drzewo też umrze?- zapytał Jaś.  -Pewnego dnia… Ale jest coś silniejszego od drzewa. To Życie. Ono jest wieczne, a my wszyscy jesteśmy częścią Życia.
-Dokąd pójdziemy po śmierci?
-Tego nikt nie wie na pewno. To wielka tajemnica!
-Czy powrócimy tu wraz z wiosną?
– My być może nie, ale Życie tak.
-A zatem po co to wszystko?- Jaś dalej zadawał pytania.- Pojawiliśmy się tu tylko po to, żeby opaść i umrzeć?
Daniel odpowiedział swoim spokojnym głosem:- Pojawiliśmy się tu ze względu na słońce i księżyc. Ze względu na wspólnie spędzone szczęśliwe dni. Ze względu na cień i starszych ludzi, i dzieci. I barwy jesieni. I pory roku. Czyż to nie mało? Tego popołudnia, w złotym świetle zachodzącego słońca, Daniel opuścił swoją gałąź. Opadał bez najmniejszego wysiłku. Wydawało się, że lecąc, uśmiecha się spokojnie.(…)

IMG_6038-horz       W końcu na gałęzi pozostał jeden samotny liść- Jaś. Następnego poranka spadł pierwszy śnieg. Był miękki biały i delikatny ale okrutnie zimny. Tego dnia słońce pokazało się tylko na chwilę a wieczór zapadł dziwnie szybko. Jaś zauważył, że traci swoje barwy i staje się coraz bardziej kruchy. Marzł i uginał się pod ciężarem śniegu. O świcie nadleciał wiatr i zerwał Jasia z gałęzi. To wcale nie bolało. Jaś popłynął w dół cichutko, delikatnie i miękko. Kiedy opadał po raz pierwszy zobaczył swoje drzewo w całości. Jakże było mocne, jakże potężne! Jaś był pewien, że drzewo będzie żyło bardzo długo. Poczuł dumę na myśl, ze on sam był częścią tego drzewa. Wylądował na kopczyku śniegu. Było mu miękko a nawet ciepło. W tej nowej pozycji poczuł się swobodniej niż kiedykolwiek przedtem. Zamknął oczy i zasnął. Nie wiedział, że po zimie przyjdzie wiosna i że śnieg zamieni się w wodę. Nie wiedział, że jego suche, pozornie do niczego niezdatne szczątki połączą się z wodą i sprawią, że drzewo będzie jeszcze silniejsze. Nie wiedział nawet tego, że w drzewie i w ziemi drzemią już plany nowych liści. Wiosny. Od nowa…”

IMG_6054-horz

Oto lektura w zestawie dla klas III szkoły podstawowej. Gratuluję świetnej decyzji osobom, które dokonały wyboru i nie bały się, że książka będzie za trudna dla 8-9 latków. A na dowód, że było warto- oto moja dyskusja z synem po wspólnej lekturze książki:
– Synku o czym była ta książka?
– O liściach i drzewach, ale tak naprawdę to o ludziach.
– Brawo! I o czym twoim zdaniem opowiadała?
– O życiu, że w nim się trzeba urodzić, żyć i umrzeć, tak jak opadają liście.
– A czy nie wydaje Ci się, że ta książka była też o tym, że ludzie boją się śmierci?
– Tak jak Jaś bał się, że spadnie z drzewa?
– Dokładnie tak. A Ty, boisz się śmierci?
– Trochę nie, a trochę tak. To znaczy chciałbym umrzeć, żeby się przekonać, że po śmierci na pewno pójdę do Kryszny (oboje z mężem jesteśmy krysznaitami i w tej religii wychowujemy syna) i zobaczyć jak tam będzie fajnie. A z drugiej strony to nie chciałbym umierać bo chciałbym się przekonać jak to będzie jak będę żył tutaj na ziemi. Jak będę dorosły itd.
– Jak myślisz dlaczego ludzie boją się śmierci?
– Nie wiem? Może dlatego, że nie wiedzą co jest po śmierci? Ale ja bym im radził się nie bać. Zobacz tego liścia nic nie bolało.
– Czy to była według Ciebie książka dla dzieci?
– To była chyba książka filozoficzna. Zresztą nie wiem.
-Podobała Ci się?
– Mogła być, ale możemy już kończyć, bo mi się gra w komputerze załadowała i muszę tam szybko coś zrobić bo jak nie to będę musiał zaczynać od nowa.
– Zaczynać od nowa wcale nie jest tak źle synku…
– Oj mamo Ty tu gadasz a ja tam tracę „życia”.

Mój synek poszedł walczyć z potworami, czy robić jeszcze coś innego w swoim wirtualnym życiu a ja poszłam do ogrodu grabić liście. Grabiłam i grabiłam myśląc a Jasiu, Danielu i innych bohaterach książki. Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że Wam o nich dziś napiszę. Miało być o torcie ananasowo-kokosowym a wyszło o liściach. Ot życie!